UE

Gréau: Europa potrzebuje protekcjonizmu

Dlaczego nie dokonano prawdziwej diagnozy kryzysu, który zaczął się w 2007 roku?

Tuż po Wielkiej Recesji lat 2008 i 2009 w mediach zainicjowano debatę na temat użyteczności protekcjonizmu. Równie szybko ją zakończono. Wyznawcy „szczęśliwej globalizacji” (1) ogłosili po prostu, że polityka protekcjonistyczna byłaby „wsteczna i nie na czasie”.    

A przecież rzeczywistość pokryzysowa nie obfituje w sukcesy. Krótkie rozpogodzenie w 2009 roku nie przełożyło się na trwałe i wyraźne odbicie gospodarcze, o którym wszyscy marzyli. Już w 2011 roku Europa znowu stanęła w miejscu. Japonia ugrzęzła w kolejnym epizodzie deflacyjnym. Stany Zjednoczone nie zdołały zasypać przepaści stworzonej przez prawie dziewięć milionów zlikwidowanych miejsc pracy. BRICS-y, które miały przejąć pałeczkę silnego wzrostu, borykają się z trudnościami. Zaczynamy się zastanawiać nad możliwością kryzysu chińskiego, który stanowiłby ciąg dalszy kryzysu amerykańskiego i europejskiego.

Kryzys globalizacji

Błąd w ocenie popełniono na samym początku. Gwałtowny wstrząs, który zachwiał licznymi bankami zachodnimi (albo wręcz doprowadził do ich upadku), skupił uwagę świata na bardzo ryzykownych praktykach finansistów po obu stronach Atlantyku. Oczywiście były ku temu podstawy.

Wiemy, jak silna była obsesja szybkich zysków – to ona pchała banki i fundusze inwestycyjne do sięgania po złożone, niezrozumiałe, a przede wszystkim niebezpieczne produkty finansowe.

Ale te praktyki nie rozwinęłyby się na tak wielką skalę (od pierwszej dekady XXI wieku) bez świadomie prowadzonej polityki stymulowania rynku kredytów mieszkaniowych i konsumpcyjnych.   

Największą skalę ten eksperyment osiągnął w Stanów Zjednoczonych. To również przypadek amerykański przekonał nas, jakie są końcowe koszty. Mimo to chwilowe powodzenie polityki bezwarunkowego wspierania popytu, naśladowanej w wielu innych krajach – jak choćby Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Australii, Irlandii, Holandii czy na Węgrzech – z jednej strony pozwalało rządom głosić zasadność neoliberalizmu, a z drugiej umożliwiało ekonomistom zadekretowanie, że model otwartych gospodarek okazał się wielkim sukcesem.

Można stanowczo postawić tezę, że polityczni i gospodarczy włodarze Zachodu nie zdecydowali się na dokonanie prawdziwej diagnozy kryzysu, który zaczął się w 2007 roku właśnie dlatego, by nie trzeba było zmieniać wcześniej zaplanowanej trajektorii. Tymczasem ten kryzys uświadomił, jak istotne jest zjawisko deflacji płacowej, które już wcześniej doprowadzało – choć w ukryciu – do załamywania się popytu wewnętrznego w gospodarkach opierających się na wolnej wymianie.   

Istota deflacji płacowej jest oczywista: ludzka praca, niezależnie od tego, gdzie jest wykonywana, wynagradzana jest poniżej tego, na co zasługuje według kryteriów wydajności i jakości. Polityka stymulowania popytu różnymi środkami (przede wszystkim poprzez nakłanianie ludzi do zadłużania się) sprawiła, że przez długie lata skutki kompresji płac nie były odczuwalne (2). Jej konsekwencje pośrednio ujawniły się dopiero za sprawą kryzysu zadłużenia i kryzysu zachodniego systemu bankowego. Jednocześnie te kryzysy przesłoniły pierwotną przyczynę wstrząsu, czyli kompresję płac. W rezultacie ugrzęźliśmy w niekończącej się techniczno-moralnej debacie dotyczącej nowych regulacji sektora finansowego, które należałoby wprowadzić w życie, by zapobiec nawrotom kryzysu, natomiast kwestię jego najważniejszej i obiektywnej przyczyny starannie pomijamy.   

