Czytaj dalej

Aborcyjny symetryzm

Plawgo/Pyrka

Aborcja to „nie jest tylko biologia, to także sprawa duszy”. Czyżby?

Aborcja to „nie jest tylko biologia, to także sprawa duszy”, piszą we wstępie do książki Dziewięć rozmów o aborcji (Czerwone i Czarne, 2017) jej autorki, Krystyna Romanowska i Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin.

Trochę się w życiu naczytałam o aborcji, ale w ostatnim roku sytuacja w Polsce tak się zmieniła, że uradowałam się, słysząc o zbiorze rozmów z kobietami, które mają doświadczenie aborcyjne i są za prawem do wolnego wyboru. Rozsiadłam się w autobusie, otworzyłam książkę i już na skrzydełku przeczytałam: „Siadając naprzeciwko naszych rozmówczyń, byłyśmy ciekawe, co to znaczy nie chcieć ciąży. Ciąża to przecież coś, co instynktownie chce się chronić?”. Tiaa. Czyli taki proczojs, ale dla prolajferów. Zapowiadało się wspaniale.

Nam się zaczęło pod dupą palić… Kim są organizatorki czarnego protestu?

Dziewięć rozmów o aborcji ma w założeniu wybijać z zastanego porządku, w którym po jednej stronie są oszalali „obrońcy życia” wystający pod szpitalami z ociekającymi krwią plakatami, a z drugiej feministki, które skrobią się między latte o wizytą u manikiurzystki. No cóż, o ile widziałam kilku przedstawicieli tej pierwszej grupy, to ta druga jest wytworem wyobraźni tych pierwszych. Feministki, owszem, mówią, że aborcja czasem bywa ulgą, ale nie twierdzą, że jest jak zabieg u kosmetyczki. To wszystko jest trochę bardziej skomplikowane.

Bohaterki rozmów zawartych w książce Dziewięć rozmów o aborcji tak jak feministki uważają, że „każda kobieta w takich podbramkowych sytuacjach powinna mieć prawo do podejmowania decyzji. Od A do Z powinna mieć takie prawo”. Te z nich, które zdecydowały się na aborcję, zrobiły to z różnych powodów: nie chciały mieć dziecka, nie były gotowe na ciążę, ich ciąża była zagrożona, bały się urodzić chore dziecko.

Strach i samotność

Strach to uczucie, które przewija się przez kartki tej książki najczęściej. I najbardziej chyba porusza. Dorosłe kobiety, często dobrze sytuowane, z partnerami, pracą, nagle stają się przerażone i samotne, bo ciąża, w którą zaszły, nie jest tą, którą chcą czy gotowe są donosić. Decydują się na aborcję. I wpadają w odmęty „podziemnego państwa kobiet”.

„Poszłam do znajomej, która była lekarką. To była moja ostatnia deska ratunku […] Powiedziała, że przepisze mi tabletki. […] Kiedy przyjechałam do niej, zapytała mnie w drzwiach, czy nie mam ze sobą dyktafonu. […] Kiedy zadzwoniła do koleżanki skonsultować się, jaką dawkę mi zlecić, nie podała nawet nazwy tego leku na głos”. Autorki wspominają rozmowę, która nie weszła do książki, a której bohaterka komunikowała się z mężem i lekarzami, „wyłącznie pisząc na kartkach, które później niszczyła. Była przekonana, że może być podsłuchiwana przez telefon komórkowy”.

Religia ministra Radziwiłła twoim prawem, kobieto!

Inna bohaterka opowiada: „Ogłoszenie znalazł mój partner. Zależało nam, żeby skontaktować się z jakimś lekarzem. Poszedł do sklepu, kupił kartę telefoniczną z nowym numerem, zadzwonił, powiedział dokładnie co i jak”. Dalej historia wygląda jak z serialu kryminalnego. „Weszliśmy w jakąś bramę. Szliśmy razem, ja myślałam sobie: «Boże, przecież on może nas zaprowadzić gdziekolwiek, nawet na policję». Transakcja z kieszeni do kieszeni, jakbym kupowała amfę. Ciemny zaułek, brama, koleś mówi: «Będzie dobrze». I daje nam tabletki bez opakowania, bez ulotki, bez niczego. Przyjechaliśmy z tym do domu. Byłam przerażona: «Cholera, ja nawet nie wiem, co to jest»”.

„Weszliśmy w jakąś bramę. Transakcja z kieszeni do kieszeni, jakbym kupowała amfę. Koleś mówi: «Będzie dobrze». I daje nam tabletki bez opakowania, bez ulotki, bez niczego”.

