Gospodarka

Uhlova: Wykorzystywali mnie ludzie, których lubiłam

Saša Uhlová. Fot. Ceska Televize.
Saša Uhlová. Fot. Ceska Televize.

Z czeską dziennikarką i lewicową publicystką Sašą Uhlovą spotkałyśmy się, żeby porozmawiać o głośnym dziennikarskim projekcie, który realizowała przez ostatnie sześć miesięcy.

Projekcie? Reportażu? Śledztwie dziennikarskim? Podczas naszej rozmowy szybko uświadomiłam sobie, że kategorie te nawet w najmniejszym stopniu nie oddają zaangażowania i emocji, które towarzyszyły Sašy podczas całego przedsięwzięcia. Ale zacznijmy od początku.

Przez pół roku Saša, pod zmienioną tożsamością, pracowała w różnych miejscach jako niewykwalifikowana pracownica: w pralni szpitalu Motol w Pradze, w fabryce drobiu w Vodňanach, w supermarkecie Albert w Pradze, w fabryce maszynek do golenia na północy Czech i w Ostrawie przy segregacji śmieci. W ten sposób chciała dowiedzieć się czegoś więcej o warunkach, w jakich zarabia na życie spora część ludzi wykonujących najprostsze, ale i najpotrzebniejsze prace.

– Powszechne jest to, że różni pracownicy otrzymują inne wynagrodzenia za tę samą pracę, a pracodawcy często wydłużają godziny pracy, przekraczając tym samym granice wyznaczone przez prawo – mówi Uhlova. – Byłam zaskoczona, jak trudno łączyć taką pracę, nawet jeśli na papierze ma się stałe godziny, z życiem osobistym i rodzinnym. Często okazywało się, że rzutowało to też potem na zdrowie – dodaje dziennikarka śledcza.

Ze zdobytych doświadczeń i obserwacji dziennikarki powstanie cykl reportaży Bohaterowie pracy kapitalistycznej, pisany dla A2larm.cz – lewicowego magazynu polityczno-kulturalnego i partnerskiego portalu Krytyki Politycznej. W planach jest książka oparta na prowadzonym przez Sašę dzienniku, a także film dokumentalny w reżyserii Apoleny Rychlikovej, który w listopadzie wyemituje czeska telewizja publiczna.

Apolena-Rychlikova-Sasa-Ulova
Apolena Rychlíková i Saša Uhlová. Fot. Ceska Televize.

 

**
Olga Słowik: To jest pytanie, które dotyczy i Czech, i Polski. Jak robić zaangażowane społecznie dziennikarstwo w kraju, w którym praktycznie nie ma lewicy?

Saša Uhlová: Nie jest to proste. Lewicy rzeczywiście w Czechach niemal nie ma: możemy do niej zaliczyć małą część socjaldemokracji i część Zielonych. Od pewnego czasu jestem też przekonana, że i nasi dziennikarze, i lewica intelektualna zajmują się przede wszystkim prawami mniejszości, rasizmem, homofobią, transfobią…

Co w tym złego?

Nie bagatelizuję tych problemów, ale dotyczą one codziennego życia relatywnie małej części populacji. Tymczasem sam feminizm, który dotyczy przecież połowy społeczeństwa, przez wielu ludzi nie jest nawet utożsamiany z tym, o co faktycznie walczy. A u niektórych wywołuje wręcz niechęć. Lewica intelektualna ma za to do ludzi pretensje, czasem wyższościowe. A ja muszę przyznać, że po doświadczeniach, które zebrałam w prekaryjnych pracach, lepiej tych ludzi rozumiem.

„Pracodawcy często obchodzą prawo i wydłużają godziny pracy swoich pracowników”.

Co masz na myśli?

W swoich reportażach opisuję historie osób, z którymi pracowałam. Piszę na przykład o 56-letniej kobiecie, która pracuje w szpitalnej pralni i opiekuje się schorowanym mężem. Wstaje o czwartej rano, o 5:30 jest już w pracy, prosto z niej jedzie do kobiety, która – bardzo tanio – wynajmuje jej mieszkanie za Pragą, ale której musi w zamian pomagać w zakupach i sprzątaniu. Pracuje jeszcze u niej, potem zajmuje się mężem, który nie może chodzić. Gotuje coś na drugi dzień, o 19:30 włącza wiadomości, podczas których w ciągu pięciu minut usypia…

A jak system traktuje kobiety takie, jak ona? Sprawdziłam to, szukając pracy na Morawach. Zadzwoniłam do agencji pośrednictwa pracy i usłyszałam: „dla kobiet nic nie mamy”. A jednak w ich ofercie była m.in. praca na taśmie przy lakierowaniu jakichś części. Że kobiety nie potrafią lakierować?

