Kraj

O uchodźcach Polaków rozmowy…

Kochaj uchodźcę swego nie bardziej niż siebie samego, czyli modyfikacja klasycznego przykazania skierowana do polityków, dziennikarzy i medialnej publiczności.

Tekst pochodzi z Krytyki Politycznej nr 3: Nasz dom publiczny. W tym roku mija 15 lat od wydania pierwszego numeru Krytyki Politycznej. Przypominamy, o czym przez te 15 lat pisaliśmy.

***

Wielka Brytania 1992: Kampania propagandowa w prasie brukowej, strasząca napływem wielkiej fali imigrantów i uchodźców w wypadku zwycięstwa Laburzystów w ostatniej chwili przechyla szalę i konserwatyści wygrywają wybory. Australia 2001: Rząd konserwatywny ogłasza, że uchodźcy przypływający statkiem do Australii wyrzucają swoje dzieci za burtę, by zmusić australijską marynarkę do uratowania ich i przyjęcia jako azylantów. „Tacy ludzie są niewarci Australii!”. Wielkie oburzenie publiczne decyduje o zwycięstwie konserwatystów w wyborach. Zarzut okazuje się fałszywy; fotografie-„dowody” pokazywały inne wydarzenie. Europa 2000–2002: Przedstawiciele partii skrajnej prawicy głoszących politykę antyimigracyjną, dochodzą (lub o mały włos nie dochodzą) do władzy we Francji, Holandii, Danii i Austrii. Negatywne stereotypy uchodźców i imigrantów w mediach odgrywają ważną rolę w tych zwycięstwach.

Norwegia nie istnieje. Slavoj Žižek o uchodźcach

Lustereczko, powiedz przecie…

Prawo do uzyskania azylu jest jednym z fundamentalnych praw człowieka. Zapisano je m.in. w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka z 1948 roku. Konwencja Genewska z 1951 roku dotycząca statusu uchodźców (dalej Konwencja Genewska) zobowiązuje wszystkie państwa, które ją podpisały, do uznawania za uchodźcę każdą osobę, która „na skutek uzasadnionej obawy przed prześladowaniem z powodu swojej rasy, religii, narodowości, przynależności do określonej grupy społecznej lub z powodu przekonań politycznych przebywa poza granicami państwa, którego jest obywatelem, i nie może lub nie chce z powodu tych obaw korzystać z ochrony tego państwa”. Prawo do azylu jest nieodłącznie związane z przyjętą w zwyczajowym prawie międzynarodowym i obowiązującą wszystkie państwa zasadą non-refoulement, która zakazuje zawracania ludzi do miejsca, w którym grozi im prześladowanie. Uchodźcy zatem, o ile potrafią udowodnić, że byli lub mogą być prześladowani ze względów wymienionych w Konwencji Genewskiej, stanowią uprzywilejowaną kategorię wśród imigrantów. W przeciwieństwie bowiem do tzw. imigrantów zarobkowych lub „ekonomicznych”, państwa zobowiązują się udzielać im ochrony międzynarodowej. Polska przystąpiła do Konwencji Genewskiej w 1991 roku, lecz posiada o wiele dłuższą tradycję oferowania azylu różnym grupom ludzi prześladowanych w innych krajach lub z nich wygnanych. Polacy pamiętają również czasy, kiedy sami korzystali z ochrony innych państw na wychodźstwie. Teoretycznie zatem, Polacy powinni wręcz instynktownie rozumieć argumenty przemawiające za sprawiedliwą politykę azylową dla wszystkich ludzi uciekających przed dyskryminacją.

Uchodźcy w Polsce: Zapraszamy państwa… do lasu

Powierzchowne spojrzenie na reprezentacje uchodźców w polskiej prasie sugeruje, że rzeczywiście traktujemy ich w sposób przychylny i że daleko nam do ksenofobicznych prognoz opisanych powyżej . Niewielkie do tej pory liczby uchodźców i innych cudzoziemców w Polsce nie wywoływały, jak dotąd, poważnych sporów politycznych ani też nie kusiły do instrumentalnego nimi manipulowania. Niemniej jednak, dobrze byłoby uniknąć problemów występujących w państwach UE, tym bardziej, że przecież przygotowujemy się do roli „strażnika” wschodniej granicy tej wspólnoty.

Co się jednak dzieje pod budzącą dumę powierzchnią dyskursu na temat uchodźców w naszym kraju? W niniejszym artykule przedstawiam przegląd najważniejszych tendencji w traktowaniu tematyki azylowej w prasie polskiej. Wynika z niego, iż często spotykane reportaże o losach indywidualnych uchodźców, przedstawianych jako „zwykli ludzie”, są świetnym sposobem docierania do emocji czytelnika i wzbudzania zainteresowania ich problemami. Mogą w ten sposób skutecznie przekonywać do udzielenia jednorazowej pomocy lub nawet zorganizowania interwencji lokalnej. Zwykle jednak działalność dziennikarska kończy się na tym dość szeroko pojętym „dobrym uczynku”, który – bez względu na to jak jest potrzebny – wciąż nie eksploatuje zasadniczego pola kwestii migracji. Bowiem te niejako „zindywidualizowane” narracje nie są w stanie wyprowadzić dyskursu uchodźców ze sfery prywatnego współczucia na szersze wody społecznej debaty. Przypadki z ostatnich miesięcy (listopad 2002: masowe zawracanie uchodźców czeczeńskich przez polską Straż Graniczną) pokazują, że właściwa publiczna krytyka rządowej polityki wobec uchodźców oraz wiarygodny przekaz informacji na ten temat (zwłaszcza w sytuacjach kryzysowych) muszą opierać się na znajomości podstaw i ustawodawstwa praw człowieka – albo przynajmniej umiejętności zadawania odpowiednich pytań. A tego polskim dziennikarzom wciąż brakuje. Tymczasem w demokratycznym społeczeństwie wyzwaniem dla mediów jest przekazywanie opinii publicznej rzetelnych faktów i argumentów dotyczących przestrzegania przez władze praw człowieka, a nie tylko opisywanie tragicznych losów ludzi pokrzywdzonych bądź szerzenie mitów i stereotypów o grupach wykluczonych społecznie. Warto tu przytoczyć słowa amerykańskiej filozof Elaine Scarry, która argumentując, że zasady równości muszą być oparte na podstawach prawnych i konstytucyjnych, a nie pozostawione „łaskawości i mądrości” przywódców i środowisk opiniotwórczych, napisała: „Dzieło dokonane w oparciu o strukturę praw nie mogłoby zostać zrealizowane w oparciu o strukturę uczuć i poglądów” (1996: 110).

