Kraj

Stop torturowaniu Grzegorza Schetyny

grzegorz-schetyna

Aż mi trochę (ale tylko trochę) żal tego Schetyny, że musi tego wysłuchiwać.

Na falach sondażowych zwyżek i spadków dryfuje sobie polski komentariat w poszukiwaniu najbardziej aktualnie trafnej diagnozy. Dziś aura jest taka, że na fali jest PiS, a opozycja wręcz odwrotnie. I choć trwa to już dłuższą chwilę, i moglibyśmy się do tego przyzwyczaić, prawa medialnego cyklu są niemiłosierne: trzeba raz po raz wyjaśniać, komentować i analizować tę samą sytuację. Żeby trzymać się jeszcze przez chwilę tej meteorologicznej metaforyki: jak z tą zimą, co rokrocznie zaskakuje drogowców.

Zawisza: Liberalna opozycja to alimenty, piosenki Muchy i setki w TVN-ie

I tak, od kilku tygodni nad debatą publiczną krąży widmo „wielkiej idei”, a konkretnie jej braku po stronie liberalnej opozycji. Zawdzięczamy to wydaniu tygodnika internetowego „Kultura Liberalna” sprzed miesiąca. W numerze autorzy i autorki „KL” rozmawiali z doradcami politycznymi, specjalistami od marketingu i autorami kampanii wyborczych o komunikacyjnych problemach, niedomaganiach i wpadkach Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej, jej liderów i szerokiej opozycji wobec PiS.

Powrót wielkich narracji

Do samego numeru „KL” trudno się przyczepić, bo opublikowane wywiady są bardzo ciekawą lekturą, a ich przeprowadzenie była pomysłem dobrym i potrzebnym. Problem z „wielką wizją” jest raczej taki, że nawet najlepsze i najciekawsze rozpoznania rzeczywistości mogą się przy intensywnej eksploatacji zużyć i wypłukać.

Tak jest i z tym ujęciem: opozycja musi znaleźć pomysł na Polskę, „wielką ideę”, spójną narrację. Przez miniony miesiąc – może to wina ograniczonej diety informacyjnej? – sam słyszałem ten pomysł w tylu okazjach i wariantach, że zdążyłem się skutecznie do niego zniechęcić.

„Nie mamy programu i co nam pan zrobisz?”, czyli biedna opozycja patrzy na 40 procent PiS

Oczywiście, że opozycja powinna mieć „wielka ideę”, swój program, narrację, pomysł. Ale kto nie powinien? Czy coś się radykalnie zmieniło, coś mnie ominęło, wydarzył się jakiś przełom i oto walka o przedstawienie swojego politycznego pomysłu (a właściwie: planu objęcia władzy) jako spójnej i wiarygodnej opowieści jest czymś nowym?

Dotąd myślałem, że zasadniczo tak to działa: politycy opowiadają o swoich (prawdziwych bądź nie) poglądach, pomysłach, planach, a my, wyborcy, kupujemy to jako opowieść, jaka tłumaczy naszą sytuację. Albo i nie. Jeśli jest tak, jak myślę, że jest: wzywanie opozycji do wymyślenia narracji i „wielkiej idei” jest tak samo konkretne, co wzywanie ich, aby „wzięli więcej głosów” i „wygrali wybory”. Weźcie się w garść, wygrajcie te wybory.

Tylko gdyby to było takie proste. „Wielkie idee” nie leżą na chodniku. W odróżnieniu od haseł reklamowych rzadko powstają pod presją konkretnego deadline’u, a cały związany z tym proces nie jest wolny od ryzyka dość poważnej wtopy.

Hillary Clinton w kampanii za miliard dolarów i przy dostępie do talentów najlepszych specjalistek i doradców oraz przychylności dużej części mediów, establishmentu politycznego i korporacji technologicznych, nie była w stanie, mimo doświadczenia pierwszej przegranej kampanii i dwóch zwycięskich jej męża, żadnej „wielkiej idei” Ameryce przedstawić. I powstały już o tym całe książki, w tym jedna autorstwa samej Hillary – nie dało się i już.

Mamo, czy naprawdę muszę głosować na Hillary?

Polityczna alchemia, jak się okazuje, jest jeszcze trudniejsza do opanowania niż wprowadzenie na rynek nowego smaku Frugo. Skoro ta misja nie powiodła się sekretarz Clinton, to skąd pomysł, że Platforma z Nowoczesną odnajdą św. Graala?