Jak się okazało, była to dobrze płatna posada. Za prace, w których zatrudniane są kobiety, oferowane są zwykle dużo niższe wynagrodzenia.

Kobiety jako tania siła robocza?

Tak. Rolę odgrywa tutaj głęboko zakorzenione przekonanie, że facet ma zarabiać więcej. Uboższe kobiety napotykają podobne problemy każdego dnia. To dlatego feminizm w naszej części Europy – poza tym, czym zajmuje się dziś – powinien głośniej mówić o dyskryminacji na rynku pracy.

Społeczeństwo zmęczenia

I postanowiłaś opisać, jak wygląda ta niewidzialna, „kobieca” praca.

Inspiracją był dla mnie film Made in Dagenham. W Czechach różne rodzaje pracy zawodowej podzielone są na kategorie, od których zależy wynagrodzenie. Pierwsza z nich, z najniższą pensją, to po prostu prace kobiece.

To znaczy?

Szwaczki, praczki, pokojówki, sprzątaczki, osoby zbierające owoce, pracujące w kuchni itp. Po prostu prace, które wykonują głównie kobiety. Widzisz, tyle lat upłynęło od 1968 roku, o którym opowiada Made in Dagenham, a wciąż mamy ten sam problem – otwarty genderowy podział na gorzej i lepiej płatne prace.

Jak wybierałaś prace, w których się zatrudniałaś?

Pomagała mi Apolena Rychlikova, reżyserka filmu. Były to oferty dla niewykwalifikowanych pracowników. Chciałam wykonywać pracę jakkolwiek użyteczną. Nie chciałam pracować w call centre, dzwonić do ludzi i zmuszać ich do zakupów… Chciałam robić coś pierwszej potrzeby, co ludzie kupują i czego potrzebują. Sama przez jedną taką pracę przestałam jeść mięso.

Przez fabrykę drobiu?

Tak. Była tam obrzydliwa, brązowa, śliska podłoga, po której ciągle coś pływało… Naprawdę ohydne. I kiedy do tej brudnej wody spadnie mięso, to podnosi się je i daje z powrotem na tackę. Praca w fabryce drobiu była pod każdym względem moim najgorszym doświadczeniem. Byłam ciągle szykanowana, kiedy przyszłam do pracy, nikt mi nie chciał wytłumaczyć, co mam robić, a na początku przełożona nie odpowiadała nawet na „dzień dobry”. Specjalistka z działu HR opowiadała mi później, że bardzo dużo osób odchodzi z tej pracy z płaczem.

Zgłaszałaś się do pracy pod prawdziwym nazwiskiem?

Nie, zmieniłam tożsamość. Również dlatego, że mój ojciec jest bardzo znany. [Petr Uhl jest słynnym czeskim dziennikarzem i politykiem, dysydentem w czasach komunizmu i sygnatariuszem Karty 77 – przyp. tłum.].

Wysyłałaś fikcyjne CV?

Prawie nigdy nie chcieli ode mnie CV. Chcieli tylko do szwalni i do jednej ostrawskiej firmy, w której segregowałam śmieci. Wysłałam fałszywe.

Jak udało ci się wnieść aparat i kamerę na miejsce pracy?

Miałam dwa sposoby. Jedną kamerę miałam zainstalowaną w okularach, to możesz napisać. O ukryciu drugiej nie mogę mówić, bo jest to trik, który jeszcze kiedyś wykorzystam.

Nikomu nie mówiłam, że filmuję z ukrycia, ani nie opowiadałam o planie napisania reportaży. Z dwoma wyjątkami. Ostatniego dnia powiedziałam o tym jednej koleżance w fabryce drobiu, a w fabryce maszynek do golenia bardzo miła przełożona zapytała mnie na końcu, gdzie normalnie pracuję. Powiedziałam, że jestem dziennikarką. Śmiała się i zapytała, czy o nich napiszę. Powiedziałam, że tak.

Zatrudniały cię firmy czy agencje pracy?