Analiza debaty na temat uchodźców jest ważna z kilku powodów. Media w otwartym społeczeństwie mają silny wpływ na opinię publicz­ną, a przy tym są ściśle, na zasadzie wzajemności, powiązane z polityką (Wood i King 2001). Pojawienie się imigrantów często dodaje wiatru w żagle populistycznym politykom, którzy, podsycając publiczne niezadowolenie i ksenofobię, wykorzystują polityczne tło sytuacji uchodźców dla własnych potrzeb. Istotne jest zatem, aby uczestnicy debaty publicznej zapoznali się z szeregiem argumentów – prawnych, moralnych, emocjonalnych – które mogłyby wesprzeć zarówno sprawiedliwą, etyczną i zgodną z prawem politykę azylową, jak i przychylne i nieinstrumentalne traktowanie uchodźców przez społeczeństwo i instytucje. Przy tym szczególnie krytycznie winno się podchodzić do dyskursów, które mogą wprowadzać w błąd i równie przekonywująco podważać prawo do azylu. Wszystko to oczywiście pod warunkiem zgody z opinią pracownika warszawskiego biura Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR), że pomoc dla nich „jest dla państwa nie luksusowym wydatkiem, ale wizytówką postępu cywilizacyjnego i przestrzegania praw człowieka” (Tryc-Ostrowska 5 września 2001).

Barbarzyńca w ogrodzie

Gdy się przywykło do ksenofobii i napięć międzyrasowych, będących odpowiedzią na żądzę sensacji w zachodnich mediach, obraz uchodźców w polskiej prasie stanowi miłą niespodziankę. Zarówno ludzie, których wypowiedzi są cytowane, jak i dziennikarze, którzy dokonują selekcji materiału i nadają ton reportażom często wyrażają solidarność wobec uchodźców. Są oni przedstawiani przy pomocy kilku podstawowych strategii reprezentacji, które przywołują szereg argumentów etycznych na rzecz akceptacji i pomocy ludziom znajdującym się w tej trudnej sytuacji. Są to, między innymi: wzajemność; niewinność, bezbronność i cierpienie; fundamentalne podobieństwa, oraz więzi z Polską lub polskim społeczeństwem.

Pierwszy, najczęściej spotykany argument – wzajemność – wywodzi się z doświadczeń Polaków jako uchodźców i emigrantów w przeszłości. Polacy wiedzą, jak wygląda życie w obcym społeczeństwie, jak powinno wyglądać społeczeństwo tolerancyjne, i że powinni się w jakiś sposób odwzajemnić za otrzymaną niegdyś gościnę. W wywiadzie prasowym Janina Ochojska, Prezes Polskiej Akcji Humanitarnej, wyraża to w następujący sposób: „To [jest] spłata długu. Też bywaliśmy kiedyś uchodźcami” (Januszewski, 14 grudnia 2001). Polak zamieszkały w Brukseli mówi, że „słowa «emigracja» i «emigrant» Polacy znają w zasadzie z doświadczeń poprzednich pokoleń, opuszczających Polskę za chlebem lub z powodów politycznych. Czasami była to emigracja wymuszona zsyłkami i deportacją. Powinniśmy zatem wiedzieć, jak smakuje emigrancki chleb i co znaczy gościnność lub niegościnność mieszkańców krajów nowego osiedlenia” (Turowski, 26 sierpnia 2002). Następnie opowiada się za pragmatycznym, lecz gościnnym, przyjęciem imigrantów. Młoda dziewczyna uczestnicząca w festynie na rzecz tolerancji wobec uchodźców w Toruniu (nieprzypadkowo zatytułowanym „Uchodźcy też swoi”), tłumaczy swoje przybycie w ten sposób: „Jestem tu, bo pamiętam czasy, kiedy mój ojciec wyjeżdżał z Polski do nielegalnej pracy za granicą. Nieraz słyszałam o upokorzeniach czy szykanach, które go tam spotykały” (Koniec z rasizmem, 22 kwietnia 2002).

Uchodzcy.info – tania propaganda kontra kosztowna wiedza

Zarówno w prasie poważnej, jak i popularnej często spotyka się reportaże, w których poznajemy indywidualnego uchodźcę, jego przeszłość i aspiracje. Czytamy przejmujące opisy tragicznych okoliczności, w których opuścił on swój kraj, współodczuwamy niepewność życia, zwykle bez uregulowanego statusu, oraz bezduszność polskich urzędników, których zadaniem jest go wspierać. W ten sposób skutecznie przedstawia się uchodźców jako cierpiących, niewinnych i bezbronnych – a przede wszystkim ludzi – którzy zasługują na nasze współczucie i pomoc. Efekt jest wzmocniony dużymi, kolorowymi fotografiami uchodźców i ich rodzin. Uwagę skupia się zwłaszcza na małych dzieciach o wielkich, niewinnych i najczęściej przestraszonych oczach (na przykład zdjęcie małej dziewczynki czeczeńskiej podczas manifestacji przed ambasadą rosyjską w Warszawie, wyglądającej w przerażeniu zza transparentu z napisem „Nie jestem bandytą” – Ryciak, 13 października 2002). Szczególnie w prasie popularnej często spotyka się język emocji – taki jak w artykule o Czeczence, która musiała zostawić swoją chorą córkę w Groznym: „Najgorsze są noce, bowiem wtedy powracają koszmary wojny. Jak na jawie widzi Żana walące się mury swego miasta, rozbestwionych żołdaków, gwałcone kobiety, które modlą się o śmierć, i psy biegające po ruinach miasta z kawałami ludzkiego mięsa w pyskach. Najgorsze, że widzi swoją córkę, jak wyciąga do niej ręce i prosi: Mamo, zabierz mnie stąd. Budzę się zlana potem i płaczę do samego rana. Nad moją biedną ojczyzną, nad sobą i nad Maliką” (Każdej nocy powracają koszmary, 4 kwietnia 2002).

