UE

Kronika zapowiedzianego bankructwa

Bankructwu Grecji mogła zapobiec jeszcze w zeszłym tygodniu Angela Merkel. Nic takiego jednak nie nastąpiło.

W którymś momencie tego europejskiego lata grecki rząd ogłosi niewypłacalność swego zadłużenia w euro i podejmie próbę odejścia od wspólnej waluty. Stanie się tak nie dlatego, że ludzie tak chcą (choć niektórzy chcą faktycznie), ani nie dlatego, że taka polityka będzie najmądrzejsza (bo nie jest). Bankructwo i wyjście ze strefy euro nastąpią dlatego, że nie można ich powstrzymać.

Na taki rezultat pracowano ponad dekadę. Po nierównych osiągnięciach w latach 90. wzrost gospodarczy w zjednoczonych Niemczech w pierwszych pięciu latach rządów kanclerza Schrödera spadał. W odpowiedzi na ten spadek socjaldemokratyczny rząd wprowadził strategię wzrostu opartego na eksporcie. Jej podstawą było porozumienie ze związkami zawodowymi zakładające ograniczenie płac realnych, zmniejszenie ochrony pracowników umożliwiające niższe płace w niektórych sektorach rynku pracy, a także faktyczne subsydiowanie eksportu przez powiązane z nim bodźce podatkowe.  

Wzrost gospodarczy faktycznie nastąpił, przy czym 3/4 jego dodatkowej wartości wynikało właśnie ze wzrostu eksportu. Głównym czynnikiem wzrostu eksportu, także odpowiadającym za około 3/4 jego wartości, były jednostkowe koszty pracy, które albo spadały, albo rosły powoli. Jak można się było spodziewać, zmiana ta prawie w połowie wynikała ze zmian płac nominalnych. Prosta operacja mnożenia wykazuje, że za około 1/4 sukcesu niemieckiego wzrostu odpowiada polityka presji na wynagrodzenia (3/4 x 3/4 x 1/2 = 0,28 = 28 procent). Planowanym bądź nieplanowanym efektem zduszenia płac był wolny przyrost importu do Niemiec, co w rezultacie doprowadziło do zwiększenia nadwyżki bilansu handlowego.

Ponieważ większość tego eksportu trafiła do innych krajów członkowskich UE, niemiecka strategia wzrostu opartego na eksporcie z konieczności powodowała określony efekt importowy u niemieckich partnerów handlowych. W roku 2000 Niemcy miały dodatni bilans handlowy rzędu 6 mld dolarów, podczas gdy reszta krajów strefy euro miała łączną nadwyżkę wysokości 33 mld. Dwa lata później w obu przypadkach bilanse dodatnie wzrosły, odpowiednio o 92 i 77 miliardów.

Wtedy to niemiecka strategia wzrostu opartego na eksporcie ruszyła z kopyta. Do początku kryzysu finansowego w roku 2008 niemiecka nadwyżka handlowa wzrosła do 227 miliardów dolarów, podczas gdy bilans pozostałych spadł do minus 95 miliardów. Strategia wzrostu poprzez zubażanie sąsiadów przybrała swój naturalny kierunek.

Strategia wzrostu wprowadzona przez SPD, a kontynuowana z zapałem przez rząd koalicyjny Angeli Merkel, oznaczała kryzys euro in statu nascendi. Gdy uderzył kryzys finansowy, rosnąca nierównowaga handlowa z problemu zmieniła się w katastrofę. Przed końcem dekady jedyne pytanie dotyczyło już tylko tego, który kraj przyjmie na siebie pierwszy cios. Padło na Grecję, gdyż był to jedyny członek strefy euro o równocześnie dużym deficycie handlowym i budżetowym (ten drugi wynosił około 7 procent PKB w roku 2007, wzrastając do 10 w roku 2008 i 16 w 2009). Europejska katastrofa nadchodziła już wtedy wielkimi krokami, co kilka osób wówczas rozpoznało, ale, niczym Kasandra, zostali zlekceważeni. Dziś jedyna niepewność dotyczy tego, kiedy Grecja zostanie doprowadzona do bankructwa i zmuszona do opuszczenia strefy euro.

Kiedy w pierwszej połowie roku 2010 na horyzoncie pojawiło się widmo greckiej niewypłacalności, oczywistym rozwiązaniem krótkoterminowym było zawieszenie statutu Europejskiego Banku Centralnego bądź jego modyfikacja i wykupienie przez niego całego greckiego długu. Pozwoliłoby to uniknąć katastrofy poprzez ograniczenie wyznaczonych Grecji zadań do kwestii konkurencyjności handlowej. Triumwirat złożony z rządu niemieckiego, Komisji Europejskiej i Międzynarodowego Funduszu Walutowego zamiast tego zdecydował się wymusić politykę cięć, której wprowadzić nie byłby w stanie żaden rząd, a jeśli nawet by to zrobił, to straciłby możliwość obsługi zadłużenia publicznego. Odtąd greckie bankructwo i wyjście ze strefy euro były już tylko kwestią czasu.