Jeśli prawdą jest – a tak właśnie sądzę – że harmonijny rozwój gospodarek jest skrępowany bądź zagrożony przez deflację płacową, to wynika z tego jednoznacznie, że dzisiejszy kryzys jest w swych głębokich pokładach kryzysem globalizacji. Ostatnie lata dowodzą, że znaleźliśmy się w ślepym zaułku. Niemożliwe jest budowanie trwałego wzrostu na lotnych piaskach konkurencji pomiędzy wszystkimi pracującymi na tej Ziemi.

Gdy kapitalizm wypiera się własnych korzeni

Przypomnieliśmy właśnie podstawową regułę umożliwiającą stabilny rozwój konkurencyjnych gospodarek: wzrost wydajności i jakości pracy musi się przekładać na wzrost płac. Krytyka kapitalizmu dokonana przez Marksa opierała się na twierdzeniu odwrotnym: jego zdaniem wyzysk ze strony zaślepionych posiadaczy kapitału miał się wciąż nasilać. Tyle że historia ekonomii rozprawiła się z marksistowskimi tezami. Realne płace zaczęły rosnąć jeszcze na długo przed okresem prosperity, tzw. „Trente Glorieuses”, czyli trzydziestu chwalebnych lat nieprzerwanego rozwoju po II wojnie światowej (3). Walka klas prowadzona w imię zbanalizowanych haseł   poprawy warunków życia pracowników przyspieszyła postęp. Po wojnie kraje zachodnie, nauczone doświadczeniem Wielkiej Depresji, zinstytucjonalizowały społeczno-gospodarcze mechanizmy regulacyjne. Doszło do nieznanego wcześniej połączenia walki klas ze współpracą klas – z wielką korzyścią dla gospodarek (4).

Tymczasem neoliberalny eksperyment przeprowadzany na Zachodzie od lat 80. opiera się na niepisanym założeniu, że wynagrodzenie za pracę jest zmienną losową, zależną jedynie od równowagi makroekonomicznej. Dowodzi tego dyskurs angielskich i amerykańskich ekonomistów, organizacji reprezentujących pracodawców a także władz banków centralnych. Kwestia wynagrodzenia za pracę nie pojawia się u nich nigdy, chyba że w sensie negatywnym – ich jedynym zmartwieniem jest proinflacyjny efekt wszelkich podwyżek płac (5), nic ponadto. Jeśli chodzi o dystrybucję dóbr między pracowników poszczególnych kategorii, zdają się tu na rynek pracy. Zaowocowało to pewną formą negacjonizmu ekonomicznego: przestało być czymś oczywistym, że popyt na pracę ze strony przedsiębiorstw zależy od popytu na produkty na rynku towarów i usług (6).

Zatrzymamy się tylko na chwilę przy dwu ściśle powiązanych ze sobą zjawiskach, które dały początek tej historycznej zmianie. Jest to po pierwsze, coraz większy wpływ wielkich giełdowych akcjonariuszy. Po drugie, granice coraz szerzej otwarte na przepływ towarów – bez względu na warunki, w jakich się je wytwarza. Uparte stosowanie zasady, że jedynym beneficjentem mają być akcjonariusze, osłabia narodowe systemy gospodarcze, zagrożonym przez nawracające kryzysy.  

  

Kryzysy te przywracają do życia marksistowskie schematy. Mimo to przedsiębiorstwa, nawoływane do działania jedynie dla dobra akcjonariuszy, uzyskały dzięki globalizacji nowe możliwości rozwojowe. I to na dwa sposoby: umiejscawianie firm na rynkach wschodzących pozwala zdobywać nowe rynki zbytu, a wykorzystywanie taniej siły roboczej tudzież tanich wykwalifikowanych kadr, windować w górę marże zysku.   

Oba te elementy globalizacji są tak naprawdę rozdzielne. Do tego stopnia, że powinno się je sobie przeciwstawiać. Zdobywanie nowych rynków zbytu to jedno, a oportunistyczna kalkulacja obliczona na obniżanie kosztów pracy za wszelką cenę to co innego. Tymczasem obie kwestie są z premedytacją podmieniane w propagandzie piewców globalizacji. Wciąż jest tam mowa jedynie o otwarciu: podejmijmy wyzwanie i wykorzystajmy możliwości, jakie stwarza nam globalizacja- oto slogan uporczywie powtarzany przez ekonomistów, media i polityków o neoliberalnych poglądach (słowem wszystkich).