Niewidzialni Czeczeni

Argument fundamentalnych podobieństw działa w sposób bardziej subtelny, niekiedy podświadomy. Wiele artykułów minimalizuje różnice kulturowe między uchodźcami i Polakami, podkreślając w zamian pozytywne aspekty ich kultur lub charakterów. W ten sposób wyciąga się ich z zatrważającej otchłani ludzi „obcych” i wklucza w krąg „swoich”, którzy zasługują na akceptację, a nawet szacunek. Najwyraźniej z taką intencją zatytułowano artykuł o czeczeńskim uchodźcy, który studiuje we Wrocławiu: Obcy, ale swój (Woźniacka, 20 czerwca 2002), jak również historię innej czeczeńskiej rodziny z Białegostoku: Aset nasza Asia (Aset to imię najstarszej córki – Klimowicz, 2 sierpnia 2002). Przypadek Ormianki, której groziła deportacja po tym, jak po siedmioletnim nielegalnym pobycie w Polsce złożyła wniosek o nadanie statusu uchodźcy, wywołał cykl artykułów w prasie lokalnej i popularną kampanię wspierającą zalegalizowanie jej pobytu. Dyrektor szkoły, do której chodziły jej córki, wyraził przekonanie, że ,,[m]oże być wzorem dla niejednej polskiej rodziny” (Trzeba im pomóc, 8 października 2002). Z kolei inna dziennikarka tak opisała jej córkę: w ubiegłym roku Sati przyjęła Pierwszą Komunię Świętą. Założyła białą, długą sukienkę i stanęła obok księdza. Uśmiechnięta i dumna. Dumna, że jest taka sama jak Kasia, Ola i Marysia” (Wysocka, 21 czerwca 2002).

Dzień z życia uchodźcy, czyli tak się bawią Wilki z Davos

W tym miejscu warto zauważyć, że w mediach niektórych państw UE dominują zupełnie inne tendencje. Życzliwy stosunek polskiej prasy do uchodźców silnie kontrastuje chociażby z przypadkiem francuskim, w którym wskazuje się raczej na „poważne niezrównoważenie wizerunku imigrantów (…), obracającego się przede wszystkim wokół kwestii przestępczości, zależności ekonomicznej i religijnego ekstremizmu. We wszystkich przypadkach imigranci portretowani byli jako obca siła stanowiąca zagrożenie dla norm i zachowań danej wspólnoty narodowej:” (Hargreaves 2001: 31; zob. również dyskusję podobnych problemów w mediach włoskich – Campani 2001) .

Opisując losy „typowych” uchodźców, dziennikarze często wybierają tych, których łączą jakieś więzi (na przykład rodzinne lub sentymentalne) z Polską. Takie historie są dla polskiego czytelnika nie tylko ciekawsze, ale również wzbudzają sympatię i poczucie pokrewieństwa z uchodźcami. I tak reportaż Urszuli Pietroczuk (2 kwietnia 2002) opisuje losy Czeczena, wnuka Jana Torczyńskiego – powstańcy zesłanego do Carskiego Korpusu Kaukaskiego, walczącego z Czeczenami. Torczyński, wraz z 400 innymi Polakami, przeszedł na stronę czeczeńską i walczył z Rosją. (Opowieść o ich losach jest opatrzona podtytułem: „Dlaczego Czeczeni kochają Polaków?”.) Reportaż zawiera wspomnienia Czeczena o swoim dziadku oraz zadziwiającą i wzruszającą informację, że Torczyński zmarł, czytając Latarnika – charakterystyczny symbol tęsknoty polskiego emigranta za ojczyzną. Inny uchodźca czeczeński odnalazł grób zaginionego stryja w zbiorowej mogile żołnierzy sowieckich w Augustowie. W wywiadzie oświadcza: „Czuję się związany z tą ziemią poprzez grób brata mego ojca. Chciałbym tu pracować i zapewnić bezpieczeństwo mojej rodzinie” (Kaczyński, 4 czerwca 2002; również Tocka, 3–4 sierpnia 2002).

Inne artykuły podkreślają silne więzi społeczne utrzymywane nawet przez uchodźców bez prawa do legalnego pobytu w Polsce. Wkrótce po śmierci Marka Kotańskiego pojawił się w popularnym magazynie „Naj” artykuł o uchodźcy z Palestyny, który pracuje jako lekarz w założonym przez Kotańskiego hospicjum dla bezdomnych z chorobą nowotworową (Uszyńska, 23–29 września 2002). Artykuł gra na publicznej sympatii wobec bohaterskiej postaci działacza społecznego i żalu z powodu jego przedwczesnej śmierci, aby wzbudzić współczucie dla uchodźcy, któremu pomógł. Jednocześnie zaś przekazuje wiele wartościowych informacji o jego kraju pochodzenia i o warunkach życia w niepewności, bez formalnego statusu prawnego i świadczeń socjalnych. W innym popularnym piśmie kobiecym pojawił się kolejny reportaż o wspominanej już rodzinie ormiańskiej. W centrum uwagi znalazły się kolorowe zdjęcia matki z córkami: w mieszkaniu, przechadzających się w parku, gawędzących z sąsiadami. Towarzyszyły temu wypowiedzi nauczycieli, przyjaciół, i księdza, potwierdzających, że Ormianki są łubianymi członkami miejscowej społeczności, których nie można zmusić do wyjazdu: „Pozwólcie im z nami zamieszkać!”. Zaś ormiańska matka zapewniała: „Moje córki czują się Polkami, tu się uczą, tutaj zostały nawet ochrzczone. (…) Dla 10-letniej Satik i siedmioletniej Ani, polski jest językiem ojczystym” (Zborowski, 12 listopada 2002).

Przypadki dwóch grup uchodźców stanowią dobrą ilustrację przenikania się wszystkich tych strategii w reportażach prasowych. Kiedy pięciu afgańskich nastolatków zamieszkało w puławskim domu dziecka, dyrektor porównał ich przychylnie do swoich polskich wychowanków, a dziennikarze skwapliwie to podchwycili: „Takie porządne dzieci. Żaden papierosów nie palił” (Andino 24 marca 2002). Zarówno ten artykuł jak i inny, który zajmuje się tą samą sprawą („Super Express”, 4 marca 2002), bezpośrednio nawiązują do filmu 300 mil do nieba, w którym dwaj polscy chłopcy ukrywają się w ciężarówce, aby uciec na Zachód w poszukiwaniu lepszego życia. Powód? Trafia to do emocji polskiego czytelnika. Podobnie dyrektor chełmskiego pogotowia opiekuńczego wyraża następującą opinię o trójce chińskich nastolatków powierzonych jego opiece: „To takie miłe, ułożone dzieci (…). Kulturalne, łagodne i pokorne. Respektują wszystkie przepisy” (Mackiewicz, 8 lipca 2002). Podtytuł tego reportażu dramatycznie podkreśla niebezpieczeństwo, w którym znaleźliby się młodzi Chińczycy, gdyby ich deportowano: „Nie skazujmy ich na śmierć”. Obie grupy szybko trafiły do serc swoich opiekunów i innych wychowanków, po czym okazało się, że… Afgańczycy uciekli; wszystko wskazywało na to, że chcieli kontynuować swoją podróż do Anglii. Według reportera, dyrektor domu dziecka nie krył rozczarowania i żalu, tym niemniej okazał charakterystyczne zrozumienie: „Każdy szuka swojego nieba. Mój brat wylosował zieloną kartę i też sprzedał wszystko, by szukać szczęścia w Ameryce. (…) Tyle się nastaraliśmy, żeby jakoś ułatwić im przyszłość. Przychyliliśmy im nieba. Widocznie ten kuzyn z Anglii namówił ich do dalszej podróży. Ciężko mi z tym, ale… trudno, skoro chcieli spróbować szczęścia gdzieś dalej”. (Dalej od piekła, 4 marca 2002). Chińskie dzieci nie zostały deportowane dzięki interwencji dziennikarki.

UCHODZCY-pismo

 

Życzliwy stosunek do uchodźców, którym odznaczają się zarówno dziennikarze, jak i polscy bohaterowie ich opowieści, skutecznie przemawia do sumienia czytelników. Na przykład do redakcji „Kuriera Lubelskiego” zadzwoniła pewna czytelniczka i oświadczyła, że jest w stanie zaopiekować się całą trójkę Chińczyków jako rodzina zastępcza (Masiewicz, 11 lipca 2002). Interesujące jest przy tym, że gazety wykorzystują swój wpływ na opinię publiczną, by interweniować w dysputach lokalnych. Kiedy „Kurier Poranny” opublikował wiadomość o otwarciu nowego ośrodka dla uchodźców w Supraślu (miejscowości uzdrowiskowej), wielu czytelników zadzwoniło, żeby się poskarżyć, że ośrodek odstraszy turystów i niekorzystnie wpłynie na miejscową ekonomię. „Kurier” mógł po prostu wydrukować wiadomość o tych protestach, jednak ewidentnie odpowiedzialni reporterzy postanowili zbadać spra­wę na miejscu. Następnego dnia opublikowali artykuł wskazujący, że jest wręcz przeciwnie – jak powiedziała sąsiadka ośrodka: „Absolutnie mi nie przeszkadzają (…) Ci ludzie nawet jak chcą wziąć jabłko z ogrodu, to zapytają”. (Azyl w uzdrowisku, 9 września 2002, Bez­czynność dorosłych, wojenne zabawy dzieci, 10 września 2002).

Nie ma równości bez solidarności?

Opisane tendencje przedstawiania uchodźców w polskiej prasie przypominają strategie dyskursywne innych państw zachodnich z okresu, zanim to zjawisko stało się kwestią polityczną – gdy i u nich uchodźcy wciąż jeszcze nie byli zbyt liczni. Na przykład we Włoszech media traktowały imigrantów z „tolerancja i ciekawością” (Campani 2001: 42), a w USA „imigranci mieli imiona i twarze i zrozumiałe ludzkie dążenia” (Mehlmann 1993: 2). Niestety, owe postawy uległy zmianie. Wraz z narastającą obecnością nowych przybyszy wśród zachodnich społeczeństw, zrozumienie i więzi sympatii między uchodźcami, dziennikarzami i czytelnikami nie powstawały już z taką łatwością. Coraz częściej byli przedstawiani w stereotypowych i zagrażających zastanemu porządkowi kategoriach „obcych”. W tym kontekście staje się bardziej zrozumiałe, dlaczego nawet obecna polska „dobra wola” podatna jest na selektywność i względy polityczne. Przykładowo, w badanym przez mnie okresie nie ukazały się żadne reportaże o życiu i losach afrykańskich uchodźców; krótszych wzmianek też było niewiele. Podobnie Azjaci i obywatele państw Bliskiego Wschodu rzadko pojawiali się na łamach gazet. A mimo to, według danych UNHCR, obie te grupy razem wzięte stanowią co najmniej jedną piątą wniosków o status uchodźcy. Zarazem, według organizacji pozarządowych, to właśnie afrykańscy uchodźcy najbardziej cierpią z powodu dyskryminacji i przemocy w Polsce (Januszewski, 14 grudnia 2002).

