Unia Europejska

Zalewski: Węgry to tylko jedna z odsłon kryzysu UE

Unię może politycznie ocalić tylko powrót koniunktury gospodarczej i regulowana globalizacja.

Cezary Michalski: Na Węgrzech znów wygrał Orban, coraz mocniej akcentujący swoją niezależność od UE. Wygrał z ogromną przewagą, do tego ponad 20 procent głosów oddano na skrajnie prawicowy Jobbik. Co to mówi o sile projektu europejskiego na Węgrzech? Na ile to jest dynamika wewnętrzna, a na ile ogólnoeuropejska?

W całej Europie w konsekwencji kryzysu dochodzą do głosu tendencje populistyczne. Ponieważ na Zachodzie tamtejszy mainstream ideowy był związany z multikulturalizmem i ostatecznie nie dał sobie rady z problemem społecznej i kulturowej integracji dużych grup imigrantów z krajów islamu, zatem populizm zaczyna tam mieć odcień nacjonalistyczny, ksenofobiczny, czasem rasistowski. Ale Węgry to nie jest Holandia czy Francja. Dominującym elementem – na pewno w polityce Jobbiku, ale też w coraz większym stopniu w polityce Fideszu – jest odwołanie się do poczucia Węgrów, że są kadłubowym państwem. Duch Trianon ciągle straszy. Mimo że minęło 94 lata od zawarcia tamtego traktatu, jego nazwa jest dziś obracana w polityce węgierskiej na wszystkie sposoby.

Miliony Węgrów rzeczywiście żyją na Słowacji, na Ukrainie, w Rumunii czy Serbii. Ale jest też przecież polska mniejszość na Wschodzie, niemiecka w wielu krajach Unii. I są w Europie dwa sposoby podejmowania tego problemu. Pierwszy to propozycja UE: wszystkie te mniejszości będą istniały poza granicami państw narodowych, ale w ramach Unii będą miały zagwarantowane wszystkie podstawowe prawa, a swobodny przepływ ludzi, idei, kapitału, regionalizacja… – to wszystko sprawi, że granice państw nie będą już izolować ludzi należących do tej samej wspólnoty etnicznej czy narodowej. I jest odpowiedź nacjonalistyczna: chrzanimy Unię, domagamy się praw dla „naszej” mniejszości u sąsiadów, a  sami ograniczamy prawa „ich” mniejszości w „naszym” państwie. Węgierska prawica – od Jobbiku po Fidesz – coraz wyraźniej wybiera nacjonalistyczną, a nie unijną strategię.

Wybór tej drogi przez węgierską prawicę związany jest z silnym poczuciem krzywdy historycznej, z którym Węgry nie poradziły sobie w okresie międzywojennym i nie poradziły sobie z tym do dzisiaj. Trzeba pamiętać, że Węgrzy na Słowacji, w całych tzw. górnych Węgrzech, którzy wcześniej byli posiadaczami ziemskimi, elitą społeczną i polityczną na tych terenach, później, w Czechosłowacji, byli traktowani jako mniejszość, której prawa ograniczano. Poczucie krzywdy wynikające z tych ograniczeń stało się następnie silnym elementem tożsamościowym także u Węgrów naddunajskich.

W międzywojniu to poczucie krzywdy historycznej zbliżyło Węgrów do Niemiec nazistowskich, które obiecywały ład wersalski zniszczyć. Dziś zbliża to Węgry do Rosji Putina, która też odświeża tradycyjny nacjonalistyczny język „obrony praw mniejszości” przeciwko ładowi symbolizowanemu przez UE.