W pralni szpitala Motol myślałam, że dostanę umowę, ale okazało się, że szpital outsourcował kuchnię i pralnię, więc zatrudniono mnie przez agencję. W supermarkecie podobnie – nawet wieloletni pracownicy mają wciąż umowy z agencjami. Co ciekawe, od kilku koleżanek usłyszałam, że ma to swoje zalety. Kiedy brakuje pracowników, to sklep zwraca się do agencji, a zrekrutowany w ten sposób pracownik jest w korzystnej sytuacji: wie, że go potrzebują. Jeśli jesteś samotną matką, jak wiele moich koleżanek, to możesz powiedzieć, że chcesz pracować na ranne zmiany i mieć wolne weekendy. Kiedy jesteś zatrudniona bezpośrednio, możesz o tym zapomnieć. Jedna kobieta, która pracowała tam od dziewięciu lat, powiedziała mi kiedyś: „Nie widziałam, jak dorastał mój syn”…

Minus – agencje często nie płacą ubezpieczenia. Kiedy ktoś zachoruje, nie ma prawa do płatnego urlopu. A więc ludzie na zwolnienia po prostu nie chodzą.

Przychodzą chorzy do pracy?

Oczywiście, niemal zawsze. Pracodawcy tego oczekują, nawet jeśli nie jest to wprost wypowiedziane.

Sami pracownicy robią to z kilku powodów. Po pierwsze: kiedy w pracy jest mało ludzi i dużo roboty, to istnieje presja ze strony kolegów, żeby nie zostawiać ich samych. Po drugie: presja ze strony przełożonego czy szefa. Po trzecie: ogólnie niskie pensje przez urlop stają się jeszcze niższe. Zwykli ludzie naprawdę to odczuwają.

Jest jeszcze coś, co praktykuje mnóstwo pracodawców. Dodatki. Oferują na przykład 2 tys. zł brutto podstawy, ale jeśli nie opuścisz żadnego dnia pracy, nie będziesz chora i nie spóźnisz się ani razu – czyli potrafisz funkcjonować jak robot i nie masz rodziny – to dostaniesz 300-350 zł bonusu. Co jest stosunkowo dużą sumą.

To szantaż!

To obchodzenie prawa pracy. Czymś podobnym jest praca na akord.

Gdzie się z nią spotkałaś?

W okolicach Ostrawy, w firmie, w której szyje się worki. Powiedziano mi, że jak będę dobrą szwaczką, to mogę zarobić nawet 2500 zł na rękę. W tym regionie – dla kobiety – to nie są złe pieniądze.

Na miejscu okazało się jednak, że nie działa klimatyzacja. Były okropne upały. Na moją skargę szefostwo odpowiedziało: „Klimatyzacja nie działa, ale pozwalamy kobietom wychodzić na dwór, jak w środku zrobi się za gorąco”. A po chwilo dodali: „Ale kobiety wcale z tego prawa nie korzystają, bo więcej uszyć”. W ten sposób szefowie nie muszą już niczego kontrolować. Nie muszą niczego zakazywać ani nakazywać, bo wszyscy starają się uszyć jak najwięcej…

Saša Uhlová. Fot. Ceska Televize.
„Byłam zaskoczona, jak trudno łączyć sztywne godziny pracy z życiem osobistym i rodzinnym.  Ich praca ma również negatywny wpływ na zdrowie”, mówi Saša Uhlová. Fot. Ceska Televize.

Czy łamanie praw pracowniczych jest w Czechach nagminne? W badaniach ITUC uzyskaliście stosunkowo dobry wynik: 2 na 5. Dla porównania Polska dostała tróję, co oznacza już regularne łamanie praw pracowniczych.

Spotkałam się z nieprzestrzeganiem obowiązkowej przerwy, z nadgodzinami czy ignorowaniem obowiązkowego odpoczynku pomiędzy kolejnymi zmianami. Uświadomiłam sobie też, jak nieprzyjazny jest dla ludzi kodeks pracy. W niektórych przypadkach nie rozumiałam go ani ja – osoba pochodząca z rodziny prawniczej – a miejscami nawet moja prawniczka. A niektóre jego przepisy są zwyczajnie nieakceptowalne: np. prawo do przerwy ma się dopiero po sześciu godzinach pracy. A sześć godzin bezustannej pracy to strasznie dużo!

Bez korzystania w tym czasie z toalety?