Wysławszy spekulantom finansowym wyraźny sygnał, że nie będą bronić greckich obligacji, rząd niemiecki i Komisja Europejska, choć już nie MFW, wydawały się zaskoczone rozszerzeniem kryzysu na Włochy, Hiszpanię i Portugalię. To tzw. zarażenie spowodowało tylko usztywnienie dotychczasowej postawy Berlina i Brukseli (wspieranych przez popleczników z drugiego szeregu, jak Austria, Francja, Holandia czy Finlandia), zamiast skłonić do przemyślenia na nowo ich polityki.

Kiedy wybranemu w wyborach greckiemu rządowi nie udało się skutecznie wdrożyć niewykonalnych rozwiązań, został zastąpiony przez rząd niewybrany – był to pierwszy tego typu przypadek w Europie Zachodniej od czasów II wojny światowej. Nagrodą dla greckiego rządu za dwa lata pilnych starań o wdrożenie niewykonalnych cięć było załamanie gospodarcze i dług publiczny na skalę niemożliwą do opanowania. Zadłużenie, które w latach 2000–2008 wynosiło średnio 115 procent, wzrosło do 133 w roku 2009, 150 w roku 2010 i 165 w roku 2011.

Katastrofy dopełniło spotkanie G8 szczyt strefy euro, który odbył się w zesłym tygodniu. Niemiecka kanclerz potwierdziła jeszcze raz, że nie rozważy jedynego możliwego środka pozwalającego Grecji na uniknięcie bankructwa, to znaczy natychmiastowej redukcji długu poprzez jego „darowanie” albo radykalne rozłożenie spłaty w czasie. Spodziewając się już od dawna tej odmowy, największe banki całej Europy, a zwłaszcza Niemiec, przygotowały się na jej konsekwencje, przede wszystkim powiększając swoje rezerwy kapitałowe dzięki taniemu kredytowi z EBC. Do ironicznych aspektów nadchodzącego bankructwa Grecji należy fakt, że uruchomienie kredytu przez EBC, które oficjalnie miało zapobiec bankructwu, tak naprawdę mu sprzyja.

17 czerwca odbędą się w Grecji wybory. Kolejny rząd, jeśli uda się go sformować, ogłosi bankructwo (pod warunkiem że wierzyciele nie wymuszą go jeszcze przed głosowaniem). Jeżeli rząd stworzy lewica, spróbuje przeprowadzić operację bankructwa w sposób racjonalny. Jest jednak całkiem możliwe, że zagraniczni przywódcy, tacy jak David Cameron, do spółki z prasą finansową wywołają w greckich wyborcach lęk, który wystarczy, by do rządzenia wrócili starzy znajomi. Jeśli tak się stanie, bankructwo przebiegnie chaotycznie, ponieważ stara ekipa wciąż będzie kombinowała, jak obsłużyć dług publiczny pod czujnym okiem Berlina i Brukseli.

Rozsądna odpowiedź na grecką niewypłacalność w maju 2010 roku pozwoliłaby uniknąć bankructwa. Takiej możliwości nigdy jednak tak naprawdę nie stworzono. Wprowadzenie wspólnych euroobligacji jeszcze w połowie roku 2011 zakończyłoby kryzys strefy euro i sprowadziło grecki problem do zrównoważenia bilansu płatniczego (jakkolwiek na dużą skalę). Jeszcze w zeszłym tygodniu Angela Merkel mogła otworzyć spotkanie G8 dramatycznym oświadczeniem, że jej rząd w trybie natychmiastowym zagwarantuje spłatę greckiego zadłużenia, poprze wspólne euroobligacje i zwoła zgromadzenie szefów rządów UE w celu przyjęcia ekspansywnej polityki fiskalnej.

Nic takiego nie nastąpiło. Nie było zresztą powodów, by oczekiwać, że zostaną podjęte jakiekolwiek racjonalne kroki. Greckie bankructwo i wyjście tego kraju ze strefy euro to zapowiedziana katastrofa – co wydarzy się później, niech każdy zgadnie sam.

przeł. Michał Sutowski

John Weeks – ekonomista i emerytowany profesor Uniwersytetu Londyńskiego.

 

Tekst ukazał się na stronie Social Europe Journal.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.