Banalna, lecz kluczowa kwestia – czy umiejętności i talenty są nadal wynagradzane uczciwą płacą – jest dyskretnie usuwana w cień przez ideologicznie nacechowany, moralizatorski postulat otwarcia na innych.

Zdeterytorializowany kapitalizm, powstający systematycznie od 30 lat, odżegnuje się w ten sposób od zasad działania, które zapewniły sukces jego terytorialnemu poprzednikowi. Neguje również inne zasady założycielskie kapitalizmu. Czego przykładem są firmy Foxcomm oraz kompleks Rana Plaza.

Tajwańska spółka Foxcomm jest, jak wiadomo, wielkim podwykonawcą amerykańskiego przemysłu elektronicznego. Zbudowała wielkie centra produkcyjne w Chinach, gdzie korzysta z dostępu do pozbawionej jakiejkolwiek ochrony taniej siły roboczej, zdolnej sprostać niespodziewanym wzrostom popytu na produkty niezwykle podatne na wahania mody. Metody produkcji nie odbiegają tu od niewolnictwa. Jednak cynizm firmy Foxcomm i jej wielkich zleceniodawców, takich jak Apple, ma jeszcze jedno, być może ważniejsze oblicze: dochodzi tu do oddzielenia zleceniodawcy od fabrykanta. Produkty pomyślane są z góry w ten sposób, by niski koszt ich wytworzenia ograniczał ryzyko firmy-zleceniodawcy: inwestycja zamortyzuje się łatwo, ponieważ zakłada wykorzystanie niedrogiej siły roboczej. Nawet gdyby nowo wprowadzony na rynek produkt okazał się klapą, przedsiębiorstwo, które go wymyśliło i tak nie poniesie strat.   

Kompleks Rana Plaza stanowi inną ilustrację wynaturzeń zdeterytorializowanego kapitalizmu. To nazwa wielkiego budynku nieopodal Dhaki, w którym stłoczono robotników przemysłu tekstylnego, pracujących dla wielkich marek zachodnich w rodzaju H&M czy Zary. Zawalenie się tego budynku kosztowało życie 1100 osób. Rana Plaza stanowi oczywiste zaprzeczenie tego, co dotychczas nazywaliśmy    „fabryką”. Fabryka bowiem od początku tworzona była jako miejsce opierającej się na racjonalnych zasadach pracy. Pracodawca – będący również inwestorem – starał się w spójny sposób zarządzać wszelkimi parametrami produkcji: odbiorem i przetwarzaniem wwożonych materiałów takich jak surowce i części, transportem wewnętrznym (7), ogrzewaniem budynku czy weryfikacją jakości na końcowym etapie produkcji. Na dodatek fabryka zmieniała się, by coraz skuteczniej sprostać owym parametrom. Nawet przemysł odzieżowy, choć często opiera się on na dość ograniczonych inwestycjach, od początku podlegał tej ewolucji. Tymczasem Rana Plaza była jedynie zbiorowiskiem robotników i maszyn, bez żadnej racjonalnej organizacji pracy czy jakiejkolwiek troski o bezpieczeństwo.

Możemy więc sformułować tezę, że w swych najbardziej radykalnych formach zdeterytorializowany kapitalizm neguje swe historyczne podstawy, czyli podejmowanie ryzyka przez przedsiębiorstwo oraz jego akcjonariuszy połączone z pełną odpowiedzialnością za fizyczne inwestycje i wdrażanie pracy. Kapitalizm zdeterytorializowany ucieleśnia, poza oczywistym regresem społecznym, zasadniczy regres odpowiedzialności.

Jaki protekcjonizm?

Polityka protekcjonistyczna powinna stanowić odpowiedź na sprzeczności kapitalizmu pozbawionego terytorium. To polityka typu mieszanego (8), która w odróżnieniu od przybierającej coraz bardziej radykalne formy polityki wolnego handlu powinna łączyć otwarcie granic z ich zamknięciem. Wymienię kilka spośród jej elementów składowych.