Wcześniej rząd socjalistyczny nie podnosił tej kwestii, ale to nie znaczy, że jej nie było. Torowała sobie drogę właśnie poprzez prawicową opozycję. Wtedy skokowo rozwinął się Jobbik, wówczas też zaczął się zmieniać język Fideszu. Fidesz zaczął rywalizować z Jobbikiem właśnie w zakresie radykalnego podnoszenia kwestii mniejszości węgierskiej poza granicami kraju. Zaczęło się ostre konkurowanie o polityczne zagospodarowanie tzw. Krzywdy Węgierskiej. A kiedy rządy socjalistów skompromitowały się z powodów społeczno-ekonomicznych i pociągnęły za sobą także liberalnych koalicjantów socjalistów, na scenie pozostała już wyłącznie prawica i Węgierska Krzywda stała się jednym z dominujących motywów polityki na Węgrzech. Teraz obserwujemy narastanie problemu.

To już nie jest wyłącznie upominanie się o podstawowe prawa Węgrów za granicą, co rzeczywiście mogło być robione w ramach regulacji unijnych. To coś więcej, dalsze wzmocnienie retoryki „Węgier, które powstają z kolan”. Ta retoryka jest rzeczywiście identyczna z retoryką Putina. Jeśli zastanawiamy się, dlaczego Węgrom rządzonym przez prawicę coraz bliżej do putinowskiej Rosji, to warto się przyjrzeć właśnie retoryce Orbana – krzywdy narodowej, która zostanie naprawiona dzięki konsolidacji wewnętrznej państwa pod władzą jednego obozu. To jest retoryka analogiczna do putinowskiej, choć Węgry nie posiadają analogicznego do putinowskiej Rosji potencjału. To jest niebezpieczne dla Węgier, dla ich sąsiadów, ale także dla spójności całego naszego obszaru UE, co widać szczególnie ostro w kontekście kryzysu rosyjsko-ukraińskiego. Ale oczywiście kwestia narodowościowa to tylko jeden z powodów dominacji Fideszu. Drugi powód to totalna kompromitacja socjalistów Gyurcsany’ego, która skompromitowała też ich liberalnych koalicjantów, czyli całą liberalno-demokratyczną alternatywę dla tamtejszej nacjonalistycznej prawicy. Także populistyczna polityka jaką prowadzi Orban na krótką metę generuje społeczne poparcie. Opodatkowanie niektórych banków czy sieci handlowych, efektowne obniżki cen energii i gazu przed wyborami…

Jednocześnie zwalnianie z podatków dużych korporacji zagranicznych, szczególnie niemieckich. Pokazała to afera związana z ujawnieniem przez jednego z wysokich funkcjonariuszy węgierskiej skarbówki dokumentów świadczących, że te firmy – formalnie lub nieformalnie, ale prawdopodobnie za wiedzą rządu – unikają płacenia ogromnych podatków.

Populizm to właśnie jest hipokryzja. To nie jest polityka równa wobec wszystkich. Dokopujemy wybranemu przeciwnikowi w jakimś widowiskowym miejscu, a z drugiej strony, po cichu, zgadzamy się na bezsilność wobec najsilniejszych, z którymi musimy się przecież ułożyć. To było widoczne także w zachowaniu Węgier na forum UE. Ta polityka Orbana jest na pokaz, z jednej strony pręży muskuły, głównie na użytek wewnętrzny, z drugiej strony w bardzo wielu kwestiach – budżetu UE, polityki energetycznej – Węgrzy głosowali zgodnie z oczekiwaniami Niemiec. Polska usiłowała stworzyć stanowisko korzystne dla całej Europy Środkowej, Węgrzy początkowo byli w tej koalicji, ale jak otrzymywali „pod stołem” coś od Niemiec albo od Niemiec i Francji, natychmiast rezygnowali ze wspólnego frontu.

Broniliście jednak Orbana w europarlamencie jako członkowie EPP, Tusk bronił go na forum Rady Europejskiej. Podczas gdy PiS pohukiwał na temat „Budapesztu w Warszawie”, wy działaliście osłonowo w sposób efektywny. Właśnie dlatego Orban wymieniał Tuska, a nie Kaczyńskiego jako swojego sojusznika w UE, a jego posłowie pozostali w EPP, żeby korzystać z politycznej osłony waszej grupy. Teraz Orban niszczy europejską solidarność energetyczną, do której wzywa Tusk. Dystansuje się od stanowiska UE wobec Ukrainy, prowadzi dalej zabawy konstytucją jako narzędziem doraźnej dominacji partyjnej. Czy nie żałujecie waszej lojalności wobec niego?