Mnie nie zakazano tego wprost – w żadnym z miejsc, w których się zatrudniłam. Ale w kilku, np. na taśmie w fabryce drobiu czy wytwórni golarek, nie było nikogo, kto mógłby mnie zastąpić. Nie mogłam po prostu zatrzymać taśmy, bo to blokuje pracę innym i obniża pensje. W supermarkecie też nie możesz odejść od kasy, kiedy jest długa kolejka. Musisz poczekać, aż będzie krótsza, dopiero wtedy możesz powiedzieć pozostałym, żeby przeszli do kasy obok.

To mogłyby pewnie zmienić związki zawodowe albo pozew zbiorowy.

Problem polega na tym, że wykorzystywali mnie ludzie, których lubiłam. I to było najciekawsze dla mojego reportażu.

Nie było tak, że zły kapitalista wydawał polecenia, które musieliśmy w pocie czoła wykonywać. W wyzysk uwikłani byli dobrzy i sympatyczni ludzie, którzy z reguły zachowywali się przyzwoicie. Wszystko zmieniało się na przykład z powodu inspekcji pracy – wówczas kolejki musiały szybko zniknąć. Nagle to był priorytet, nie potrzeby fizjologiczne. Praca stawała się najważniejsza – i jej podporządkowane zostało wszystko, włącznie z prawami pracowniczymi.

Były i inne przykłady: raz powiedziałam swojej przełożonej, że mam czworo dzieci i chciałabym kończyć wcześnie, więc wolę poranne zmiany. A ona zapisała mi popołudniowe i wieczorne, do 21:30, na kilka kolejnych miesięcy! Przez 5 tygodni praktycznie nie widziałam swoich dzieci. Powiedziałam jej, że rezygnuję, ale stwierdziła, że to niedozwolone i muszę przepracować jeszcze trzy dni. Kłamała, bo w okresie próbnym możesz zrezygnować w dowolnej chwili.

Ostatniego dnia pracy przyszła do mnie strasznie fajna współpracownica, kupowała coś u mnie, i mówi: „Dzisiaj jestem w pracy już 17 godzin”.

Miała gdzieś oficjalnie zapisaną tę 17-godzinną zmianę?

Skąd! Oni to później rozpisują na kilka zmian, na kilka dni.

Następnego dnia przez przypadek spotkałam ją na ulicy i pytam, jak sobie poradziła, a ona, pełna entuzjazmu: „Tak, dałam radę! A dzisiaj byłam w pracy już o wpół do szóstej!”. Czyli najpierw pracowała do 22:30, a siedem godzin później była znów w pracy… I była dumna, że dała radę! Z taką dumą spotykałam się bardzo często.

A z krytyką warunków pracy?

Wśród pracowników? Bardzo rzadko. Ludzie, których poznałam, najczęściej nie skarżyli się prawie wcale. Naprawdę się cieszyli, kiedy udało się na czas zrealizować zamówienie czy zadanie narzucone przez firmę. Największy entuzjazm przodowniczy był chyba w supermarkecie. Tam pracownicy byli naprawdę dumni, że potrafią wytrzymać 15 godzin w pracy.

Konkurowali między sobą? Kto lepszy, kto wytrzyma dłużej, zrobi więcej?

Nie, chodziło o współpracę. Pewnego wieczoru liczyliśmy na przykład, co udało nam się zrobić. Okazało się, że przekroczyliśmy jakieś limity, zrobiliśmy więcej niż powinniśmy… Wszyscy się ucieszyli, nawet ja! Trudno to wytłumaczyć. Pewnie jakąś rolę odgrywa dyskurs, który panuje tutaj od dwudziestu lat, według którego nie powinniśmy narzekać i strajkować, tylko pracować. Choć z drugiej strony w pewnym stopniu jest to też naturalne zadowolenie z dobrze wykonanej pracy, z pokonania ograniczeń.

„Ludzie wykonujący najpotrzebniejsze prace pracują często w nieludzkich warunkach i za bardzo małe pieniądze”.

Pracowałaś z Romami, spotkałaś się z uprzedzeniami czy rasizmem?

Nie. W pralni wszyscy się znali, nie było tam żadnych rasistowskich aluzji, nic podobnego. Wręcz przeciwnie, czasami nawet rozmawiali na ten temat, mówiąc, że kolor skóry czy rasa nie są w ogóle istotne. Tak samo w drobiarni w Vodňanach, gdzie pracują ludzie z siedmiu różnych krajów. Tylko w Albercie było inaczej.

