UE

Życie po Woolwich, czyli kto się boi obcych?

Trudno udawać, że coraz głębsza radykalizacja części muzułmanów nie jest problemem. Czy jednak nie idzie ona w parze z coraz intensywniejszą islamofobią?

W czwartek rano zadzwonił do mnie zatroskany znajomy z Polski z pytaniem, czy czuję się bezpiecznie. Chodziło mu oczywiście o środowy incydent na Woolwich – po południu dwóch bandytów zaatakowało tam na pełnej ludzi ulicy żołnierza. Obcięli mu głowę, po czym zaczęli pozować do zdjęć. Świadkowie wydarzenia twierdzą, że mordercy w trakcie swego odrażającego aktu wznosili okrzyki Allahu akbar

Jeśli kogoś nie zszokował sam opis tej zbrodni, jeszcze tego samego dnia wieczorem mógł obejrzeć w dzienniku ogólnokrajowego kanału ITV nakręcony przez jednego przez świadków wydarzenia filmik. Widać na nim mordercę trzymającego w czerwonych od krwi rękach tasak i krzyczącego: 

– Przysięgamy na Allaha, że nie przestaniemy z wami walczyć, dopóki nie zostawicie nas w spokoju. Musimy z wami walczyć bo oni atakują nas. Oko za oko, ząb za ząb! Przepraszam, że musiały na to patrzeć kobiety, ale na naszej ziemi nasze kobiety muszą patrzeć dokładnie na to samo. Nigdy nie będziecie bezpieczni. Obalcie swój rząd, bo nic ich nie obchodzicie. Myślicie, że dopadniemy na ulicy Davida Camerona? Myślicie, że gdy zaczniemy strzelać, to będą ginąć politycy? Nie, to się zdarzy zwykłemu facetowi, takiemu jak ty.

Publikację drastycznego materiału natychmiast potępiły inne angielskie stacje i żeby pomóc widzom w wyrobieniu sobie zdania, pokazały dokładnie ten sam klip.

Jak się okazuje, mojego znajomego najbardziej zaniepokoił nie tyle fakt, że w Londynie dokonano krwawej i okrutnej zbrodni, ile to, że dokonali jej wyznawcy islamu.

– Nie boisz się? Przecież na twojej dzielnicy mieszka ich cała masa – spytał i najwyraźniej oczekiwał, że mu opowiem, jak to właśnie barykaduję się w swoim mieszkaniu i nasłuchuję zza drzwi, czy ktoś nie krzyczy na ulicy Allahu akbar!.

Niestety musiałem zawieść jego nadzieję na sensacyjną relację z oblężonego miasta. Po ulicach Edmonton, gdzie mieszkam, nie krążą wojskowe patrole, a mieszkający tu muzułmanie nie biegają za nimi z maczetami w dłoniach. Zamiast tego starzy Turkowie jak co rano wystawiają z pobliskiego coffee-shopu krzesła i popijając z małych wzorzystych szklaneczek mocną czarną kawę, grzeją stare kości w rzadko zaglądającym ostatnio do Londynu słońcu. Śpieszący się do pracy ludzie przechodzą obok nich obojętnie. Każdy zajęty jest swoimi myślami i każdy ma swoje własne problemy do rozwiązania. Kiedy wyskakuję z domu po tytoń, też ich mijam i nie dostrzegam w nich żadnej różnicy – przez to, co się wydarzyło wczoraj na Woolwich, ich sumiaste wąsy nie zrobiły się dla mnie bardziej obce. Dokładnie takie same nosił mój ojciec, dopóki lekarz nie kazał mu ich zgolić przed operacją. 

Na Edmonton bez zmian

Pakistański sprzedawca wita mnie zwyczajowym salam alejkum, wcale nie oczekując, że mu się odwdzięczę odpowiadając wa `alejkum salam. O zbrodni oczywiście słyszał. Nie mogło być inaczej, skoro pierwsze strony wszystkich poukładanych na półce obok lady dzienników niemal w całości wypełnia zdjęcie mordercy z czerwonymi rękami.

– Idioci. No co ja mogę więcej powiedzieć. To nie byli prawdziwi muzułmanie – rzuca podając mi resztę.