Warunkiem wstępnym jest swoboda inwestycji o charakterze produkcyjnym. Każde    nieeuropejskie przedsiębiorstwo, które zechciałoby rozpocząć działalność na terytorium UE, by rozwijać tutaj swój know-how, powinno mieć możliwość to uczynić. Respektując, co rozumie się samo przez się, ustawowe regulacje obowiązujące na tym terytorium, zarówno społeczne jak i sanitarne czy chroniące środowisko (9).

Protekcjonizm musi – i nie chodzi tu o żaden paradoks – przyciągać zagranicznych inwestorów.

Protekcjonizm należy tak zdefiniować terytorialnie, by pokrywał się z wielkimi    blokami regionalnymi. Pierwotny Wspólny Rynek dowiódł żywotności otwartej przestrzeni handlowej, względnie szerokiej, lecz chroniącej a minima przedsiębiorstwa ówczesnej Europy Zachodniej. Zasada ta powinna być zastosowana ponownie, tym razem w rozszerzonych ramach dzisiejszej UE. Przyjmijmy, że na rynku UE koszty pracy mogą się wahać w proporcji jeden do trzech, ale nie większej (10).   

W miarę możliwości protekcjonizm musi być przedmiotem negocjacji. Zamiast powtarzać naszym zamorskim konkurentom, że podejmujemy wyzwanie wolnej wymiany, należy im oznajmić, iż gotowi jesteśmy podjąć z nimi każdorazowo rozmowy na temat warunków dostępu do rynków – w dobrze rozumianym interesie naszych społeczeństw (11). Ale dodając przy tym, że zastrzegamy sobie możliwość podejmowania jednostronnych działań.

Protekcjonizm musi się wreszcie opierać na katalogu towarów. To klasyczna procedura. Istnieją tysiące produktów, należących do setek sektorów i podsektorów. Trzeba, niezależnie od wszelkich innych racji, rozważyć objęcie ochroną wszelkich branż produkcji, w których    dobrze sobie radzimy. Moim zdaniem, należałoby zacząć od tego, co uznawane jest dziś za przyszłościowe gałęzie przemysłu: produkcji turbin wiatrowych, paneli słonecznych, ekranów dotykowych, oświetlenia ledowego. Każdy rozumie, że jest to jedynie pierwszy etap. Debata musi zacząć się na nowo, nie zważając na wściekłe wrzaski wyznawców globalizacji.

Jean-Luc Gréau francuski ekonomista, autor książek „La trahison des économistes“ (Zdrada ekonomistów; 2008) i La Grande Récession (Wielka recesja; 2012).

Przekład: Wojciech Prażuch

Angielska wersja tekstu ukazała się na łamach kwartalnika Aspen Review. 

Przypisy:

(1) Tak brzmi uświęcona formuła francuskiego eseisty Alaina Minca.

(2) Francja jest niewątpliwie jednym z ostatnich państw, gdzie praca jest wynagradzana stosownie do wydajności- ale za cenę masowego bezrobocia, którego nie sposób zwalczyć.

(3) Wzrost płac robotnika angielskiego rozpoczął się w 1840 roku.

(4)  Czasem ten wzrost był jednak przesadny – w latach 70., w okresie stagflacji, po raz pierwszy w historii tempo wzrostu wynagrodzeń przewyższyło tempo wzrostu wydajności.

(5) Protokoły posiedzeń rady polityki pieniężnej Rezerwy Federalnej, pokazują, że od czasu kryzysu 2008 jej członkowie ani przez chwilę nie zastanawiali się nad warunkami płacowymi.           

(6) Keynes zakładał, że popyt na pracę zaczyna być odczuwalny na rynku dóbr i usług.   

(7) Transport kolejowy narodził się w fabryce.

(8) Tak w teorii ekonomicznej definiuje się protekcjonizm – jako mieszaną politykę handlową.

(9) Zauważmy tu wielką zmianę w stosunku do schematu międzynarodowego podziału pracy wg Ricarda, schematu opartego na założeniu kompletnego braku mobilności środków produkcji. Przedsiębiorca u Ricarda nie rusza się ze swego pierwotnego terytorium.   

(10) W widełkach tych mieszczą się Polska czy Czechy, ale Bułgaria czy Rumunia już nie.

(11) Również ich społeczeństw, które mają prawo liczyć na szybką poprawę warunków społecznych.

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać