Czytaj dalej

Nie przeproszę, że urodziłam

Od strony biologicznej Mania jest mamą bliźniaczek, a Gosia, mama Mani, ich babcią i jednocześnie ciążową mamą.

Wakacje w Polsce spędzają w ogromnym domu, który w stanie deweloperskim czeka na nowego właściciela od kilku lat. To pamiątka po poprzednim życiu Mariusza. Nowe życie nie potrzebuje świątyni, kwitnie nawet na tle białych, pustych ścian i folii na podłodze. Nowe życie, podarowane przez Naszą Klasę, która zatrzęsła życiem intymnym Polaków odkurzających dawne znajomości, zaczęło się, gdy Mariusz i Małgosia mieli lat trzydzieści dziewięć i pół. Kultowy wiek, jak w tym serialu, mówi Małgosia. Nie byli swoją pierwszą miłością, w czasach podstawówki ledwie się zauważali. On był w grupie, która szła do ogólniaka, ona obstawiała ekonoma. Na ulicach ich małego miasta ledwie mówili sobie cześć.

Gdy nowe życie trafi na przedstawicieli wieku kultowego, działa błyskawiczne. Małgosia do dziś nie wie, jak to się stało, że gdy Mariusz zadzwonił i zapytał, co robi, odpowiedziała, że się kąpie. – To może przyjdę i umyję plecy – podchwycił.

Gdy się już umyła i ubrała, poszła wypić z nim kawę. Potem wybrali się odwiedzić kolegów. Szybko zdali sobie relację ze swojej przeszłości i sprawę z tego, że przyszłość chcą budować razem. Gosia rozwiodła się piętnaście lat temu, źle wspomina małżeństwo i męża. Ale do końca swoich dni będzie dziękować byłemu za wspaniałe córki. Mariusz rozwiódł się dwa lata temu, nie pozostały mu ani dobre wspomnienia, ani dzieci.

– Mania, maila dostałam od Mariusza, zobacz, co mi napisał – woła córkę Gosia.
„Ciekawe, jak twoje dzieci zareagują na nowego faceta w twoim życiu” – pisze Mariusz z Drezna.

Przed wyjazdem zdążyli pójść jeszcze potańczyć, w drodze powrotnej się całowali, ale faceta?
– To ja mam faceta? Co mam odpisać, Mania, ratunku.

Mania i Kasia, lat siedemnaście i osiemnaście, zacierają ręce. Od dawna chciały, aby mama sobie kogoś znalazła. Mania, która z mamą rozumie się bez słów, pomaga jej odpisywać na e-maile i SMS-y. Ale tylko na początku.

*

Gdy po miesiącu Mariusz przyjeżdża do Polski, od razu jadą na obiad do jego rodziców. Mama pragnie poznać tę, przez którą syn zarywa noce przed podróżą. Gosia prosi, aby zatrzymali się nad jeziorem, chce jeszcze wypalić papierosa, strasznie się denerwuje. W samochodzie słuchają piosenki Lady Pank Miejsce przy stole. Jakie to romantyczne. Gosia czuje, że łzy ślizgają się po krawędzi dolnej powieki. Nowe życie nie próżnuje. Gosia nie pamięta nawet, kiedy mówi, że chciałaby urodzić Mariuszowi dziecko.

*

Cztery lata później w niedokończonym, ogromnym domu, w którym brak nawet drzwi do łazienki, nowe życie ustawiło na ławce pod ścianą swoje trofea – rząd małych bucików w różnych odcieniach różowego, każdego modelu po dwie sztuki.

– Serduszko, potrzymasz Zosię przez chwilę? Albo może ty zmiksuj zupkę dla nich, proszę – mówi Gosia do Mani. Prawie półtoraroczne właścicielki bucików właśnie przed chwilą się obudziły. Zosia, przebrana i zniesiona na dół przez mamę, trochę marudzi. – No co, serduszko, chcesz jeść? – Gosia zagląda w niebieskie oczy młodszej córki. – Zosia to mój cycek, jest spokojna, dobrze się dogadujemy. Ola to cycek taty, mała szogunica, chyba wyczuwa, że u tatusia wszystko wolno. Zaraz zejdą, to zobaczysz.

Mania podchodzi do prowizorycznej kuchenki na zgrabnych, z pewnością odziedziczonych po mamie nogach. Z twarzy nie są podobne. Mania ma twarz owalną, z wysokimi kośćmi policzkowymi, a włosy wiąże w koński ogon. Gosia włosy ma miękkie, lekko kręcone, grzywka zachodzi jej na brązowe oczy.

Mariusz schodzi na dół i siada ze swoim cyckiem po drugiej stronie stołu. Mimo że dziewczynki są bliźniaczkami dwujajowymi, identyczne stroje sprawiają, że w pierwszej chwili trudno je odróżnić.

– Gdy po półtora roku starań wybraliśmy się do kliniki leczenia niepłodności, lekarz powiedział nam: nie ma problemu, jeśli państwo chcecie dziecko, to będziecie mieć – wspomina Mariusz. – Mieliśmy już po czterdzieści jeden lat, więc zaproponował in vitro. Pobrano komórki Gosi, ja oddałem spermę, doszło do zapłodnienia. Trzy dni później jedziemy samochodem, a tu telefon z kliniki.

Zjechałem na pobocze, czekaliśmy na informację, kiedy możemy przyjechać na transfer zarodków. Dowiedzieliśmy się, że nie ma po co przyjeżdżać, bo zarodki obumarły. To był cios. Nie byliśmy na to przygotowani.

– Wtedy przyszła do mnie Kasia: mamusiu, a co byś powiedziała, gdybym ja ci zaoferowała komórki? Byłam w szoku, nie przyszło mi nawet do głowy, że mogłabym czegoś takiego oczekiwać od córek. Powiedziałam, że dziękuję, ale to wykluczone. Bałam się, że zrobiłabym jej tym krzywdę, ona jest bardzo uczuciowa, wrażliwa, a jeśli będzie patrzyła na to dziecko jak na swoje?

– Po jakimś czasie powiedzieliśmy sobie: nie ma co się dąsać, trzeba wytrzeć nos i iść dalej. Za drugim razem transfer się odbył, ale zarodki się nie przyjęły. Wtedy porozmawialiśmy o dawstwie z naszym lekarzem. Powiedział nam, że możemy złożyć podanie, ale nie wiadomo, ile będziemy czekać, bo w kolejce jest wiele młodych małżeństw. Na liście bylibyśmy setni.

– To było bardzo zniechęcające i nieprzyjemne. Wtedy wróciłam do tego, co zaproponowała mi Kasia. Bałam się nadal o nią, ale ponieważ utrzymywała, że jest przekonana, że może to zrobić, pojechałyśmy na rozmowę z psychologiem i na badanie krwi.

*

– Czy to nie pora, żeby pojechać po Kasię? – pyta Gosia.
– A, chyba rzeczywiście – odpowiada Mariusz, zabiera swojego cycka i jedzie samochodem do pobliskiego miasta odebrać starszą pasierbicę z przystanku.

*

Mania zmiksowała zupę, ale Zosia nie pozwala się nakarmić. Wyciąga za to ręce po łyżkę.
– Sama chcesz? Proszę – mówi Gosia.
– O, jak słodko – rozpływa się Mania. – Pierwszy raz je sama.
– Czy Kasia została zakwalifikowana? – pytam.
– Nie – odpowiada Mania. – Czekałam na mamę na korytarzu wraz z moim ówczesnym chłopakiem. Gdy wyszła z pokoju, stanęła przede mną i zapytała, czy możemy porozmawiać. Po jej minie od razu zrozumiałam. Odeszłyśmy na bok i powiedziałam: dobra, mama, zapisuj mnie na te badania, skoro już jesteśmy na miejscu. Mama poszła zapłacić, a ja weszłam do gabinetu. Wizyta składała się z testu, jak ja go nazywam: dla debili. Czyli najpierw zadają pytanie, czy lubisz zwierzęta, a za chwilę, czy lubisz psy. Była też rozmowa. Odniosłam wrażenie, że dobrze mi poszło.

Powiedziałam, że przez najbliższe pięć lat nie chcę mieć dzieci, a dzieci, które urodzi mama, nie będę traktowała jak swoje, bo nie jestem na tyle dojrzała, żeby brać odpowiedzialność za takiego małego człowieczka.

To się wiąże z poświęceniem wszystkiego, a ja chciałam iść na studia, spełnić swoje marzenie, że zostanę geodetką w przyszłości.
– A teraz, gdy są już na świecie, jak to odbierasz?
– Nie wydaje mi się, żeby to jakoś wpływało na moją psychikę. To nie są dzieci z moim partnerem, tylko z partnerem mojej mamy. Może inaczej by było, gdybym była surogatką, wtedy się wszystko czuje, ale to mama miała je w brzuchu, ona je urodziła. To są dzieci Mariusza, a jego traktuję jak ojca, więc dzieci z tatą to tak średnio.

(Kasia, która zaraz przyjdzie, powie mi później coś podobnego: mama w ciąży z dziewczynkami, to mama, która nosi moje rodzeństwo bez względu na to, czy komórka pochodzi ode mnie, czy akurat od Mani).

*

Cięcie. Spróbujmy rozłożyć tę sytuację na czynniki pierwsze. Od strony biologicznej Mania jest mamą bliźniaczek, a Gosia, mama Mani, ich babcią i jednocześnie ciążową mamą, ponieważ przez dziewięć miesięcy rosły w jej macicy, a potem je urodziła. Były mąż Gosi jest biologicznym dziadkiem bliźniaczek. Kasia, siostra Mani, jest ich biologiczną ciocią.

*

– Rozmawiacie o tym czasem? – pytam Manię.
– Mama czasem mówi: to wszystko dzięki tobie – śmieje się Mania i przedrzeźnia mamę, a Gosia potwierdza, kiwając głową. – Ty mi dałaś kiedyś życie, teraz ja mogłam pomóc tobie – zwraca się do mamy. – Nie traktuję tego tak, że teraz musicie mi być wdzięczni do końca życia. Cieszę się, że mamy w domu takie małe dwa bajtle. Już żartuję, że są pomocnicy na starość, to teraz mogę późno własne dzieci robić. Jedynym minusem, jaki pamiętam, było to, że po pobraniu komórek przez pół roku na dni płodne miałam ogromny brzuch i bardzo mnie bolało. Pewnie miałam jeszcze wzmożone jajeczkowanie.

– O, jesteście. – Do pokoju wchodzi Kasia – świeżo ufarbowane włosy spięte w kitki, czarne legginsy na nogach po mamie, granatowa marynarka. Ciemne okulary podnosi na czoło.
– Dzień dobry, kwiatuszku mój. – Gosia wstaje i całuje Kasię w policzek.
– Jakie ty masz ciemne włosy! – komentuje Mania. – Ale ładnie w nich wyglądasz.
– Olunia w samochodzie mnie jakby nie poznała – żali się Kasia.
– Bo masz okulary i spięte włosy – stwierdza Gosia. – Tata, chodź, zobacz – zwraca się do Mariusza. – Twoje dziecko samo je.
– W końcu – odpowiada Mariusz z przedpokoju i wszyscy zaczynają się śmiać. – Po drodze mi się przypomniało – mówi Mariusz, wchodząc do kuchni i siadając przy stole – że u nas w rodzinie była taka para, która się bardzo starała o dziecko. I wtedy pomyśleliśmy, że może my moglibyśmy sfinansować ich leczenie, a ona by dała nam komórkę. Trochę na zasadzie tonący brzytwy się chwyta. Ale rozmawialiśmy o tym tylko między sobą.
– To my idziemy zapalić – meldują dziewczyny i wychodzą do ogrodu.

*

– Pytałaś o to, jak jest teraz. – Gosia wraca do poprzedniej rozmowy i bierze Olę na ręce. – Ja się najbardziej martwiłam przed. Jesteśmy bardzo blisko z dziewczynami, pewnie dlatego, że sama je wychowywałam. Mania jest bardzo wrażliwa, nie wiedziałam, jak to przeżyje. Jak będą wyglądać nasze relacje, a nuż pojawi się jakaś duża więź między nią a dzieckiem. Bardzo dużo się nad tym zastanawialiśmy. Dziś się o tym nie mówi, może każdy coś sobie myśli, ale nikt o tym nie mówi. Gdy przygotowywaliśmy się do pobrania komórek, Mariusz mieszkał w Niemczech, a ja w Polsce. Brałam tabletki, a Mania zastrzyki. Nie mogłam na to patrzeć. A ona do mnie mówiła: mamuś, przestań, dla nas wszystkich to robię. Chcesz mieć małe cipuleńki czy nie?

– Kasia mówiła: chcesz mieć tupot małych stópek – wtrąca Mariusz.
– No właśnie, więc odpowiadałam Mani, że chcę, ale dziwnie mi się patrzy, jak robi sobie te zastrzyki. A ona znowu: mamuś, przestań, ja jestem dorosła dziewczynka. Najgorzej było przy pobraniu. Nie mogłam z nią być na sali, więc czekałam na korytarzu i ryczałam. Jak weszłam i ją zobaczyłam na tym łóżku, otumanioną po znieczuleniu, to się rozryczałam całkowicie. A ona: mamusiu, proszę cię, nie płacz, ja bym wszystko dla ciebie zrobiła. I tak się obie rozryczałyśmy, że normalnie.

*

– Olunia jest chyba głodna, Mania, weź, serduszko, zrób kanapkę z serkiem i pomidorkiem, tylko skórkę, proszę, obierz – prosi Gosia.
– Dobrze, mamuś. – Mania bez szemrania idzie po pomidorka do piwnicy.
– Ma pani niesamowite córki, nie tylko pomagają, ale też mają rękę do dzieci – nie kryję zdziwienia.
– Oj, tak, nie wiem, co bym bez nich zrobiła. Kasia mieszkała przez pewien czas u nas w Niemczech, bo ja w piątym miesiącu przeprowadziłam się do Niemiec. Chciałam razem z Mariuszem przeżywać ciążę, poród; nie miałam tego w pierwszym małżeństwie. Smarowanie brzuszka wieczorem, te rzeczy. Ale ciążę przechodziłam dosyć ciężko. Schudłam strasznie, dzieci ze mnie wszystko ciągnęły, plecy mnie bolały, trudno mi się chodziło, wstawało. Dużo leżałam, zamiast się cieszyć, ryczałam, hormony buzowały, do tego przeprowadzka. Kasia robiła mi kanapeczki do łóżka. Potem pomagała przy dzieciach, ja tylko siedziałam i ściągałam pokarm, a oni karmili non stop. W nocy wstawałyśmy na zmianę. Po dwóch tygodniach Mariusz musiał wrócić do pracy. Na nowy rok akademicki Kasia wróciła do Polski na uczelnię, trudno jej było w Niemczech z językiem.

– Ej, szogun – w tle słychać, jak Mania mówi do płaczącej Oli.
Kasia wstaje. – A weź po drodze do łazienki jej kanapeczkę, serduszko. Ale weź tę większą, bo Olunia ma większą buźkę, więcej do buzi wpycha.

– A nie myśleliście o tym, żeby się leczyć w Niemczech? – pytam.
– Na początku to sprawdzaliśmy, ale nie kwalifikowaliśmy się. Ja byłam za stara, limit to czterdziesty rok życia. Poza tym refundowane jest pięćdziesiąt procent, a pięćdziesiąt procent w Niemczech to sto procent w Polsce, a i refundacja należy się tylko małżeństwom. Jeśli chodzi o dawstwo, to w Niemczech dozwolone jest tylko dawstwo nasienia, nie można skorzystać z cudzych komórek jajowych.

W Polsce nie było żadnego problemu, pamiętam, że zapytałam lekarza, czy to, że dawczynią będzie moja córka, nie jest przeszkodą. A lekarz powiedział: dla pani to jest córka, dla męża biologicznie obca osoba, więc wszystko w porządku.

– Myśleliśmy, że jakoś poważniej to będzie wyglądać, że będzie na przykład spotkanie z prawnikiem – mówi Mariusz. – Przecież to nie wyrostek robaczkowy, chcieliśmy poczuć się zabezpieczeni prawnie, że te dzieci będą naszymi dziećmi, że prawo nas chroni. Dostaliśmy tylko papierek, że córka się zrzeka praw, podpisaliśmy i tyle.

– No nie czuliśmy się tam dopieszczeni. Śmialiśmy się, że to klinika reprodukcji pieniędzy – dodaje Gosia.
– Ile mieliście zarodków?
– Pobrano siedemnaście komórek, zarodków powstało osiem, świetnej jakości. Wszczepili dwa, a chcieli trzy, ale się nie zgodziliśmy. Więc zostało sześć, ale dwa obumarły, a zatem w sumie zostało nam cztery. Zdecydowaliśmy, że nie będziemy ich trzymać, już ich nie potrzebujemy. Oddaliśmy klinice, niech komuś podarują. Rozmawialiśmy z Manią i ona powiedziała, że to dobry pomysł, niech te zarodki komuś pomogą – odpowiada Gosia.

– W Niemczech była taka sprawa, że dziewczyna chciała poznać biologicznego ojca, który był dawcą. Kto wie, może za dwadzieścia lat nasze dzieci też będą chciały poznać swoich biologicznych rodziców – dywaguje ze śmiechem Mariusz. – Zastanawialiśmy się czasem, czy z tych zarodków rozwinęły się dzieci. Ale już się tym nie interesujmy, niech one tam sobie gdzieś są i niech ktoś jest bardzo szczęśliwy.

– A swoim dzieciom co powiecie?
– Jeszcze nie wiemy – mówi Gosia. – Chyba najpierw zobaczymy, na ile będą stabilne emocjonalnie. Jeśli wyczujemy, że nie są na tyle, aby to przyjąć łagodnie, to nie będziemy mówić. Poczekamy, aż będą miały jakieś dwadzieścia lat, po okresie dojrzewania – odpowiada Mariusz. – Wcześniej nie, bo jeśli któraś na podwórku powie dzieciom, to potem nasze córki mogą być potępiane albo wytykane palcami.

– Ale w sumie to nie wiem, czemu mielibyśmy powiedzieć, ja nie czuję takiej potrzeby, to są w końcu nasze dzieci. Nasze córki są tak zbliżone charakterem: jedna do taty, druga do mamy, nie widzę, żeby nie było podobieństwa do rodziców. – Mariusz jest trochę zirytowany. – Tata jest biologiczny, mama w jednej czwartej też biologiczna, nie odbiegamy tu od prawdziwych stuprocentowych rodziców. – Zresztą coś mi się wydaje, że im więcej czasu upływa, tym mniejsze to ma znaczenie, zapomnimy o całej sprawie – mówi Mariusz. – Tyle jest miłości, wspaniałych chwil.
– Ale na pewno się tego nie zapomni – dorzuca Gosia.

– A ktoś z rodziny wie? – dopytuję.
– U mnie bliska rodzina wie, że było in vitro, ale nie, że Mania była dawczynią – odpowiada Gosia.
– U mnie o Mani wie mój młodszy brat, ale to moja krew – mówi Mariusz.
– A drugi brat ma innych rodziców? – pytam.
– Nie – śmieje się Mariusz. – Chodzi o grupę krwi. Ja jestem bardzo podobny do swojego taty i młodszego brata, mamy taką samą grupę krwi. Mania jest bardzo podobna do Gosi i one też mają taką samą grupę krwi. To po prostu tak jest. Ciekawe, czy jak zrobimy test bliźniaczkom, to się potwierdzi, że Ola ma moją grupę krwi, a Zosia Gosi. Na razie musimy poczekać, bo w Niemczech nam powiedzieli, że nie będą badać krwi tylko dlatego, że takie jest widzimisię rodziców.

*

Pół godziny później spacerujemy sobie uliczkami małego miasteczka, mijamy rzędy domków wielorodzinnych, kościół. Idę z Manią i rozmawiamy, oczywiście, o dzieciach.
– One są takie mądre – mówi Mania. – Jak na te swoje piętnaście miesięcy, to rozumieją bardzo dużo. Jak jej powiesz: podciągnij spodnie, to podciągnie, podejdź do mnie, to podejdzie.
– Mądrych mają rodziców, to są mądre – rzuca Mariusz, który idzie przed nami i całuje Gosię w policzek.
Mania macha dłonią, jakby chciała powiedzieć: halo, a ja? Śmieje się przy tym do mnie porozumiewawczo. – No mądrych mają, mądrych – powtarza ze śmiechem.

***
Co wiemy o dawstwie wewnątrzrodzinnym

Grupa robocza do spraw etyki i prawa European Society for Human Reproduction and Embryology (ESHRE), stowarzyszenia założonego przez Roberta Edwardsa, który wraz z Patrickiem Steptoe’em doprowadził do pierwszego zapłodnienia in vitro, wydała w 2010 roku dokument podsumowujący sytuację wewnątrzrodzinnego dawstwa komórek rozrodczych.

Już w jego pierwszych zdaniach można przeczytać, że dane, jakimi dysponujemy, są znikome. Wśród powodów, dla których ludzie decydują się na to rozwiązanie, są:
– zachowanie genetycznego połączenia;
– poczucie bezpieczeństwa (znamy dawcę/dawczynię, wiemy, kim jest);
– czas i pieniądze (w wielu krajach skorzystanie z komórki dawcy lub dawczyni wymaga czekania w długich kolejkach, jest również kosztowne, zwłaszcza w przypadku surogacji).

W Wielkiej Brytanii szczególnie powszechna jest praktyka korzystania z komórki jajowej siostry. Powodem tego jest niewystarczająca liczba dawczyń, co wywołuje turystykę medyczną (główny kierunek w celu zdobycia komórek jajowych to Hiszpania) oraz zwracanie się z prośbą o pomoc do członków rodziny.

W wielu krajach brakuje szczegółowych regulacji dotyczących dawstwa wewnątrzrodzinnego. Kliniki opierają się na istniejącym prawie oraz prawie zwyczajowym dotyczącym kazirodztwa.

Nie zezwala się na łączenie komórek rozrodczych krewnych pierwszego stopnia, na przykład brata i siostry, ojca i córki.

HFEA wskazuje również zagadnienia delikatne społecznie i etycznie:
– zaburzenie genetycznych/społecznych relacji dzieci;
– jak powiedzieć dzieciom i zarządzać nietradycyjnymi relacjami w ciągu życia;
– potencjalny emocjonalny nacisk na członków rodziny, aby zostali dawcami.

*

Komisja Etyczna American Society for Reproductive Medicine (ASRM) wydała w 2012 roku opinię, w której stwierdza, że skorzystanie z wewnątrzrodzinnych dawców gamet i surogatek jest zasadniczo akceptowalne etycznie, gdy wszyscy uczestnicy są w pełni poinformowani i zapewniona jest im opieka psychologiczna. Rozróżnia jednak pomiędzy dawstwem wewnątrzpokoleniowym, na przykład siostra–siostra, brat–brat, siostra–kuzynka, brat–kuzyn, a międzypokoleniowym, na przykład mama–córka, córka–mama, ojciec–syn. Zdaniem ASRM dawstwo międzypokoleniowe bardziej naraża potencjalnych dawców na nadmierne naciski i emocjonalną presję.

Relacja dziecka z rodzicem jest na tyle skomplikowana i uwikłana w zależności, że swoboda decyzji dziecka, by być dawcą dla rodzica, staje pod znakiem zapytania. Dawstwo rodziców jest trochę bezpieczniejsze, aczkolwiek tutaj w grę wchodzi wiek, który może spowodować genetyczne nieprawidłowości.

Ponadto, tak jak w wypadku dawstwa wewnątrzpokoleniowego, tu także występuje zagrożenie zaburzenia relacji rodzinnych (nieadekwatne zaangażowanie, oczekiwanie wdzięczności i tym podobne). ASRM rozumie prawa dotyczące kazirodztwa szeroko. W wypadku córki oddającej komórki jajowe matce, która jest w drugim związku, dziecko będące genetycznym potomkiem córki i jej ojczyma zdaniem ASRM zbytnio przypomina związek kazirodczy i powinno być odradzane.

Z kolei brytyjska HFEA uważa, że taki przypadek jest dopuszczalny (genetycznie osoby nie są spokrewnione) dopóty, dopóki para (córka–ojczym) nie planuje razem dziecka wychowywać.

*

Psycholożka Aleksandra Jodko-Modlińska, prowadząca konsultacje w jednej z polskich klinik niepłodności, spotyka pary, które korzystają z komórek członków rodziny. – Najczęściej kobiety zwracają się do swoich sióstr. I tutaj jest wiele czynników do rozpatrzenia. Na przykład nie wiemy, jak się potoczy życie reprodukcyjne dawczyni, czy będzie miała własne dzieci. Wydaje się, że najlepsza jest sytuacja, gdy dawczyni już urodziła. Ale to nie zawsze ma miejsce. Z psychologicznego punktu widzenia w rodzinie mamy do czynienia z silnym tabu kazirodczym. Gdy weźmiemy pod uwagę relację kobiety z mężem jej siostry, to mimo iż biologicznie są to sobie obcy ludzie, granica między nimi jest bardzo wyraźna, żadne przepływy seksualności nie mogą tam zachodzić. W poczęciu zaś jest element seksualny, nie erotyczny, ale seksualny. Większość ludzi uważa, że powstanie dziecka łączy się z aktem seksualnym, a tutaj pojawia się oto dziecko bez tego aktu, choć gdzieś z tyłu głowy świta nam, że jednak doszło do połączenia pierwiastków seksualnych tej kobiety i tego mężczyzny. Kwestia perwersyjności tej sytuacji może być czasem problemem.

Realną kwestią do przepracowania jest to, iż dawczyni będzie najprawdopodobniej obecna w życiu dziecka, będzie je widziała, miała z nim kontakt. Diane Ehrensaft, psycholożka i autorka książki Mommies, Daddies, Donors, Surrogates. Answering Tough Questions and Building Strong Families (Mamusie, tatusiowie, dawcy, surogatki. Odpowiadając na trudne pytania i budując silne rodziny), nazywa problem, który może wypłynąć ze zbyt bliskich relacji dawczyni z dzieckiem, „pozbawianiem rodzicielstwa”.

Obserwowanie, jak siostra, czyli biologiczna mama, obdarza dziecko miłością, podkreśla jego wyjątkowość, urodę, zdolności, może wywołać w mamie społecznej ból i poczucie niewystarczalności.

Ehrensaft opisuje też przypadki zazdrości o członka rodziny, który jest w stanie dać małżonkowi lub małżonce to, czego on/ona nie potrafi. ASRM, ESHRE i HFEA zgadzają się co do tego, że w przypadku dawstwa wewnątrzrodzinnego zarówno biorcy, jak i dawcy powinni przejść wyczerpujące konsultacje psychologiczne.

Fragment książki Karoliny Domagalskiej „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro”, Czarne 2015

 

**Dziennik Opinii nr 151/2015 (935)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.