– Powinni ich załatwić na miejscu – dorzuca stojąca za mną w kolejce kobieta w chuście.

– Dokładnie, teraz tysiące funtów pójdzie na ich leczenie, a mogło pójść na jakieś biedne dzieci – dorzuca jeszcze tleniona blondyna, ale rozmowa powoli już wygasa i zaczyna się przemieszczać w rejony pogody.

Prawda jest taka, że ludzie nie wiedzą, jak reagować, na to, co się stało. Nie wiedzą, bo ta zbrodnia została popełniona na ich oczach. Dobosz Lee Rigby zginął w ich salonach podczas niekończącej się transmisji na żywo, którą brytyjskim widzom aplikowały przez prawie dwie doby wszystkie tutejsze newsowe stacje telewizyjne. Nie wiedzą, bo Michael Adebolajo, który z zakrwawionymi rękami tłumaczył im się ze swoich czynów, nie wyglądał jak stereotypowy brodaty Talib. Z ekranów telewizorów przemawiał do nich zwykły ubrany w dżinsy i kurtkę koleś, na którego nikt nie zwróciłby normalnie większej uwagi. 

Zresztą, czego oczekiwać od mieszkańców Londynu, skoro tutejsze władze też nie do końca wiedzą, jak reagować na tą sytuację. Wkrótce po tym, jak informacja o zbrodni poszła w eter, ministerstwo obrony zaleciło stacjonującym na Wyspach żołnierzom, żeby koszary opuszczali w cywilnych ubraniach. Otrzeźwienie przyszło dopiero po kilku godzinach i kolejny komunikat nawoływał już wojskowych, żeby nie wstydzili się swoich mundurów. 

Śmierć, to straszna rzecz

To, co się stało w Woolwich, to oczywiście rzecz okropna. Zamordowany Lee Rigby osierocił dwuletniego syna, który zapewne, kiedy dorośnie, nie będzie pamiętał zbyt wiele z czasu spędzonego wspólnie z ojcem. Przeraża też zwierzęca brutalność, z jaką działali sprawcy, i beztroska, z jaką po zamordowaniu człowieka zabiegali o uwagę mediów. Jednak pamiętajmy, że Rigby nie był jedynym brytyjskim wojskowym, który ostatnimi czasy zginął na Wyspach ze względu na noszony przez siebie mundur. Cztery lata temu w północno irlandzkiej miejscowości Antrim terroryści z Real IRA (radykalny odłam IRA założony w 1997 przez przeciwników porozumienia wielkopiątkowego) z zimną krwią zastrzelili saperów Marka Quinsey’a i Patricka Azimkara. Wojskowi byli nieuzbrojeni i kiedy napastnicy otworzyli ogień, stali przed koszarami w oczekiwaniu na pizzę. Później mordercy podeszli do swoich ofiar, by z bliskiej odległości dokończyć egzekucję. Tamta zbrodnia oczywiście również wstrząsnęła brytyjskim społeczeństwem a słowa ją potępiające napływały z całego niemal świata. Jednak uwagę, jaką jej poświęcono, trudno jest porównywać do tego, co się dzieje obecnie. Wystarczy wspomnieć, że polskie media najbardziej w całej historii z Antrim zainteresował fakt, że podczas strzelaniny ranny został 30-letni polski emigrant. 

Lee Rigby nie jest też pierwszą i niestety zapewne ostatnią osobą, która zginie w tym roku na ulicach Londynu. Niecałe dwa miesiące temu dwie ulice od mojego domu zastrzelony został 19-letni Mohammed Hussein. W tym roku była to już 7 ofiara wojny gangów w Londynie. W sumie od roku 2005 z tego powodu w Londynie zginęło już 152 młodych ludzi – trzy razy tyle, ile w stolicy Zjednoczonego Królestwa zginęło w tym czasie z rąk islamistów. Być może trudno to sobie wyobrazić, ale niektórzy z nich z życiem żegnali się w okolicznościach o wiele bardziej drastycznych, niż zamordowany wojskowy. Ich śmierci jednak nikt nie poświęca tyle czasu. Dlaczego? Jedną z odpowiedzi na to pytanie może być fakt, że ani katolicy z IRA ani młodociani gangsterzy nie wydają się nam tak obcy. Lęk przed nieznanym, to przecież jedno z najstarszych towarzyszących ludzkości uczuć. 