Myśmy nie bronili Orbana za politykę, którą on prowadzi wobec banków czy sieci handlowych…

To by było zaskakujące biorąc pod uwagę wasze własne poglądy na gospodarkę.

Ani nie broniliśmy go za politykę związaną z obsadzaniem Trybunału Konstytucyjnego. Myśmy bronili Węgier przed czysto instrumentalnym wykorzystaniem ich przez europejską lewicę do rozgrywania zupełnie innego sporu. W Parlamencie Europejskim i Komisji były zamiary, żeby wykluczyć Węgry z prac Rady Europejskiej trochę na takiej zasadzie, jak była wykluczona Austria za czasów, kiedy w austriackim rządzie była Partia Wolności. Uważaliśmy, że działania realizowane wtedy – parę lat temu – na Węgrzech, choć czasami duchem odbiegają od standardów europejskich, to jednak znajdują się w gestii państwa członkowskiego, Węgrzy mają do nich prawo. Wtedy jeszcze z formalnego punktu widzenia nie można było powiedzieć, że Węgry łamią jakieś twarde zasady europejskie. My nie akceptując konkretnych decyzji Orbana uważaliśmy jednak, że nie możemy pokazywać Węgier palcem i prewencyjnie wyciągać konsekwencje, tak jak niektórzy chcieli, wobec państwa członkowskiego. To mogło stworzyć precedens niebezpieczny w skali całej UE.

Jednak „nie wskazany palcem” Orban oddala się dziś od polityki europejskiej i waszej. Co państwo mogą zrobić członkowie EPP i jako partia rządząca w Warszawie?

Musimy zdiagnozować moment, w którym jesteśmy, jeśli chodzi o Węgry. A są dziś w punkcie niebezpiecznym. Grają wraz z najbardziej konserwatywnymi siłami w UE przeciwko integracji europejskiej, chcieliby zakres kompetencji Unii ograniczyć, a to jest prosta droga do bliższego związania się z Rosją, gdyż w Europie, szczególnie środkowo-wschodniej, nie ma innej alternatywy. Orban dokonuje tego wyboru w różnych obszarach. Ogromny rosyjski kredyt na rozbudowę węgierskiej energetyki jądrowej, której Rosja będzie także dostarczać paliwa. Retoryka „obrony Węgrów”, „podnoszenia się z kolan”, odpowiadająca retoryce Putina i korzystająca z atmosfery niepokoju wywołanej przez rosyjskie działania wobec Ukrainy. My to już dzisiaj możemy zobaczyć i napiętnować. To już nie są wyłącznie niejasne wyobrażenia o „prawicowym zagrożeniu na Węgrzech”, które były raczej elementem ideowej gry pomiędzy lewicą i prawicą w Europie. Dzisiaj mamy do czynienia z konkretnymi działaniami węgierskich władz, które rzeczywiście wymagają krytyki i odpowiedzi.

Możemy powiedzieć, że Orban staje się piątą kolumną Putina w Unii Europejskich.

I co państwo mogą zrobić?