To znaczy?

Czasami słyszałam pogardliwe uwagi na temat „Cyganów”. Tak samo w fabryce maszynek do golenia. I zawsze mówiły to osoby z maturą, z wykształceniem co najmniej średnim. Nie spotkałam się z rasizmem u osób mniej wykształconych.

Co cię zaskoczyło? Które z twoich wyobrażeń na temat warunków prekaryjnej pracy nie do końca się potwierdziły?

Chyba to, że pracodawcy naprawdę potrzebują teraz pracowników fizycznych, a to oznacza, że to jest najlepszy moment, żeby domagać się wyższych wynagrodzeń. Ale nikt tego nie robi. W przeciwieństwie na przykład do Francji,  nie istnieje u nas kultura pracowniczego protestu. U nas ludzie zagryzają zęby i idą do pracy z przodowniczym entuzjazmem. Ale jak obejrzysz film Apoleny czy przeczytasz moje reportaże, to zobaczysz, że wcale nie jest tak wesoło…

 

**
Reportaże Sašy Uhlovej powstały przy wsparciu czeskiego Funduszu Niezależnego Dziennikarstwa. Tłumaczenia tekstów publikowanych przez magazyn A2larm.cz będziecie mogli przeczytać w Krytyce Politycznej.

Galeria zdjęć

Zdjęcia dzięki uprzejmości Czeskiej Telewizji.

Czytaj też po angielsku na PoliticalCritique.org

Saša Uhlová’s investigative project explores workplace conditions in the worst-paid jobs in Czech Republic. Read more here.

 

 

Komentarze

Uzupełnij wszystkie pola w formularzu.

"...Od pewnego czasu jestem też przekonana, że i nasi dziennikarze, i lewica intelektualna zajmują się przede wszystkim prawami mniejszości, rasizmem, homofobią, transfobią…

Co w tym złego?

Nie bagatelizuję tych problemów, ale dotyczą one codziennego życia relatywnie małej części populacji. Tymczasem sam feminizm, który dotyczy przecież połowy społeczeństwa, przez wielu ludzi nie jest nawet utożsamiany z tym, o co faktycznie walczy. A u niektórych wywołuje wręcz niechęć. Lewica intelektualna ma za to do ludzi pretensje, czasem wyższościowe. A ja muszę przyznać, że po doświadczeniach, które zebrałam w prekaryjnych pracach, lepiej tych ludzi rozumiem."

Powinniście sobie te słowa wyryć w siedzibie redakcji i codziennie powtarzać je na głos.

Lewica nie może uciec od zajmowania się sprawami gejów. Dziś w Oku masz artykuł o tym jak polska Homofobia spycha nas na margines UE w kwestii przenoszenia europejskich urzędów z Londynu.

Jestem kategorycznie przeciwny zbednemu rzieleniu lewicy na tzw. gospodarcza i obyczajowa.
Lewica musi oznaczac przede wszystkim wrazliwość społeczną bez względu na to czy wykluczenie jest skutkiem jest płci, orientacji seksualnej czy prekaryjnej pracy.
W tej chwili dla polskiej lewicy najwazniejszym tematem powinno być odśmieciowienie pracy, ale to nie znaczy, że może odpuścić feminizm - wystarczy tylko popatrzeć na nowe seksistowskie ustawy. Jeszcze troche i zniknie w ogole dostęp do platnych badań prenatalnych a nie mów, że to nie jest problem społeczny.

Jestem niemalże bezkrytycznym wielbicielem umów cywilnych zwanych potocznie śmieciowymi. Przede wszystkim dlatego, że, będąc świadomym uczestnikiem rynku pracy, rozumiem zarówno korzysci wypływające z zawierania takich umów jak i ich wady. I potrafię je wykorzystać, bez pomocy innych.

Nie wybrażam więc sobie odśmieciowienia rynku pracy w takiej formie jak jest lansowana przez polityków wszelkiej maści czy to parlamentarnych czy wiecznie kanapowych. Uważam, że zamach na te umowy będzie jak operacja, która się udała, ale pacjent umarł.

akurat w KP daje się słyszeć ten głos, krytyka nie do końca nietrafiona. Ale faktycznie coś jest na rzeczy: ostatnio widać to było w dyskusji o dleegacjach zagranicznych. Padały argumenty, że po zlikwidowaniu tego rozwiązania padną przedsiębiorstwa, mniejsze będa wplywy z podatków i do ZUS. A bardzo niewielu, nawet tych z sercem po lewej stronie, zauważyło, że ci pracownicy bedą w końcu zarabiać jak ludzie i korzystać z ludzkich osłon socjalnych.

Pracowałem w kilku dużych firmach handlowych, takich jak: Biedronka, E.Leclerc, Kaufland, na różnych stanowiskach i niestety ale sytuacja, która tam panuje odpowiada ni mniej ni więcej folwarcznemu systemowi. Przełożeni, którzy po pracy są niejednokrotnie zaprzyjaźnieni ze swoimi podwładnymi, w trakcie codziennej zmiany traktują ich niczym pańszczyźnianych chłopów, którym nie należy się zbyt wiele zrozumienia i empatii, a wszelkie przepisy oraz związki zawodowe działają na szkodę pracownika. Niestety z taką opinią spotykałem się najczęściej. Nikt nigdy nie chciał podważać zasadności systemu, w którym pracuje a wręcz przeciwnie, jak słusznie zauważyła Saša Uhlová, z uśmiechem na twarzy akceptowali wyzysk i nagminne łamanie praw pracowniczych bez słowa sprzeciwu. Co mnie najbardziej zaskakiwało to brak zaufania i solidarności do współpracowników na podobnych stanowiskach oraz bezrefleksyjne poświęcanie kolejnych swoich praw dla dobra pracodawcy ( tj. coraz większego zysku, którym nie zamierza się podzielić, nawet w nikłym stopniu ).

Pensja, wynegocjowana z pracownikiem jest cześcią zysku firmy.

Jeśli pracownik chce większej części zysku, powinien nabyć udziały w firmie a potem przyswoić, że własna firma to nie tylko zysk, ale przede wszystkim koszt. Który trzeba ponieść, nawet jeśli nie ma zysku lub jest minimalny.

Ależ oczywiście że dzieli się zyskiem z pracownikami, ty nie masz tutaj nic do powiedzenie i tak ma pozostać. A dlaczego? Bo nie masz prawa do cudzej własności ty komunistyczny ścierwojadzie.

Ze wszystkich szwindli pracodawców najbardziej podoba mi się fałszowanie czasu pracy - słyszałam nawet o agencie który miał dwie listy obecności - jedną oficjalną dla inspekcji pracy - od poniedziałku do piątku , drugą obejmującą też soboty - na niedziele natomiast zamawiał mszę w intencji swoich pracowników i pomyślności zakładu. Taki dobry pobożny polak- katolik.

u Pana Miłka w CCC, też sie pracuje 20 pare godzin- jak sie ma pecha 😛 a to jeden z najbogatszych Polakow

"pracodawcy często wydłużają godziny pracy, przekraczając tym samym granice wyznaczone przez prawo – mówi Uhlova. – Byłam zaskoczona, jak trudno łączyć taką pracę, nawet jeśli na papierze ma się stałe godziny, z życiem osobistym i rodzinnym. Często okazywało się, że rzutowało to też potem na zdrowie – dodaje dziennikarka śledcza."
no cóż za odkrycie! chyba większość ludzi miała przynajmniej raz okazję przepracować jako niewykwalifikowany fizol. Dla lewusów to oczywiście egzotyka, bo oni pracą pogardzają.

HMM, ZASTANAWIAM SIĘ...

ciekawe, kto doprowadził do takiego stanu rzeczy w krajach b. bloku komunistycznego?? czyżby gospodarka rynkowa wprowadzana na wilczych warunkach przez piewców wolnego rynku i liberalnych wartości?? może bankowcy na usługach koncernów, którym zależy wyłącznie na wyciśnięciu ile się da z pracowników/koncernów??

Z wielkim zadowoleniem odnotowuje tu reportaz. Zwykle nie ma do nich dostepu w darmowej prasie czy literaturze,a takie relacje z zycia sa najciekawsze.Szacunek dla pracy autorki. Cos takiego urealnia tez wszelkie polemiki na tym portalu, ktoremu tez szacun za poziom intelektualny i jakze potrzebne w Polsce lewicowe podejscie.

Hm... nic nowego chciałoby się powiedzieć, co jest dość przygnębiające.
Odsyłam do świetnej książki 'Za grosze pracować i (nie) przeżyć' Barbary Ehrenreich