Na brak wielkiej idei cierpi zresztą nie tylko liberalna opozycja w Polsce: trudno znaleźć ją u niemieckiego CDU, choć rządzi trzecią kadencję, trudno pewnie i u brytyjskich konserwatystów, którzy w jej poszukiwaniu poszli tak daleko, że zgotowali sobie referendum Brexitowe. Możemy odnaleźć coś podobnego do „wielkiej idei”, o czym warto dyskutować, w kampaniach Trumpa, Sandersa, Corbyna, Le Pen. Ale z tej czwórki wygrał wyłącznie Trump, a jego program był i jest skrajnie niespójny, pełen dziur i sprzeczności, zaś faktycznie wielkie jest tylko jego ego i może jeszcze talent do wykorzystywania mediów.

Zdecydowana większość partii mainstreamu ma ten problem: socjalistom z trudem idzie wymyślanie socjalizmu od nowa, liberałom liberalizmu, a i tradycyjny konserwatyzm też zresztą nie radzi sobie najlepiej. Na tej glebie nie pączkują ostatnio genialne pomysły.

Czy naprawdę zresztą chcemy, żeby to Grzegorz Schetyna w parze z Ryszardem Petru odnajdywali nowy, spójny pomysł na Polskę? Doświadczenie ostatnich miesięcy pokazuje, że przerastają ich dużo mniejsze rzeczy – jak choćby niekłamanie w sprawie tak jednoznacznej, jak stosunek do uchodźców, 500+ czy związków partnerskich. To są przecież zerojedynkowe sprawy, które nie wymagają narracyjnej obudowy, tylko wypowiedzenia jednosylabowego „tak” lub „nie”.

Lewica dziękuje Grzegorzowi Schetynie

Pomijam już fakt, jak złą samoocenę musi mieć środowisko liberalnych intelektualistów, że akurat na Grzegorza Schetynę postanowiło scedować najpoważniejsze wyzwanie intelektualne i polityczne, jakie widzą.

Z wyartykułowaniem spójnego, przekonującego, atrakcyjnego i nośnego społecznie pomysłu na Polskę problem mają zresztą najtęższe umysły, i to nie od wczoraj, z wyjątkiem może Jarosława Kaczyńskiego. A w przeciwieństwie do polityków, komentatorzy telewizyjni, filozofki i publicyści mają przy tym ten komfort, że nie muszą dodatkowo przebić się z nim do milionowej publiki, przebijając przy okazji kokon odrębnych interesów swoich doradców, koterii, partyjnych konkurentów i medialnych interpretacji ich słów, gestów i działań.

Aż mi trochę (ale tylko trochę) żal tego Schetyny, że musi tego wysłuchiwać, gdy chciałby się zająć – jak powiedział szczerze w radiowej rozmowie z Piotrem Kraśko – „nie dyskutowaniem o programie, tylko odsuwaniem PiS-u od władzy”. Z prezentowaniem idei idzie mu kiepsko, może z „odsuwaniem PiS-u”, cokolwiek to dla niego znaczy, będzie się czuł lepiej i kiedyś zobaczymy tego skutki.

Schetyna do Sierakowskiego: Celem PO jest odsunięcie PiS od władzy

Może wobec tego wszystkiego, tak aby się nie zawieść, lepiej byłoby dla wszystkich przyjąć pewien plan minimum? Niech politycy politykują, myśliciele zaś jeszcze trochę pomyślą. Ci pierwsi niech skonsolidują struktury, przygotują się na kampanię wyborczą, otworzą drogę awansu dla nowych osób, przewietrzą trochę swoje gabinety, a w tak zwanym międzyczasie może i coś poczytają? Ci drudzy przy odrobinie szczęścia im ostatecznie z tą „wielką ideą” jakoś pomogą.

Na razie byłoby zresztą dobrze, gdyby politycy opozycji zaczęli po prostu robić to, za co dostają pieniądze i powstrzymali się od kompromitacji: nie głosowali za uchwałą o Brygadzie Świętokrzyskiej, a za to przyszli na publiczne wysłuchanie RPO Adama Bodnara. Taka idea: to mogłoby pomóc.

Opozycjo, chcesz wygrać z PiS? Podziel się na pół

Bio

Jakub Dymek

| publicysta, komentator polityczny

Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie “Dissent”, “Rzeczpospolitej”, “Dzienniku Gazecie Prawnej”, “Tygodniku Powszechnym”, Dwutygodniku, gazecie.pl. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Mała podpowiedź dla naszych kochanych liberałów: CDU w Niemczech nie ma żadnej "wielkiej idei", ale zasiłek rodzinny wynosi tam 190 euro miesięcznie na każde dziecko, także dla jedynaków.

Dodam jeszcze, ze za rządów Billa Clintona zlikwidowany został program Aid for Families with Dependent Children, wprowadzony jeszcze za czasów Roosevelta. W jego miejsce ustanowiono znacznie skromniejszy program Temporary Assistance for Needy Families. W USA jest wielu wyborców należących do klasy robotniczej, którzy posiadają dzieci. Jakoś trudno się dziwić, że nie pałają oni sympatią do państwa Clintonów.

Ja niczego nie oczekuję od parlamentarnej opozycji. Choćby mieli i najlepszą narrację, to raczej nie byłaby to moja narracja, a nawet gdybym dał się na nią złapać, to i tak bym nie uwierzył, że po wygranych wyborach wprowadzą ją w życie. Każda dyskusja o Schetynie, czy Petru to strata czasu. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie choćby grama entuzjazmu dla kolejnego "odsuwania PiSu od władzy", przy oczekiwanym zamykaniu oczu na to, kto miałby być tym odsuwającym.

Dziwi mnie, że nawet ktoś mieniący się liberałem ma dość samozaparcia, aby kogoś takiego jak Schetyna bronić i szeptać mu co rusz genialne pomysły do uszka, choć on i tak nie usłucha.

Prawicowy sympatyk lewicy

"Możemy odnaleźć coś podobnego do „wielkiej idei”, o czym warto dyskutować, w kampaniach Trumpa, Sandersa, Corbyna, Le Pen.
Ale z tej czwórki wygrał wyłącznie Trump, a jego program był i jest skrajnie niespójny, pełen dziur i sprzeczności, zaś faktycznie wielkie jest tylko jego ego i może jeszcze talent do wykorzystywania mediów."

1) Sanders by wygrał prawybory, gdyby miały one charakter demokratyczny (sic!). No ale z kawiorowymi superdelegatami już nie dał rady.

2) Może i program Trumpa był czasem niespójny, ale opierał się na kilku prostych pomysłach-hasłach, spojonych wielką ideą pt. Make America Great Again. Nie miała natomiast wielkiej idei pani Maryna - samo "stop islamskim imigrantom" jakkolwiek słuszne, nie wystarczyło. Wielka idea musi nieść coś pozytywnego.

3) Wielką ideę miał natomiast PiS - 500+. Proste i skuteczne. Dla opozycji taką ideą mogłoby być "Silna Polska w silnej Europie" (tj. nie marginalizowana jak teraz i jednocześnie wspierająca umacnianie UE), może też i "wprowadźmy euro". Ale to pierwsze nie spodoba się niemieckim mocodawcom, a drugie raczej nie da poparcia wykraczającego poza obecny obóz twardego antyPiSu, czyli jakieś 20-25%.

Taaak, "wprowadźmy euro". Recepta na frankowiczów razy tysiąc. Niemieckie banki już zacierają ręce.

1) To dosyć popularny mit, ale prawda jest taka, że Clinton wygrała prawybory uczciwie, nie potrzebowała pomocy superdelegatów:
https://fivethirtyeight.com/features/the-system-isnt-rigged-against-sanders/
Zawsze jak na to wskazuję pojawiają się głosy, że superdelegaci byli w zmowie z kierownictwem Demokratów i tym samym wpłynęli na zachowania wyborcze głosujących w prawyborach, ale to po pierwsze zakładanie, że umiejętnie poprowadzona inżynieria polityczna jest zdolna dowolnie manipulować masami, w związku z czym to Clinton powinna zostać prezydentem, a po drugie nieumiejętność przeciwstawienia się temu słabo świadczy o szansach Sandersa w wyborach generalnych.
http://www.newsweek.com/myths-cost-democrats-presidential-election-521044

2) Zgoda, choć jak pokazuje przykład Macrona i Trumpa, wielka idea porywa tłumy i rozbudza nadzieje, jest natomiast obciążeniem i jest zupełnie nie do zrealizowania w realnym rządzeniu.

3) Nie wiem, czy 500+ można nazwać wielką ideą, to raczej dosyć rewolucyjny program. Platforma też zaproponowała dosyć rewolucyjną zmianę - wprowadzenie kontraktów zastępujących wszystkie rodzaje umów o pracę - tyle że zrobiła to za późno i była w tym strasznie niewiarygodna. PiS wyniosło do władzy jednak wiele innych rzeczy, jak obietnice skończenia z "alienacją" i arogancją władzy, aferami schowaniem na czas wyborów bardziej kontrowersyjnych polityków (słynny Gowin jako minister obrony).