Oczywiście musimy pamiętać, że Orban ma demokratyczny mandat do prowadzenia tej polityki. Choć jednocześnie możemy już dzisiaj powiedzieć, że model demokracji węgierskiej odszedł od modelu europejskiego – liberalno-demokratycznego, demokracji konsensualnej z bezpiecznikami ciągłości instytucjonalnych czy praw mniejszości – do modelu demokracji już tylko proceduralnej, czyli dla ciągłości instytucji i praw jednostki niebezpiecznej. To co można zrobić i to co robimy, to po pierwsze, stały kontakt utrzymywany dwustronnie, pomiędzy Warszawą i Budapesztem, a także na forum europejskim. Perswadujemy Węgrom konieczność zachowania solidarności europejskiej i środkowoeuropejskiej. Pokazując zyski i straty. A po drugie, będziemy wykorzystywać wszystkie instrumenty polityki unijnej, aby tę solidarność egzekwować, choćby na minimalnym poziomie. Nasz zapas zaufania wobec Fideszu wynikał z tego, że swoją ewolucję ku populizmowi ta partia rozpoczynała z pozycji wolnościowych, liberalnych, będąc nawet na Węgrzech w jakimś sensie odpowiednikiem KL-D. Ale to już minęło. Dziś mamy do czynienia z zupełnie nową sytuacją, w której Węgrami rządzi partia populistyczna z silną nutą nacjonalizmu.

Krytykując dzisiejszą politykę Orbana powiedział pan, że szczególnie w Europie Środkowo-Wschodniej mamy wybór tylko pomiędzy głębszą integracją w ramach UE, a ciążeniem ku Rosji lub większą bezbronnością wobec rosyjskich nacisków. PO, szczególnie w kontekście wyborów europejskich, przedstawia się jako radykalna alternatywa wobec PiS. A jednocześnie premier nie podejmuje działań na rzecz głębszej integracji Polski w struktury UE czy zbliżania Polski do „rdzenia UE”, czyli strefy euro. W apogeum kryzysu ukraińskiego premier, a w ślad za nim minister finansów, powtórzyli, że euro to dla nich „kwestia ekonomiczna, a nie polityczna”. Zatem żadnej nowej strategii zbliżania Polski do euro nie będzie. Państwa rząd jest ostrożny wobec unii bankowej, sceptyczny wobec Karty Praw Podstawowych, niechętny opodatkowaniu transakcji finansowych. Premier kładzie nacisk wyłącznie na solidarność energetyczną Europy, co jest akurat zbliżone do stanowiska PiS. Ale czy można mieć „silną Unię” w jednym wygodnym dla nas aspekcie, kiedy nie budujemy jej na innych polach?

Zacznijmy od euro. Ja się zgadzam z premierem, że to jest kwestia ekonomiczna, a nie polityczna.

Widzieliśmy jak łatwo Niemcy i Francuzi oddali Krym. Fragmentu własnego banku, budżetu, waluty tak łatwo by nie oddali.

Ja się z panem nie zgodzę dlatego, że Rosjanie uderzają dziś również w Estonię należącą do strefy euro, używając – podobnie jak wobec Ukrainy – argumentu mniejszości rosyjskiej. Zgadzam się, że im więcej interesów, tym większe zainteresowanie Niemiec, a nawet Hiszpanii czy Portugalii tym, co się dzieje w państwach bałtyckich. Ale zagrożenie rosyjskie jest zagrożeniem w ostatecznej instancji militarnym. Nie kulturowym czy cywilizacyjnym, bo Ukraina kulturowo czy cywilizacyjnie przestała uważać Rosję za interesujący punkt odniesienia. Nie ekonomicznym nawet, bo choć Rosja może tu zadawać bolesne ciosy, nie jest biegunem ekonomicznym świata, nie jest prężnie rozwijającą się gospodarką. W ostateczności problem jest militarny. Oczywiście oni mają nad państwami regionu przewagę militarną, żeby z niej w miarę możliwości nie korzystać, ale mając tę przewagę militarną w Europie mogą wykorzystywać inne instrumenty zupełnie bezkarnie. I powiem brutalnie, wyobrażam sobie sytuację, w której Estonia – mimo że należy do euro – czy Finlandia, która też jest w strefie euro, a nie jest NATO, będą przez Rosję zagrożone. Strefa euro buduje wspólnotę interesów, zwiększa poczucie solidarności europejskiej, ale jeśli to nie jest potwierdzone gwarancjami militarnymi, wówczas można sobie doskonale wyobrazić sytuację, w której rdzeń strefy euro przechodzi do porządku nad stratą małych peryferyjnych członków w rodzaju Estonii czy Łotwy.

Polska byłaby nieporównanie większym fragmentem strefy euro. Ale jak rozumiem, waszym priorytetem jest dzisiaj wzmocnienie obecności NATO na Wschodzie Europy, a nie głębsza integracja z UE?

Akurat w kontekście kryzysu ukraińskiego NATO i jego gwarancje są ważniejsze od tego, czy jesteśmy w strefie euro. Dla mnie strefa euro jest ważna, jestem zwolennikiem przyszłego przyjęcia euro przez Polskę, ale z powodów gospodarczych. Jestem też za budowaniem nowego filaru integracji, unii bankowej, oczywiście sensownie wynegocjowanej, jeśli gwarancje polskich banków czy całego systemu finansowego będą tam gwarantowane. A wydaje mi się, że to co zostało już wynegocjowane przez ministra Serafina jest dobrą podstawą, żeby rozważać uczestnictwo Polski w unii bankowej, zanim jeszcze wejdziemy do euro.

Jeśli coś przestaje być priorytetem, a wiąże się z ryzykiem politycznym w kraju, można się z tym pożegnać.

Nie zgadzam się, że jesteśmy tutaj pasywni. Bierzemy np. udział w pracach, które mogą przesądzić o kierunku przyszłego rozwoju UE. Ja nieprzypadkowo zajmuję się w Komisji Handlu Międzynarodowego PE negocjacjami europejsko-amerykańskimi. Choć my w tej chwili negocjujemy wyłącznie układ o wolnym handlu, tak naprawdę będzie to uwspólnienie wielu standardów.

Tylko wciąż nie wiadomo, w którą stronę.

Będzie wzajemność w stosowaniu standardów europejskich i amerykańskich. I tworzenie mechanizmów budowania wspólnych standardów w obszarach, gdzie trzeba będzie zderzenie interesów twardo negocjować. Fakt że Polska jest w Europie, która się będzie dalej integrowała, a zarazem ta Europa będzie się integrowała ze Stanami Zjednoczonymi, to olbrzymia dla nas szansa. To winduje nas jako dziś szósty kraj w Europie, a w przyszłości siódmy kraj w bloku Unii i USA. Przy wszystkich polskich opóźnieniach, problemach i mając świadomość dużej różnicy skali pomiędzy Polską i paroma liderami tego przyszłego bloku, jednocześnie stwarza to ogromne możliwości dalszego rozwoju naszego kraju. A także jeszcze poważniejszej osłony naszego bezpieczeństwa – również ekonomicznego. Ja bym chciał, żeby integracja europejska została uzupełniona o wymiar integracji transatlantyckiej, bo to nas wzmocni, także wobec kryzysu, który mamy za wschodnią granicą. Wspólnota geopolityczna pomiędzy USA i Europą zachwiała się po Iraku, ale mogłaby teraz zostać wzmocniona już nie tylko w oparciu o NATO, ale też w oparciu o silniejszą wspólnotę ekonomiczną, a w przyszłości także standardów społecznych.

Nie do końca zintegrowaną Unię pchamy w globalizację. Na razie mamy jednak w Europie zamiast wizji ogromnych związanych z tym możliwości, jeszcze większy lęk. Kryzys finansowy, który zaczął się od nieregulowanych rynków finansowych USA, ale dotarł szybko do Europy, był takim „ciosem wibrującej pięści”. Unia się nie rozpadła, ale dopiero teraz lęk, przekonanie o bezradności instytucji europejskich wobec globalizacji – docierają do społeczeństw europejskich powodując poważne konsekwencje polityczne. Węgrom Unia przestała się wydawać atrakcyjnym modelem, ale przecież w samym rdzeniu UE też dzieje się źle. We Francji, Wielkiej Brytanii i Holandii antyeuropejska skrajna prawica walczy o pozycję lidera w wyborach do parlamentu europejskiego. Większość Francuzów uważa, że przynależność Francji do Unii szkodzi ich krajowi. W Grecji głosy protestu rozkładają się pomiędzy neonazistów i radykalną lewicę. Jak negocjować udział Europy w globalizacji, żeby się Unia politycznie nie rozleciała?

To prawda, że Unia straciła legitymację w oczach wielu europejczyków. Powodem był kryzys finansowy, to jasne, ale później przechodzimy do każdego kraju z osobna, gdzie owszem – może są podobieństwa pomiędzy Holandią i Francją w napięciach spowodowanych problemami z integracją imigrantów islamskich, ale nie ma podobieństw pomiędzy Holandią i Węgrami, gdzie źródła lęków są inne. Z kolei w Niemczech, na szczęście, nastroje antyeuropejskie są pod kontrolą. Głównie dlatego, że niemiecka gospodarka jest konkurencyjna, bo Niemcy pewne decyzje podjęli wcześniej, dogadali się między sobą, żeby obniżyć koszty produkcji, także koszty pracy.

Ale zachowali też przemysł, czasami metodami twardej polityki gospodarczej państwa. I mieli od początku zdrowszy system finansowy nastawiony na opiekę nad gospodarką realną, a nie wyprowadzający pieniądze na globalne rynki spekulacyjne – jak w Wielkiej Brytanii czy Francji.

Problemów poszczególnych państw – bardzo głębokich, czasem determinowanych kulturowo –  szybko się nie rozwiąże. Ale jest czynnik, który może doprowadzić do złagodzenia tych napięć, to jest kwestia globalnej koniunktury. I tę globalną koniunkturę, a także europejską koniunkturę, która jest od globalnej zależna, można poprawić poprzez racjonalną politykę budżetową. Co ma miejsce nawet w Grecji, a Irlandia czy Portugalia już wychodzą na prostą.

Czyli doczekać do powrotu koniunktury? Mając nadzieję, że nawet jeśli skrajna prawica urośnie w paru krajach, to i tak nie uzyska blokującej siły w Parlamencie Europejskim? To realistyczny scenariusz, ale nie odbuduje wiary Europejczyków w sprawczość UE.

Nie tylko doczekać, ale stymulować. Temu służą umowy o wolnym handlu nie tylko z USA, ale także na innych kierunkach. Każda z nich daje dodatkowy impuls do rozwoju gospodarczego. Oczekuje się, że samo podpisanie umowy o wolnym handlu z USA może zwiększyć PKB Europy o 0.4–0.5 procenta w skali każdego roku. Otwieranie się gospodarki europejskiej, ale jeszcze bardziej otwieranie się dla gospodarki europejskiej innych rynków przyspieszy wychodzenie z kryzysu. Jest umowa z Kanadą, rozpoczęliśmy negocjacje z Meksykiem, Malezją, wynegocjowany jest Singapur, na stole jest Wietnam. To są działania, które mogą w dość szybkim terminie zwiększyć popyt na europejskie towary.

Czyli raczej przyspieszenie globalizacji, niż próba zamknięcia się w „kryształowym pałacu”, którego ściany globalizacja już miażdży? Ale jak regulować w tej sytuacji zmianę modelu społecznego w Europie związaną z globalizacją? A to przecież ona generuje tryumfy populistów. Ona generuje lęk. Ona może przesądzić o rozpadzie Unii. Jak temu zapobiec? Jeszcze bardzo długo francuski czy brytyjski robotnik nie będzie „konkurencyjny” płacowo z robotnikiem z Wietnamu czy Bangladeszu, nawet jak się Francuzów czy Brytyjczyków pozbawi płacy minimalnej i ubezpieczeń społecznych. Państwo mogą podpisać te wszystkie układy o wolnym handlu, ale na zgliszczach Unii. Farage, Marine Le Pen, Wilders czy Orban będą potem reprezentować Europę w otwartej globalizacji – pod osłoną nacjonalistycznej retoryki całkowicie kapitulując przed jej najsilniejszymi gospodarczymi i politycznymi graczami.

Musimy się poruszać w ramach racjonalnej polityki, którą znamy. To znaczy tam, gdzie państwo socjalne było zbyt rozrośnięte i to na sposób absolutnie blokujący awans, mobilność społeczną, wypychając młode pokolenie z rynku pracy – trzeba to rozmontowywać, żeby rynek pracy mógł wchłonąć nowych pracowników, młodszych…

Na śmieciówkach, za cenę rezygnacji z płacy minimalnej i likwidacji obudowy socjalnej? Ja nawet nie pytam, czy jest alternatywa, ale pytam o to, czy jakakolwiek demokratyczna polityka to w Europie wytrzyma?

Możliwości korekty nie widzę, bo Europa jest już tak socjalna, że raczej cierpi z powodu niewydolności tego przerośniętego systemu, niż pozwala na obietnice, że ten system będzie można jeszcze bardziej rozbudować czy choćby utrzymać. Ja nie jestem po stronie rozbudowywania funkcji państwa socjalnego, ale zwiększania jego efektywności. Dlaczego Niemcy są w czołówce gospodarczej świata, dlaczego utrzymały swoją relatywnie bogatą politykę socjalną, a system działa i gospodarka się rozwija? Utrzymały system socjalny, bo obroniły przemysł. A przemysł obroniły, bo zachowały jego konkurencyjność dzięki uzgodnieniu – po wielu konfliktach, ale i dzięki zdolności zawierania kompromisów – że nie będzie podwyżek płac. Dynamika wzrostu płac była w Niemczech mniejsza, niż w wielu państwa Unii czy strefy euro. Na czele dynamiki płac przez wiele lat znajdowały się Hiszpania czy Grecja.

Efekt innej podstawy, punktu wyjścia.

Oczywiście że Niemcy byli bogatsi i można tam było łatwiej stłumić nadmierne oczekiwania płacowe. Ale w państwach aspirujących, dzięki euro stopa oprocentowania kredytu spadła – w niektórych przypadkach trzykrotnie – i wszystko poszło w kierunku realizacji konsumpcyjnych aspiracji obywateli tych państw. 

Jeśli otwieramy się na globalizację licząc na wzrost konkurencyjności wyłącznie w oparciu o duszenie kosztów pracy, to przy obecnych globalnych nierównościach żaden rynek pracy w Europie nie wytrzyma ostatecznie „konkurencji” z tanią siłą roboczą, już nawet nie z Chin, ale z Wietnamu, Bangladeszu, Birmy czy Etiopii. Jak politycznie nad tym zapanować, utrzymując model liberalnej demokracji europejskiej, a nie wprowadzając model polityczny chiński czy singapurski?

Jest wiele elementów, które decydują o konkurencyjności rynku europejskiego. Dlaczego Amerykanie są dzisiaj po raz pierwszy zainteresowane umową wzajemną? Dotychczas zawsze była zainteresowana Europa, Amerykanie odmawiali. Otóż uważają, że mają nad Europą przewagę konkurencyjną w dwóch obszarach. Cena siły roboczej i cena energii. Siła robocza, bo uprawnienia pracownicze w USA są stosunkowo niskie.

Europa to jest raczej marzenie amerykańskich związków zawodowych.

Jak rozmawiałem z szefem AFL-CIO, powiedział: „my jesteśmy zwolennikami umowy, bo jak wy ją będziecie negocjować dobrze, to nie będzie sytuacji jak z USA i Meksykiem, dokąd duża część amerykańskiego biznesu uciekła w poszukiwaniu taniej i niezorganizowanej siły roboczej. A dzięki układowi z wami będziemy w stanie uzyskać nie tylko inwestycje europejskie w USA, ale także jakąś część europejskiego systemu ochrony pracy i opieki społecznej”.

I będą w stanie uzyskać, skoro centroprawica w Europie uważa gwarancje socjalne i regulacje rynku pracy za przeszkodę, której się można pozbyć.

