UE

Chcesz być elitą? Zacznij już w podstawówce!

Kwiecień w moim kraju to czas zapisywania dzieci do szkół podstawowych. W tym roku moje najstarsze dziecko kończy sześć lat, miałam więc zaszczyt doświadczyć całego tego procesu na własnej skórze – po raz pierwszy jako rodzic. I już czuję, że poniosłam porażkę.

Moje własne wspomnienia z dzieciństwa o tym, jak rodzicie zapisywali mnie do szkoły, są przy tym dość trywialne: wystarczyło rozpoznać kolory, poskładać do kupy kilka obrazków, powiedzieć wierszyk i mogłam spadać do domu. Tymczasem to, co robiłam z własną córką, przypominało raczej rekrutację do Mensy.

I wszystko było na punkty. Już samo pytanie „jak masz na imię?” w naszej rejonowej szkole miało egzaminacyjną podszewkę. Gdy dziecko nie odpowiedziało na nie od razu, wybrzmiała stanowcza odpowiedź: „Chcesz iść do szkoły, a nie znasz swojego imienia?”.

Przez całe życie w rozmowach z rodzicami i o rodzicach zawsze broniłam idei edukacji publicznej. Wierzę, że nie powinniśmy zamykać dzieci w elitarnych grupach, że musimy rozmawiać o przestarzałej publicznej edukacji, a nie uznawać po prostu, że skoro mamy kapitał, to nie będziemy sobie rąk brudzić, bo możemy uciec z dzieckiem do lepszych szkół.

Jednocześnie jednak jako rodzic jestem – jak wy – świadoma tego, co będzie ważne i korzystne dla mojego dziecka. Czy mam więc wysyłać córkę do publicznej szkoły, która zestresowała ją już przy zapisach? Tylko dlatego, że to „ideologicznie” słuszne?

Rodzicielskie metody wypychania dzieci do lepszych szkół są dość dobrze znane. O ile to możliwe, manipuluje się miejscem zamieszkania tak, aby dziecko znalazło się w naszym wymarzonym rejonie. Fakt, że często wypycha to z niego inne dzieci, które mają prawo się w nim uczyć i faktycznie mieszkają na tej ulicy, często rodziców już nie obchodzi. Inną opcją jest skorzystanie z bogatej oferty sektora prywatnego. Alternatywy edukacyjne stały się pożądanymi dobrami w ostatnich latach, a fakt, że wiele takich szkół bywa szarlatańskimi lub wręcz sekciarskimi przybytkami, nie jest chętnie poruszany. Tak samo jak fakt, że twoje dziecko już od szóstego roku życia będzie miało do czynienia wyłącznie z wyselekcjonowanym wyimkiem społeczeństwa. I można bezpiecznie założyć, że nie ulegnie to zmianie w przyszłości.

Sporo dyskutuje się o tym, jak niewydolny jest czeski system edukacji publicznej. Problem polega jednak na tym, że od samego mówienie niewiele się zmienia. Na koniec i tak wszystko spada na barki zaangażowanych rodziców, którzy nie boją się wejść w konfrontację ze szkołą. Ale czy naprawdę każdy z nas jest przygotowany na spędzanie długich godzin na negocjowaniu lepszych warunków dla swoich dzieci, często wbrew woli innych rodziców? Czy w ogóle można się zmagać z konserwatywną edukacją publiczną samą tylko sumą indywidualnych wysiłków? Do pewnego stopnia tak, ale pozostanie to mocno uzależnione tyle od naszego społecznego przywileju, ile od naddatku wolnego czasu i energii. A żadnej z tych rzeczy w późnym kapitalizmie nikt nie ma raczej w nadmiarze.

Nie karmimy piersią po to, żeby stare zboki mogły sobie popatrzeć

A więc aby rodzicie nie musieli już oszukiwać systemu, a dzieci mogły trafić do porządnej szkoły, konieczna jest reforma, która przyjdzie z góry. Będzie to trochę bolesne, ale to, co się dzieje teraz w czeskiej edukacji, jest dla większości zaangażowanych znacznie większym cierpieniem. I, co gorsza, prowadzi do podziału społeczeństwa na lepszych i gorszych już od szkoły podstawowej, a tego naprawdę nie potrzebujemy.

W tej sprawie zawsze będzie bowiem wisieć nad nami pytanie: czy możemy tak naprawdę kogokolwiek winić za to, że kombinuje, bo pragnie najlepszego dla swoich dzieci?

Wspólna opieka rodziców nad dzieckiem to ideał, na który zasługuje każda rodzina

**
Felieton ukazał się na łamach magazynu „SALON Práva”. Przełożył Sławek Blich.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.