Uchodźcy na polskie studia? Tak, ale…

Jeśli chodzi o uwagę mediów, ogromną przewagę mają uchodźcy z Czeczenii, którzy są najczęściej przedstawianą grupę narodowościową. Jak to wytłumaczyć? To prawda, że w 2002 roku Czeczeni złożyli blisko dwóch trzecich wszystkich wniosków o nadanie statusu uchodźcy, jednak całości obrazu dopełnia dopiero uwaga, sformułowana przez – o ironio! – autora jednej z niewielu opinii, które opowiadały się za ostrożnością w przyjmowaniu czeczeńskich uchodźców po zamachu na moskiewski teatr: „Rusofobia znacznej części polskiej inteligencji nie jest tajemnicą. Jest także w kontekście naszej historii całkiem zrozumiała. Wiadomo również, że Polacy chętnie sympatyzują z małymi, zgnębionymi narodami – zwłaszcza gdy gnębicielami są Rosjanie” (Warzecha, 4 listopada 2002). Doprowadziło do paradoksalnej sytuacji, że – w przeciwieństwie do ksenofobicznej i anty-uchodźczej prawicy w wielu państwach UE – prawica w Polsce często solidaryzuje się ze sprawą czeczeńską. W prawicowej prasie pojawiają się proczeczeńskie artykuły, które nie szczędzą krytyki dla prorosyjskiej polityki rządu SLD, która rzekomo przyczyniła się do obniżenia stopy przyznawalności statusu uchodźcy dla Czeczenów (Piotrowski i Michalik, 20 lutego 2002, Piotrowski, 17 kwietnia 2002, Nie wystarczy wybić wszystkich Czeczenów…, 6 listopada 2002). Być może gdyby nie względy polityczne, rzeczywiście ważne kwestie, podnoszone w tych opiniach, w ogóle nie doszłyby do głosu. Brodacki (21 czerwca 2002) w „Tygodniku Solidarność” był jedynym publicystą, który poddał krytycznej analizie argumentację i uzasadnienia organu rządowego w indywidualnych decyzjach odmawiających nadania statusu uchodźcy Czeczenom. Stwierdził on mianowicie, że motywacje polityczne przyczyniły się do błędnej interpretacji prawa. Nawet dobre intencje i solidarność, jak widać, mogą być selektywne i nie bezinteresowne. A selektywna solidarność to nie to samo, co sprawiedliwość.

Nieznajomość prawa… Nie zawadzi

Relacje z wydarzeń z ostatnich miesięcy pokazują dobitnie, że odpowiedzialna debata publiczna o sposobie traktowania uchodźców nie jest możliwa bez przyswojenia sobie przez dziennikarzy fundamentalnych zasad prawa. W najbliższych tygodniach po zamachu na moskiewski teatr z 24 października 2002 roku, Polska Straż Graniczna odmówiła wjazdu na terytorium RP blisko 200 Czeczenom, głównie kobietom i dzieciom. Wkrótce potem lewicowa „Trybuna” przeprowadziła rozmowę z szefem MSWiA Janikiem, który oznajmił, że kontrola graniczna zostanie zaostrzona, aby zapobiec infiltracji czeczeńskich terrorystów. Dodał również, że „[m]oże to nie jest zgodne z normami międzynarodowymi, ale odpowiadamy za bezpieczeństwo państwa i obywateli. Lepiej dmuchać na zimne” (Lebioda, 4 listopada 2002). Niebawem do UNHCR i Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka dotarły informacje, że wiele z tych osób otrzymało decyzje odmawiające wjazdu – uzasadnione tym, że stanowią oni zagrożenie dla obronności i bezpieczeństwa państwa nawet wówczas, gdy poprosili o status uchodźcy. Kilku dziennikarzy przedstawiło sprawę dokładnie w tym świetle, cytując przy tym zarzut proczeczeńskiego działacza, że „Straż Graniczna kłamie” (na przykład Czekają na granicy, 16 listopada 2002). Niestety, nawet te artykuły bezkrytycznie przedrukowały zapewnienia Straży Granicznej dla PAP, że „[g]łówne przyczyny odmowy wjazdu to brak odpowiednich dokumentów, ich nieważność, brak środków na pobyt albo wykupionych voucherów” („Gazeta Wyborcza – Lublin”, 18 listopada 2002) . Pojawiały się również odwracające uwagę od sedna sprawy statystyki Straży Granicznej, mówiące o 16 tysiącach osób, którym odmawia się wjazdu każdego dnia. Większość gazet przedrukowała informacje PAP dotyczącą zastrzeżeń UNHCR, iż „«systematyczna odmowa» na granicy byłaby naruszeniem […] «zobowiązań międzynarodowych»” („Dziennik Łódzki”, 16 listopada 2002) – jednak bez wyjaśnienia, jakie zobowiązania byłyby naruszone oraz w jaki sposób. Wreszcie po interwencji UNHCR oraz Rzecznika Praw Obywatelskich Polska przyjęła 150 Czeczenów w ciągu jednego weekendu. UNHCR wyraził satysfakcję oraz nadzieję, że nasz kraj powrócił „na stałe [do] polityki otwartych drzwi” wobec Czeczenów („Dziennik Łódzki”, 20 listopada 2002). I jak poprzednio, wiele gazet przedrukowało informację PAP na ten temat – znów bez najmniejszego komentarza.

Dymek: Życzenia dla Komisji Europejskiej na Dzień Uchodźcy

Wymownym przykładem jest artykuł z „Życia Warszawy” (Borowska i Kotecka, 18 listopada 2002). Opisuje on, jak dziennikarze wraz z grupą Czeczenów bez problemów przekroczyli granicę. Przypisując ów brak problemów wyłącznie moralnemu autorytetowi mediów („Gdyby nie interwencja dziennikarzy, uchodźcy musieliby wrócić do Czeczenii”), autorki artykułu zignorowały protesty wszystkich wyżej wymienionych organizacji. Dziennikarki podały imiona uchodźców, zamieściły fotografię grupy, w której znajdowały się również dzieci, noworodki i ciężarna kobieta oraz opisały ich dramatyczną ucieczkę przed wojną. W ten sposób, po raz kolejny, odwołano się raczej do sentymentów czytelnika, niż do merytorycznych powodów, dla których należałoby przyjąć czeczeńskich uciekinierów na terytorium RP.

Autorzy żadnego z artykułów nie zadali sobie trudu, by postawić pytania, które w tej sytuacji wydawałyby się oczywiste. Czy Straż Graniczna faktycznie łamała prawo? Jeśli twierdził tak UNHCR – poważana organizacja międzynarodowa, która nie szafuje tego typu oskarżeniami – to jakie miał do tego podstawy? Odsyłanie ludzi do państwa, gdzie groziłoby im niebezpieczeństwo, stanowi przypadek złamania zasady non-refoulement. I o ile istnieje przepis zezwalający na zawracanie ludzi proszących o status uchodźcy ze względu na zagrożenie dla obronności lub bezpieczeństwa państwa, to stosowanie tego wyjątku na skalę masową, bez indywidualnego rozpatrzenia wniosków, jest nadużyciem. Ponadto Minister Janik wypowiedział się jasno, że decyzja o zablokowaniu granicy dla Czeczenów miała charakter polityczny. Jeżeli ci Czeczeni rzeczywiście stanowili zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, to dlaczego wszystkim niezwłocznie pozwolono wjechać, gdy tylko podniosły się protesty? Jeżeli wszystko wskazuje na to, że miało miejsce poważne naruszenie praw człowieka, kto powinien wziąć za to odpowiedzialność oraz jakie konsekwencje ponieść? Prasa przemilczała te kwestie.

Złość piękności szkodzi

Ostatni „zwodniczy” dyskurs, na którego lep łapią się dziennikarze to coraz czę­ściej spotykany w polskiej prasie „sensacjonalizm”, podsycany przypadkami instrumental­nego wykorzystywania procedury azylowej, aby wjechać do kraju (zob. Chajewski, 11 stycznia 2002, 20 listopada 2002) . Taką właśnie. taktyką posłużył się reportaż z pierwszej strony tygodnika ,Wprost” (Kudzia i Pawelczyk, 15 grudnia 2002), ostrzegający o fali „nielegalnych uchodźców”, których rzekomo zamierzał przerzucić przez granicę rząd białoruski. W rzeczywistości tego typu argumenty służą wywołaniu nagłego poczucia zagrożenia – po to tylko, by za chwilę uspokoić opinię publiczną, przypominając o męstwie i przygotowaniu Straży Granicznej, przyszłego strażnika granic całej Unii Europejskiej (i jednego z jej głównych beneficjentów). Usprawiedliwiając w ten sposób politykę silnej ręki na granicy, przekonuje się czytelników, że momenty nadgorliwości (takiej, jak ta w listopadzie 2002 roku) są równie niezbędne, co wybaczalne. Pracownik UNHCR uznał niedawno, że „Polska oczywiście chce wyglądać na «prymusa» w kontekście rozszerzenia [Unii Europejskiej], Może w związku z tym przyjąć procedury ryzykowne z punktu widzenia ochrony [uchodźców] albo nie do końca zgodne z jej własnymi tradycjami lub «instynktem»” (UNHCR 2002). Jak widać, argumenty skierowane do emocji czytelnika równie łatwo mogą zostać wykorzystane przeciwko uchodźcom.

Uchodźcy w Polsce: więcej wiedzy, mniej strachu

Stanowisko UNHCR wobec zarzutów o instrumentalne traktowanie procedury azylowej jest jednoznaczne: „(…) nadużywanie instytucji uchodźcy nie może być dla państw pretekstem do zamykania granic przed ludźmi prześladowanymi” (Tryc-Ostrowska, 5 września 2001). Dalej Tryc-Ostrowska cytuje pracownika UNHCR: „Prawo do ubiegania się o status uchodźcy przysługuje każdemu. Obowiązkiem państw jest rozpatrzenie każdego przypadku. […] Argument o samoobronie państwa przed nadużywaniem prawa wydaje się wręcz niemoralny. Nadużyciem jest zakładanie z góry, że ktoś wyjechał wyłącznie z powodów ekonomicznych”. Artykuł ten został opublikowany z okazji 10. rocznicy przystąpienia Polski do Konwencji Genewskiej. Ta i inne rocznice, na przykład czerwcowy Dzień Uchodźcy, należą do rzadkich okazji, kiedy w znacznych ilościach ukazują się artykuły informacyjne i opinie krytyczne, takie jak, na przykład, wywiad z urzędnikiem rządowym na temat niedociągnięć w procedurze azylowej oraz braku polityki migracyjnej (Siedlecka, 17 czerwca 2002).

W związku z wciąż stosunkowo niewielką liczbą wjeżdżających do Polski uchodźców, trudno oczekiwać, aby dziennikarze i redaktorzy poświęcali im więcej uwagi. Nie zmienia to jednak faktu, że zupełnie nie byli przygotowani na dramatyczną sytuację na granicy w listopadzie ubiegłego roku – sytuację, będącą czymś w rodzaju próby ognia polskich zobowiązań związanych z ochroną uchodźców. Zagadnienia te nabiorą wagi wraz z przystąpieniem Polski do UE w roli państwa granicznego, które powinno odgrywać znaczącą rolę w kształtowaniu polityki azylowo-migracyjnej Wspólnoty (UNHCR 2002a, 2002b). Polski rząd dopiero taką tworzy. Rolą dziennikarzy i publicystów jest włączenie do tej debaty głosu zwykłych ludzi, którzy solidaryzują się z uchodźcami i pragną im pomóc – a nie ograniczanie jej wyłącznie do polityków, naukowców i biurokratów. Gdyby to się udało, Polacy i inni obywatele Europy Środkowej staną wówczas na czele tej mniejszości Europejczyków, która pamięta własne lata przymusowej tułaczki. Być może da im to moralny autorytet do opowiedzenia się za sprawiedliwszym systemem ochrony uchodźców. Być może doda im to energii, by żądać od własnego rządu, aby wypełniał swoje zobowiązania z zakresu praw człowieka.

Uchodźcy w Polsce: więcej wiedzy, mniej strachu [część II]

LITERATURA

Campani G., Migrants and media: the Italian case, [w:] R. King, N. Wood (red.), Media and migration: Constructions of mobility and difference, Londyn, Nowy Jork 2001.

Kaye R., Blaming the victim: an analysis of press representation of refugees and asylum-seekers in the United Kingdom in the 1990s”, [w:] R. King, N. Wood (red.), dz. cyt.

Hargreaves A., Media effects and ethnic relations in Britain and France, [w:] R. King, N. Wood (red.), dz. cyt.

Mehlmann I., Reluctant Observers: The American Media Takes a Wary Look at Immigration, referat przedstawiony na konferencji Migration Policies: A Comparative Perspective, European Forum for Migration Studies Foundation Symposium, Bamberg, 25–28 listopada 1993.

Scarry E., The Difficulty of Imagining Other People, [w:] J. Cohen (red.), For Love of Country: Debating the Limits of Patriotism, Boston: Beacon Press 1996.

UNHCR, Uchodźcy w Polsce 2000, „Z Obcej Ziemi”, numer 11, marzec 2001.

UNHCR, O przyszłości Polski w UE: rozmowa z Piotrem Stachańczykiem, Prezesem Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców, „Z Obcej Ziemi”, numer 17, wrzesień 2002.

UNHCR, Polska nie powinna zajmować pozycji obronnych: wywiad z Jeanem Francois Durieux, wicedyrektorem Biura Europy UNHCR, Genewa, „Z Obcej Ziemi”, numer 17, wrzesień 2002.

Wood N., King R., Media and migration: an overview, [w:] tychże (red.), Media and migration: Constructions of mobility and difference, Londyn, Nowy Jork 2001.

PRASA

Azyl w uzdrowisku, „Kurier Poranny”, 9 września 2002.

Bezczynność dorosłych, wojenne zabawy dzieci, „Kurier Poranny”, 10 września 2002.

Czekają na granicy, „Nowości”, 16 listopada 2002.

Dalej od piekła, „Super Express”, 4 marca 2002.

Każdej nocy powracają koszmary, „Życie na Gorąco”, 4 kwietnia 2002.

Koniec z rasizmem, „Nowości”, 22 kwietnia 2002.

Nie wystarczy wybić wszystkich Czeczenów: rozmowa z prof. Ireną Rzeplińską z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, „Gazeta Polska”, 6 listopada 2002.

Obcy znaczy gorszy?, „Gazeta Wrocławska”, 30 kwietnia–l maja 2002.

Trzeba im pomóc, „Kurier Poranny”, 8 października 2002.

M. Andino, 3000 mil do nieba, „Przekrój”, 24 marca 2002.

K. Borowska, P. Kotecka, Czeczeńska niedola: Terespol. Dziennikarze przeprowadzili Czeczenów przez granicę, „Życie Warszawy”, 18 listopada 2002.

K. Brodacki, Jakieś inne przyczyny…, „Tygodnik Solidarność”, 21 czerwca 2002.

D. Chajewski, Cudzoziemiec zmiennym jest, „Gazeta Lubuska”, 11 stycznia 2002.

D. Chajewski, Idą na zachód: powstały gangi przemycające Czeczenów, „Gazeta Lubuska”, 20 listopada 2002.

R. Januszewski, I jak nie pojechać: rozmowa z Janiną Ochojską, „Rzeczpospolita – Magazyn”, 14 grudnia 2001.

S. Kaczyński, Marzenie o stabilizacji, „Gazeta Współczesna”, 4 czerwca 2002.

J. Klimowicz, Aset nasza Asia, „Kurier Poranny”, 2 sierpnia 2002.

J. Klimowicz, Pomóżcie nam!, „Kurier Poranny”, 26 lipca 2002.

J. Kowalski, Wystarczy obawa przed represjami, „Rzeczpospolita”, 14 listopada 2002.

P. Kudzia, G. Pawelczyk, Lawina Łukaszenki, Wprost”, 15 grudnia 2002.

A. Lebioda, Czeczeni pod kontrolą, „Trybuna”, 4 listopada 2002.

Z. Lentowicz, Czeczeni w ramadanie, „Rzeczpospolita”, 26 listopada 2002.

Z. Lentowicz, Dziecko i staruszka zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju, „Rzeczpospolita”, 9 listopada 2002.

Z. Lentowicz, Szlaban dla Czeczenów, „Rzeczpospolita”, 7 listopada 2002.

E. Mackiewicz, Powrót może oznaczać dla nich śmierć, „Super Express”, 8 lipca 2002.

J. Masiewicz, Chińskie dzieci mają jeszcze szansę, „Kurier Lubelski”, 11 lipca 2002.

U. Pietroczuk, Wakha, wnuk Torczyńskiego, „Gazeta Wyborcza – Stołeczna”, 2 kwietnia 2002.

L. Piotrowski, Urlop za szczucie, „Gazeta Polska”, 17 kwietnia 2002.

L. Piotrowski, E. Michalik, Awans za szczucie, „Gazeta Polska”, 20 lutego 2002.

I. Ryciak, Kaukaski Exodus, „Newsweek”, 13 października 2002.

E. Siedlecka, Rzeczywiście, jest problem: rozmowa z Piotrem Stachańczykiem, Prezesem Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców, „Gazeta Wyborcza”, 17 czerwca 2002.

M. Tocka, Druga Ojczyzna, „Trybuna”, 3–4 sierpnia 2002.

M. Tryc-Ostrowska, Nie luksus, lecz powinność, „Rzeczpospolita”, 5 września 2001.

K. Turowski, Twój Brat Emigrant, „Rzeczpospolita”, 26 sierpnia 2002.

Z. Uszyńska, Kotański dał mi pracę i dach nad głową. W kraju czekałaby mnie śmierć, „Naj”, 23–29 września 2002.

Ł. Warzecha, Niewczesne sentymenty, „Rzeczpospolita”, 4 listopada 2002.

I. Wlazłowska, Z Kabulu do Puław, „Przegląd”, 25 marca 2002.

M. Woźniacka, Obcy, ale swój, „Gazeta Wrocławska”, 20 czerwca 2002.

H. Wysocka, Sati przepłakała całą noc, „Kurier Poranny”, 21 czerwca 2002.

Z. Zborowski, Dlaczego nie wolno mi być Polką?, „Pani Domu”, 12 listopada 2002.

*

Tekst pochodzi z Krytyki Politycznej nr 3: Nasz dom publiczny. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

Poza śmiercią i podatkami pewne jest jeszcze jedno – jeśli tylko w jakimś kraju pojawi się wystarczająco duży odsetek bliskowschodnich muzułmanów, będą oni dążyli to narzucenia reszcie społeczeństwa swoich archaicznych zasad. Żaden multikulturalizm, zwykły obskurantyzm. Budzi to we mnie mordercze instynkty – wyłapać ich wszystkich i wyrzucić, przynajmniej poza Europę. Jako człowiekowi cywilizowanemu szybko udaje mi się nad tym atawizmem zapanować, a wtedy odzywa się we mnie wstrętny ksenofob. Z zazdrością zaczynam zerkać na kraje takie jak Japonia i Australia, którym nikt nie dyktuje polityki azylowej. Przypuszczam, że Albańczycy i Marokańczycy nie mogą tam liczyć na to, że uda im się tam zakotwiczyć "na uchodźcę". Ład i porządek, monitoring i ochrona, wiadomo, nie lubimy tego. Bo tworzy bariery społeczne i kulturowe, izoluje, rozbija więzi społeczne. Źli bogaci okopują się przeciwko biednym.

Obrona własnych granic stała się symbolem wywyższania się, egoizmu narodowego, ksenofobii. Nie słyszałam równie powszechnego oburzenia na Japonię, która w ciągu roku przyjęła tylko 28 uchodźców. Humanitarną otwartość proponuje się mieszkańcom chrześcijańskich europejskich krajów. W Polsce akurat nie mamy problemów typowych dla wielokulturowych społeczeństw. Jest homogenicznie i spokojnie. Komuś to jednak zawsze przeszkadza, a wtedy ze wstydem myślę, że i ja bym czasem chętnie odgrodził się morzami, jak Australia. Może człowiek już tak ma, że gdy żyje w kraju, w którym niepodzielnie panuje jedna dominująca kultura jest gotów na przestrzeganie prawa, żeby żyć spokojnie i bezpiecznie. Uznać za swoje, czyli warte troski, jakieś wspólne miejsce, ale nie tak odmienne kulturowo jak Europa dla Algierczyka.

Moje lewicowe superego oczywiście karci mnie za takie myśli. Polska ma być dla wszystkich, trzeba pogodzić się z pewnym dyskomfortem wynikającym z życia z innymi. Ludzie (nawet jeśli nie wszyscy są białoskórymi Słowianami) są różni, niektórzy muszą zmuszać kobiety do noszenia hidżabu, inni wymuszają podawanie mięsa pochodzącego z rytualnego uboju zwierząt, jeszcze inni są zbyt ograniczeni intelektualnie, by pojąć zasady desegregacji płciowej.

Można marzyć o „naszym świecie”, świecie dla wszystkich, wielomiliardowej wspólnocie żyjącej w nikogo niewykluczającej przestrzeni, która jest dobra dla nas, a my dla niej. Obawiam się jednak, że jest to utopia.

Psychologia społeczna mówi nam, że odpowiedzialność i gotowość do przestrzegania norm maleje wraz wielkością i różnorodnością kulturową zbiorowości.

To z pewnością kwestia nawyków kulturowych, wychowania, wdrożenia pewnych norm. Więcej równości, wspólnotowości, szacunku do publicznej przestrzeni tratatata… Tak, to jest ważne, i na pewno dużą część kontroli społecznej można ugruntować w jednostkach, dobrych obyczajach. Nawet teraz nie żyjemy przecież w jakieś potwornej dżungli, większość ludzi nie morduje się maczetami, nie oblewa kwasem, nie podrzyna sobie gardeł. Mimo to zawsze będzie potrzebna kontrola zewnętrzna, przepisy i ich egzekucja. I tu pojawia się luka w lewicowych propozycjach i dyskursach. Szczególnie tych na dzisiaj. Można oczywiście mówić ludziom, którzy chcą żyć w spokojnym i bezpiecznym otoczeniu, że są aspołecznymi egoistami, wykluczającymi innych. Że ich system wartości jest mieszczański, bo prawdziwemu lewicowcowi nie przeszkadzają wezwania muezzina na modły, martwi go co najwyżej, że „nie ma dla młodzieży właściwej propozycji zagospodarowania wolnego czasu”. Można też domagać się jeszcze więcej inwigilacji, służb specjalnych, zera tolerancji i kar, śledzenia każdego obywatela, czy nie zradykalizował siebie, albo kogoś innego. Ale to chyba też nie jest nasz ideał.

To, o czym mówię, dotyczy krajów biedniejszych, bo te bogatsze już sobie odległych kulturowo imigrantów nasprowadzały. My nie mamy z nimi zamkniętych granic, wysepek na Pacyfiku to magazynowania nielegalnych imigrantów, udaje nam się ich "odstraszyć" tylko biedą i kiepskim socjalem.

Dawniej nie było paszportów, każdy, kogo było stać mógł po świecie podróżować, dzisiaj taka kontrola wspólnego terytorium jest normą, nad którą nawet się nie zastanawiamy. Podobnie nie zastanawiamy się też, dlaczego zawsze zamykamy drzwi – podwójne, z szyfrowymi zamkami. A kiedyś podobno można było zostawić chałupę otwartą. I czy ktoś protestuje przeciwko społecznym parkingom? Może nie ma szans na inne wspólnoty, niż takie, które ogrodzą sobie to, co chcą chronić, i będą o to dbały?