Ja uważam, że w naszym interesie jest wyrównywanie standardów jeśli chodzi o kwestie ochrony pracy pomiędzy USA i Europą. Wyrównywanie, które oznacza wzajemne ustępstwa, a nie po prostu rozpad systemu europejskiego pod naciskiem globalizacji.

W przypadku USA i Europy można sobie taką osmozę wyobrazić, bo jednak Stany Zjednoczone są bogate, co nawet przy sporych nierównościach społecznych przekłada się także na pensje pracowników. Ale w przypadku Afryki czy Azji? Wietnamu, Etiopii czy Bangladeszu?

Wszystkie umowy o wolnym handu, które negocjujemy zawierają rozdziały społeczne dotyczące ochrony pracy, ochrony środowiska, standardów pracy. Dopuszczenie Wietnamu czy Malezji do rynku europejskiego musi odpowiadać spełnieniu przez te kraje minimalnych choćby standardów ochrony pracy, ochrony środowiska.

Jak minimalnych?

W warunkach tamtych krajów to zakłada gigantyczną poprawę sytuacji pracowników. A jeśli chodzi o Europę, zmniejsza tę przepaść, sprawia że konkurencyjność nie jest budowana za cenę całkowitej likwidacji osłon europejskiego rynku pracy, co miałoby istotnie daleko idące polityczne konsekwencje. Zatem pierwszy typ działań ratujących Europę to regulowana globalizacja, oparta także na wyrównywaniu standardów. A druga rzecz to ceny energii. Dla wielu branż, np. chemicznej, to kwestia życia i śmieci. Jeżeli pan pyta, co UE może zrobić dla radykalnego przyspieszenia swojego rozwoju – to zmienić politykę energetyczną. Doprowadzić do tego, żeby ceny energii w Europie były konkurencyjne. Ja nie mówię, że w 100-procentach kosztem europejskiej polityki klimatycznej…

Ale priorytety europejskiej centroprawicy są inne niż polityka klimatyczna?

Jeśli utrzymamy w Europie politykę drogiej energii, przegramy. Z Amerykanami, ale też z resztą świata, bo cały idiotyzm polityki energetycznej UE polega na tym, że ona dotyczy wyłącznie UE.

Więc ją też globalizacja musi rozsadzić? Ale jednym z elementów polityki klimatycznej UE jest polityka niższej energochłonności naszej gospodarki. To jest kryterium dające się pogodzić z konkurencyjnością.

Tylko że niższą energochłonność możemy osiągnąć niekoniecznie poprzez windowanie cen energii. To można prowadzić niezależnie. Jako kolejne kryterium konkurencyjności, a nie jako element pakietu, który konkurencyjność Europy niszczy. Zatem globalizacja regulowana poprzez ujednolicanie standardów oraz odrzucenie samobójczej polityki windowania cen energii dla europejskiego przemysłu – tu są olbrzymie rezerwy gospodarki europejskiej. Konieczna jest tylko decyzja polityczna. Ona jest o tyle trudna, że nakłada się na różną sytuację takich krajów jak Wielka Brytania, Francja czy Niemcy, które swoje problemy rozwiązały w inny sposób niż reszta Europy. Ale każde z tych państw, nawet świetnie prosperujące Niemcy, w przypadku całkowitego otwarcia na konkurencję amerykańską też zaczynają mieć problemy. To musi wywołać zmianę europejskiej polityki energetycznej.

Paweł Zalewski – od 2009 roku poseł Platformy Obywatelskiej do Parlamentu Europejskiego. Współprzewodniczący Forum Polsko-Ukraińskiego Partnerstwa. Poseł na Sejm I, V i VI kadencji. Członek Komisji Handlu Międzynarodowego Parlamentu Europejskiego wchodzący w skład zespołu obserwującego m.in. rokowania ws. wolnego handlu pomiędzy UE, a Stanami Zjednoczonymi.

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Cezary Michalski
Cezary Michalski
Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej
Zamknij