Tak to się robi w Polsce: nowa karta telefoniczna, tabletka przekazana w bramie. Niektóre bohaterki miały prawo do legalnej aborcji, ale w Polsce i o taką trudno. Dlatego zdecydowały się na podziemie, na lekarza z polecenia, ogłoszenia, na branie bez kontroli tabletek, które mają wywołać poronienie. Jedna z nich ledwo przeżyła. Gdyby mąż nie wrócił wcześniej do domu i nie znalazł jej wykrwawiającej się na podłodze, mogła umrzeć. W XXI wieku, w niby cywilizowanym kraju rozgrywają się sceny niczym z filmu Vera Drake. „On był przekonany, że umieram. Że to koniec. Przez to, że mieszkamy w Polsce i nie chcieliśmy mieć drugiego dziecka”.

Schodzisz do podziemia i jesteś nielegalna. Po latach jedna z bohaterek mówi: „Kiedy wracasz do aborcji, to wracasz do tego koszmarnego stanu samotności, bycia kimś nielegalnym, gorszym i ocenianym”. Kobietom, które potrzebowały z kimś szczerze porozmawiać, potrzebowały porady lekarskiej, towarzyszył strach i samotność.

Służba zdrowia ci nie pomoże

Z przekonania zawsze bronię publicznej służby zdrowia, ale po przeczytaniu tych dziewięciu rozmów o aborcji rozumiem, czemu niektóre kobiety nie chcą mieć z nią nigdy więcej do czynienia.

W Polsce teoretycznie można legalnie przeprowadzić aborcję. Ale tylko teoretycznie. Lekarze mnożą problemy, wysyłają na kolejne badania albo nie wysyłają, jeśli badania te mogłyby przypadkiem potwierdzić wady płodu. W ostatniej z rozmów Krystyna Kacpura z Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny wspomina dziennikarkę, która w klinice ginekologicznej w Niemczech spotkała pewnego dnia dziesięć Polek. Cztery z nich miały prawo do legalnej aborcji w kraju („dziewczyna po wielokrotnym gwałcie, kobieta chora na cukrzycę po czterech cesarskich cięciach, 40-letnia kobieta z płodem z zespołem Edwardsa, czyli wadami genetycznymi tak poważnymi, że powodują deformację ciała i narządów wewnętrznych, inna z płodem bez mózgu”). Trzem z nich nie udzielono u nas pomocy, czwarta nawet nie chciała próbować. Myśl o tłumaczeniu się przed policją, w co była ubrana w dniu gwałtu, nie zachęcała jej do kontaktu z państwowymi instytucjami.

Bohaterki książki były w tej komfortowej sytuacji finansowej, że mogły sobie pozwolić na szukanie pomocy poza publiczną służbą zdrowia. Co z resztą? Tam dopiero odbywa się dramat. Przeprowadzające rozmowy szczerze przyznają, że chciały dotrzeć też do innych kobiet, ale te nie chciały rozmawiać. W dużym mieście łatwiej się ukryć.

Te z bohaterek, które przeszły przez publiczne szpitale, wspominają to dość koszmarnie. Rodzenie martwego dziecka w sali, gdzie mamy wyczekują na pierwszy krzyk malucha – męczarnia. Niesamowite, że w dwóch rozmowach przewija się motyw przewożenia próbek na badania z jednego szpitala do innego. Chodzi np. o badania genetyczne płodu, które pozwalają powiedzieć, czy płód ma wady. Żeby było szybciej, kobiety same przewożą próbki. „Zostaliśmy skierowani do lekarki, która pobrała materiał genetyczny, a ja sama zawiozłam ten materiał taksówką do przebadania, żeby było szybciej, bo na karetkę długo się czekało” mówi jedna z bohaterek. Fiolki z pobranym materiałem bohaterki wiozą ukryte między piersiami, to sposób na trzymanie temperatury, no i tak się próbka nie potłucze. Cenię sobie bardzo to, że ludzie pomagają i jak trzeba i będzie szybciej, to i fiolkę przewiozą, ale jak sobie pomyślę, że czekasz na ważne wyniki i wiesz, że zaraz możesz się dowiedzieć, że nie będziesz miała jednak dziecka a jeszcze musisz tę fiolkę w cyckach wieźć, trochę mnie przeraża.

Równość i wolność to więcej niż prawo do aborcji

Język duszy i żałoby

Wyraźnie widać, że i prowadzące rozmowy, i bohaterki bardzo chcą uciec zarówno od języka prolajferskiego, jak i języka feministek. Kłopot w tym, że języka feministek w debacie publicznej za bardzo nie ma. Dominuje język tych, którzy nazywają siebie „obrońcami życia”, i tak samo jest w tych rozmowach.

Kobieta po aborcji jest pytana, czy czuła się, jakby przeżyła żałobę. Dalej czytamy, że bohaterka nie może powiedzieć ani tego, że „nic się nie stało, ani tego, że jest morderczynią”. O usuniętej przed laty ciąży mówi się „tamto dziecko”. Bardzo trudno po tylu latach słuchania o „dzieciach nienarodzonych” mówić w inny sposób. Zmagania z językiem towarzyszą każdej z tych rozmów.

„Zawsze uważałam się za osobę o liberalnych poglądach, feministkę – mówi jedna z bohaterek. – Teoretycznie powinnam skorzystać z mojego prawa wyboru. Dostosować się do narracji: «jak nie chcesz, to usuń». Ale nie umiałam. Z kolei druga strona, konserwatywna, katolicka, z zawołaniem «zabijasz swoje dziecko», była mi jeszcze bardziej obca. Wielka szkoda, że nie ma trzeciej drogi, nie ma normalnej rozmowy na ten temat”.

No cóż, powiedzieć „powinnam skorzystać z mojego prawa wyboru” może tylko osoba, która takie prawo ma. W Polsce mają je kobiety, które stać na aborcję i które mieszkają w na tyle przyjaznym otoczeniu, że albo nikt się o aborcji nie dowie, albo nikt ich nie będzie z tego powodu piętnował.

Kolejna bohaterka wspomina, że może bywała w życiu na zakrętach, ale nigdy nie zabrakło jej na dziecko. To może powiedzieć osoba w dosyć komfortowej sytuacji finansowej.

Aborcja w Polsce poniża

To dobrze, że kobiety, którym jednak było trochę łatwiej – bo znały kogoś, kto im pomógł, bo miały pieniądze albo miały od kogo pożyczyć – mówią dziś o swoich doświadczeniach. Nawet jeśli przeszkadza mi, że tak im trudno wyjść z języka „żałoby” i „morderczyń”, to doceniam wysiłek, jaki podejmują.

Każda z tych kobiet przeszła przez piekło, to „piekło kobiet”, o którym pisał Boy-Żeleński. Wspomniane już strach i samotność, niekiedy niepotrzebne fizyczne cierpienie, a przede wszystkim poniżenie. Poniżenie od pierwszego momentu, kiedy szuka się pomocy, poniżenie, kiedy zaczynasz się zachowywać jak przestępczyni. Nie chroni cię prawo, więc poniżają cię inni. Lekarz, który ma pomóc w aborcji, wypala do jednej z bohaterek: „A pani jest pewna, że to z tym facetem?”. Kobieta wspomina, że słysząc to, pomyślała: „Jesteś w czarnej dupie, spotykasz się z człowiekiem, który rzekomo ma ci pomóc, a on cię traktuje jak kurwę”.

Jak się to wszystko kończy? Jak już ci się uda znaleźć lekarza, dostać tabletki, poronisz, co się dzieje potem? Potem część z tych, które przeszły przez piekło, decyduje się o tym mówić. „Mam ochotę cały czas krzyczeć z wściekłości, że trzeba to robić w tak upokarzających warunkach”.

Obecny rząd już raz próbował odebrać nam prawo do resztek legalnej aborcji. Protesty kobiet powstrzymały polityków. Ci sami politycy wywalili do śmieci obywatelski projekt ustawy liberalizującej prawo do aborcji, ustawy, która daje naprawdę wolny wybór. Walczymy dziś w Polsce o resztki godności kobiet. O resztki prawa do opieki lekarskiej w zagrożonej ciąży.

Dziękuję wszystkim kobietom, które zabrały głos w tej książce. Im więcej z nas będzie głośno mówić, że nie zgadzamy się na traktowanie nas jak potencjalnych morderczyń, tym większa szansa, że kiedyś kobiety w Polsce odzyskają prawo do decydowania o sobie. Czego sobie i wam, siostry, życzę.

***Ratujmy kobiety

Ruszyła zbiórka podpisów pod obywatelskim projektem ustawy o prawach kobiet i świadomym rodzicielstwie. Więcej informacji można znaleźć na stronie www.ratujmykobiety.org.pl

Projekt ustawy dostępny jest tutaj.

Karty do zbiórki podpisów dostępne tutaj.

Coming out, czyli wyjście z szafy [Mój #CzarnyProtest]

Bio

Agnieszka Wiśniewska

| Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynowała działania Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej. m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna". Współautorka książki "Współpraca. Przewodnik dla dzieci".

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Komu o duszę, temu o duszę. Zwolennikom zbrodni nienawiści wobec kobiet chodzi o terror. A ten terror służy temu, żeby prawdziwa praca opiekuńcza i reprodukcyjna była wykonywana w trybie niewolniczym. Bo to i taniej, i jak się napuści pół ludzkości na drugie pół, to żadna nie ma czasu strajkować.
Federici polecam, "Caliban and the Witch".

Nasza działalność jest możliwa dzięki ludziom takim, jak Ty.Wspieraj nas!