Mołotowem w meczet

Podczas prowadzonej na żywo przez stację BBC relacji z miejsca zbrodni jedna z zaczepionych przez dziennikarzy kobiet powiedziała, że na drugi dzień rano bała się zaprowadzić do szkoły swoje dzieci. Bała się, bo jest muzułmanką i nie wiedziała, jak zachowają się ich koledzy z klasy. 

Być może bała się z jeszcze jednego powodu. Już kilka godzin po tragedii na Woolwich pojawili się prowadzeni przez swojego przywódcę Tommy’ego Robinsona skrajni nacjonaliści z Angielskiej Ligi Obrony (EDL). W stronę patrolujących dzielnicę policjantów zaczęły lecieć butelki, ktoś usiłował podpalić pobliski meczet. Sam Robinson butelkami nie rzucał. Zamiast tego w jednym z pobliskich pubów zorganizował konferencję prasową.

– Powiem to jasno. Wszyscy mają już dosyć. Problemem jest polityczny islam, który rozprzestrzenia się na cały kraj. Jak wiele jeszcze są w stanie przyjąć na siebie Brytyjczycy? Islam rozprzestrzenia się po naszym kraju i wiecie co? To nas obraża i obraża nasz kraj. Obrażają nas ludzie krzyczący Allahu akbar! – tłumaczył zebranym dziennikarzom otoczony przez zasłaniających twarze kominiarkami członków EDL.

Boję się

Znajomego, który zadzwonił do mnie w czwartkowy poranek, trudno jest posądzić o narodowe poglądy. Coś jednak skłoniło go do przekonania, że ze strony moich muzułmańskich sąsiadów może mi grozić jakieś niebezpieczeństwo. Dlatego właśnie chciałbym go zapewnić, że nie boję się pakistańskiego sklepikarza z mojej dzielnicy. Boję się imamów, którzy próbują przekonać jego synów do porzucenia rodzinnego interesu i wyruszenia na świętą wojnę. Ale tak samo boję się ludzi, którzy w środę wieczorem chcieli podpalać meczety. Przecież kiedy w końcu rozprawią się z muzułmanami, przyjdzie kolej na Hindusów i milion mieszkających na Wyspach Polaków.

Muszę również przyznać, że tak samo jak członków EDL, boję się też Tomasza Terlikowskiego. Boję się go, bo w dzień po przerażającej londyńskiej zbrodni umieścił na swoim portalu tendencyjnie dobrane cytaty z koranu, próbując w ten sposób udowodnić, że Islam to religia morderców. Boję się też Polaków, którzy w Białymstoku próbują podpalać mieszkania emigrantów. Ktoś może zapyta, jak można taki gówniarski wybryk, porównać do obcięcia głowy człowiekowi w biały dzień na środku ruchliwej ulicy, w Białymstoku przecież nic się właściwie nie stało, trochę tylko drzwi się osmaliły. Ja się jednak pytam, co za różnica? Przecież w końcu za którymś razem ktoś się może nie obudzić, nie poczuć dymu.

Właśnie dlatego uważam, że to, co się stało w środowe popołudnie na londyńskiej ulicy, nie jest wewnętrzną sprawą Brytyjczyków. Nie można oczywiście chować głowy w piasek i udawać, że coraz głębsza radykalizacja części muzułmanów nie jest problemem. Warto się jednak zastanowić, czy nie idzie ona w parze z coraz intensywniejszą islamofobią i czy obydwa uczucia nawzajem się nie nakręcają. W końcu, skąd mojemu znajomemu przyszło do głowy pytanie o moje bezpieczeństwo? 

Jakub Ryszko – dziennikarz, pracował dla londyńskiego „Gońca Polskiego”, obecnie współpracuje z Coolturą i „Gazetą Wyborczą”. Mieszka w Londynie. 

Projekt finansowany ze środków Parlamentu Europejskiego.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać