Unia Europejska

Cohn-Bendit: Od związków z naturą do Europejskiej Partii Zielonych

Krótki kurs historii ekologii politycznej Daniela Cohn-Bendita.

Z ideami ekologizmu zetknąłem się dopiero około połowy lat 70., dzięki lekturze André Gorza, w szczególności jego artykułów publikowanych w „Le Nouvel Observateur” pod pseudonimem Michel Bosquet. Zachowałem w pamięci jeden z jego artykułów, który ukazał się w 1974 roku, na krótko przed oficjalnym objęciem urzędu prezydenckiego przez Giscarda. Był to pierwszy manifest ekologii politycznej, jaki kiedykolwiek przeczytałem. W tym samym czasie decydujący wpływ miała na mnie intensywna wymiana listów i myśli z Cornéliusem Castoriadisem, Claudem Lefortem i Edgarem Morinem. Sporo zawdzięczam Edgarowi Morinowi, jego wizji świata, spojrzeniu na złożoność naszych społeczeństw oraz oczywiście refleksji na temat ekologii i Europy. Właśnie podczas pobytu Morina w Kalifornii pod koniec lat 60. jego przyjaciele z Berkeley obudzili w nim świadomość ekologiczną. Od tamtej pory Edgar nie ustawał w pogłębianiu refleksji nad tą dziedziną, pragnąc opracować „nową politykę cywilizacji”, mającą skutkować „umieszczeniem człowieka na nowo w centrum polityki jako jej celu i środka oraz promocją dobrego życia w miejsce dobrobytu”. Nie pozostawało mi nic innego, jak tylko przyłączyć się do podobnego stanowiska […].

Moje pierwsze zaangażowanie w walkę ekologiczną zbiegło się w czasie z ożywieniem protestów antynuklearnych w Niemczech w drugiej połowie lat 70. Do zwarcia proekologicznych szeregów przystąpiono po drugiej stronie Renu później niż we Francji, gdzie pierwsze elektrownie atomowe powstawały w latach 60., zaś plan Messmera z 1974 roku w sposób niezwykle autorytatywny przyśpieszył ich budowę. Okres po Maju ’68 spędziłem we Frankfurcie. W tym czasie podtrzymywałem więzi z Francją, niemniej wilczy bilet, który dostałem, sprawił, że w większym stopniu włączyłem się w niemiecką debatę polityczną. Pozostawałem zatem na uboczu tego, co mogły oznaczać dla ekologii politycznej we Francji protest przeciwko rozbudowie obozu wojskowego w Larzac oraz kandydatura Dumonta w wyborach prezydenckich w 1974 roku. Z kolei począwszy od 1977 roku, czyli daty wielkiej międzynarodowej demonstracji przeciwko budowie generatora w Creys-Malville, podczas której jeden z uczestników został zabity przez siły porządkowe, coraz bardziej zacząłem angażować się w problematykę ekologiczną. Przemoc towarzysząca w tym okresie ruchowi antynuklearnemu wymusiła na nas rozszerzenie refleksji politycznej. Nie chodziło o wyrzeczenie się aktywizmu, lecz o rozwinięcie takich form obecności w przestrzeni publicznej, które pozwoliłyby nam utrzymać kontakt z resztą społeczeństwa.

Rok wcześniej współpracowałem przy zakładaniu we Frankfurcie alternatywnej gazety „Pflasterstrand”. Do 1984 roku pełniłem w niej obowiązki redaktora naczelnego. W tym samym czasie włączyłem się w walkę przeciwko powiększaniu międzynarodowego portu lotniczego we Frankfurcie. Wzorując się na anglosaskich ekoaktywistach, wielu z nas przywiązało się do drzew, zakładając prawdziwą wioskę pośród gałęzi pobliskiego lasu, któremu groziło zniszczenie. Pod koniec lat 70., kiedy pierwsze listy ekologiczne wystawiły kandydatów w wyborach lokalnych w Niemczech, Frankfurt, Berlin i Hamburg stanowiły silne enklawy kontestacji wolnościowo-ekologicznej. Lokalna scena alternatywna skupiała kilka tysięcy osób usiłujących eksperymentować z odmiennymi stylami życia i konsumpcji, poczynając od sprzedaży żywności ekologicznej, poprzez otwieranie licznych skłotów i samodzielnych centrów społecznych, aż po tworzenie całej sieci niewielkich, samodzielnie zarządzanych przedsiębiorstw.

W tym czasie przeprowadziliśmy we Frankfurcie wielką debatę wśród członków ruchu – zastanawialiśmy się nad zasadnością przyłączania się do właśnie powstającej partii Zielonych (Grünen). Ja byłem za, a Joschka Fischer przeciw.

Ruch był wciąż jeszcze mocno naznaczony dyskursem antyparlamentarnym. Obawiano się, że partię prędko dotkną te same atawizmy, które nękały pozostałe formacje polityczne.

W 1983 roku Zieloni weszli do Bundestagu, zdobywając 27 mandatów. Jeden z nich przypadł w udziale Joschce. Ten w końcu zapisał się do partii w 1982 roku. Mój wolnościowy opór przed angażowaniem się w politykę instytucjonalną sprawiał, że trzymałem się z dala od Zielonych, aż do momentu, kiedy przeszedłem metamorfozę, z ekologicznego wolnościowca stając się wolnościowym ekologiem. Wstąpiłem w szeregi tej partii, gdy odnosiła kolejne sukcesy, ale padała ofiarą ostrych podziałów między „fundamentalistami” (Fundis) a „realistami” (Realos). Zgodnie z naszymi preferencjami Joschka i ja zaangażowaliśmy się po stronie Realos. Nie bez ironii opublikowaliśmy manifest zatytułowany Für eine Realpolitik (Ku Realpolitik). Walczyliśmy też aktywnie o to, aby Zieloni zbudowali w parlamencie Hesji koalicję z SPD. „Realistyczna” strategia Zielonych zapewniła niemieckim działaczom ekologicznym znaczące sukcesy wyborcze (8,3% i 42 mandaty w 1987 roku; 7,3% i 49 mandatów w 1994 roku; 8,6% i 55 mandatów w 2000 roku), czyniąc z nich najbardziej wpływową spośród partii ekologicznych w Europie. W latach 1998–2005 utworzyliśmy na poziomie federalnym koalicyjny rząd z socjaldemokratami, otrzymując w nim kilka kluczowych resortów.

O ile byłem przychylnie nastawiony do obecności Zielonych w koalicji rządzącej (naturalnie zgodnie z naszymi wstępnymi ustaleniami dotyczącymi programu, jaki miał być realizowany przez obu koalicjantów), o tyle w związku z moim wolnościowym duchem zawsze odczuwałem silne obawy na myśl o osobistym udziale w sprawowaniu władzy. Nigdy nie zostałbym ministrem i nigdy też nie pragnąłem nim zostać. Jedyny wyjątek od zasady nieangażowania się w pełnienie funkcji w obrębie władzy wykonawczej dotyczył szczebla lokalnego, i to szczególnego rodzaju mandatu, to znaczy doradcy burmistrza odpowiedzialnego za politykę wielokulturowości we Frankfurcie w latach 1989–1994. Mam nadzieję, że należycie wywiązałem się z powierzonego zadania, w pełni poświęcając się sprawie moim zdaniem ściśle związanej z poważnym podejściem do ekologii politycznej. Dopiero w 1994 roku, gdy dobiegałem pięćdziesiątki i miałem już za sobą dość długą karierę polityczną, zgodziłem się wziąć udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, startując z listy Zielonych. Zostałem wybrany, później po raz kolejny udało mi się uzyskać mandat w 1999 roku, tym razem z listy Zielonych francuskich. Ciąg dalszy, aż do dnia dzisiejszego, jest już lepiej znany opinii publicznej. […]


O ile początki ekologii naukowej sięgają drugiej połowy XIX wieku, jej obecność w polityce ma znacznie krótszą historię, liczącą około czterdziestu, pięćdziesięciu lat.

Należy przypomnieć, że pierwsze publiczne przejawy świadomości ekologicznej z końca lat 50. i początku 60. nie miały przybrać postaci kultury „lewicowej” ani też kultury dającej się zaszufladkować jako „progresywna”. Dowodzi tego nieprzerwane istnienie grup politycznych, oczywiście całkowicie niszowych, powołujących się na ekologię, a przy tym rozwijających bardzo konserwatywne – niekiedy wręcz otwarcie reakcyjne – tezy dotyczące polityki, społeczeństwa, kultury.

Pierwsze ważne inicjatywy na rzecz ochrony środowiska i zakładania wielkich parków naturalnych w Ameryce Północnej (nurt znany jako „konserwacjonizm”) opierały się początkowo na często niejasnym wyobrażeniu na temat relacji człowieka z naturą i dziczą (wilderness). Wielu Amerykanów po dziś dzień czuje różnicę między naturą wymagającą ochrony a dzikością, nad którą człowiek ma zapanować – doskonałą tego ilustrację stanowi film Johna Boormana Wybawienie z 1972 roku.

Nieco później, również w Stanach Zjednoczonych, na przedmieściach wielkich miast zaczęły rodzić się lokalne inicjatywy skierowane przeciwko budowie instalacji przemysłowych oraz infrastruktury zanieczyszczającej środowisko i szkodliwej dla miejscowej ludności. Znane jako NIMBY (akronim od Not in my backyard; „Nie w moim ogródku”) – akcje te stanowiły wyraz nieśmiałej i doraźnej świadomości ekologicznej, nierzadko ograniczającej się do sfery prywatnych interesów osób mieszkających w pobliżu powstających budowli. Chodziło nie tyle o krytykę niekontrolowanej polityki rozwoju przemysłu i miast, ile o postulat zlokalizowania szkodliwej dla ludzi i środowiska infrastruktury w innej części kraju. Wzrost liczby lokalnych protestów na obszarze całego kraju przyczynił się również do nawiązania wzajemnych kontaktów oraz umocnienia solidarności między rozproszonymi i specyficznymi grupami kontestatorów, nabierającymi stopniowo pełniejszej i bardziej rozwiniętej świadomości ekologiczno-politycznej. Dzięki poparciu naukowców, będących uprzywilejowanymi obserwatorami szkodliwych następstw niepohamowanego wzrostu gospodarczego, mógł powstać złożony z aktywnych obywateli silny nurt obrońców środowiska, który nadał ekologii bardziej polityczne znaczenie.

Prawdziwe narodziny ekologii politycznej miały jednak w moim odczuciu dopiero nastąpić. W Stanach Zjednoczonych dokonało się to w drugiej połowie lat 60., w Europie zaś na początku lat 70., na skutek zetknięcia się ideologii ekologicznej z nowo powstałymi ruchami na rzecz praw i wolności, zrodzonymi w kampusach z ducha rewolt studenckich. Początkowo ekologia jawiła się jako ubogi krewny na tle imponującej fali protestów, choć przypadło jej w udziale zadanie odegrania kilku mocniejszych akordów w rewolucyjnym szaleństwie, na przykład podczas okupacji Uniwersytetu Columbia w 1968 roku czy stworzenia People’s Park w Berkeley w 1969 roku.

Rewolucyjny dyskurs i marksizujący ton, charakterystyczne dla tamtej epoki, jeśli w ogóle brały pod uwagę kwestię ekologiczną, uznawały ją za drugoplanową. Pośpieszny rozpad goszyzmu i stopniowe ukształtowanie się ekologicznej refleksji politycznej z prawdziwego zdarzenia – zwłaszcza pod wpływem teoretyków wywodzących się z radykalnej lewicy amerykańskiej, jak Murray Bookchin, założyciel ekologii społecznej – miały w latach 70. umożliwić przerzucenie mostów między feminizmem, walką o prawa mniejszości i ludności autochtonicznej, regionalizmem, pacyfizmem a doktryną samorządności. Ekologia polityczna jako forum tego, co Alain Touraine nazwał nowymi ruchami społecznymi, przybrała – za sprawą praktyk aktywistów, realizowanych na marginesie tradycyjnych formacji politycznych – postać swoiście pojętego ruchu, co zbliżyło ją do nurtu alternatywnego rozwijającego się zwłaszcza we Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz Belgii. Masowy zwrot ku pokojowej akcji bezpośredniej, nieposłuszeństwu obywatelskiemu, biernemu oporowi, guerilli prawnej czy bojkotowi można interpretować jako przejaw pragmatyzmu i troski o skuteczność w obliczu ówczesnej blokady systemu politycznego.

Dynamika ruchu uległa nagłemu przyśpieszeniu za sprawą reakcji sporej części społeczeństwa na dość szaleńcze plany budowy elektrowni atomowych w większości krajów rozwiniętych.

Elektrownie te miały na trwałe zabezpieczyć te kraje przed skutkami kolejnego szoku naftowego i kryzysu energetycznego. Walka z użytkowaniem energii atomowej dla celów cywilnych odgrywała i wciąż odgrywa rolę siły napędowej różnego rodzaju inicjatyw ekologicznych. Poważny wypadek, do którego doszło w Three Mile Island w Stanach Zjednoczonych w 1979 roku, a przede wszystkim katastrofa w Czarnobylu na Ukrainie w 1986 roku, stanowiły smutne potwierdzenie obaw wiązanych z tym sposobem produkowania energii elektrycznej. Wciąż nierozwiązana pozostaje kwestia długoterminowego przetwarzania odpadów, stanowiącego największe zagrożenie dla środowiska. Poza problemem rozprzestrzeniania cywilnej energii jądrowej i groźbą, jaką stanowi dla bezpieczeństwa światowego, z całą pewnością nie należy lekceważyć znaczenia przypisywanego przez ekologów następującym kwestiom: pojawiające się ciągle plamy oleju wskutek transportowania drogą morską milionów ton ropy naftowej, uświadomienie sobie postępującej degradacji warstwy ozonowej oraz rozwoju zjawiska kwaśnych deszczów w latach 80. XX wieku, a także znaczących skutków wylesiania planety w latach 90., zaś z problemów bardziej nam współczesnych – wpływ industrializacji i nadmiernego zużycia energii na zmiany klimatyczne.

Tym samym i równolegle z zyskującymi na popularności od lat 70. wzmożonymi działaniami ekologów w terenie pojawiły się nowe formy inicjatyw – być może w mniejszym stopniu upolitycznione, ale za to lepiej zorganizowane – takie jak wielkie stowarzyszenia i pozarządowe organizacje ekologiczne. Greenpeace, założona w Vancouver w 1970 roku, jest zapewne najbardziej znana, ale samo zjawisko zaczęło w ciągu ostatnich trzydziestu lat zataczać coraz szersze kręgi, w szczególności w krajach, w których partie ekologiczne mają trudności ze zdobyciem znaczącego poparcia wyborczego. Nie rezygnując z dość spektakularnych form aktywności, wielkie stowarzyszenia i ekologiczne organizacje pozarządowe zdołały – dzięki swemu dynamizmowi i docenieniu ich użyteczności publicznej – zgromadzić spore środki materialne, przeznaczane na ekspertyzy i kontrekspertyzy, a także przysparzające im zainteresowania ze strony dziesiątków tysięcy obywateli. O ile cel ich działania – ochrona środowiska – jest natury czysto politycznej, o tyle ich pozycja instytucjonalna powstrzymuje je przed zajmowaniem stanowiska na wyborczej szachownicy.

Tym samym dotarłem do trzeciego filaru ekologii politycznej, na który składają się partie ekologiczne. Zaznaczyły one swą obecność na scenie publicznej nieco później. Jeśli pominąć przypadek kandydatury René Dumonta w wyborach prezydenckich we Francji w 1974 roku, dopiero od połowy lat 70. XX wieku (i to wyłącznie na szczeblu lokalnym) w różnych krajach europejskich zaczęły pojawiać się listy odwołujące się do ekologii. Pierwsze zwycięstwa w wyborach miejskich czy regionalnych ekolodzy zawdzięczali ostrej kontrze wobec istniejących władz, ich deputowani zaś nie wchodzili w koalicje z tradycyjnymi partiami opozycji. Na początku lat 80. formacje ekologiczne postanowiły wziąć udział w wyborach szczebla krajowego. W Belgii Agalev i Ecolo zdobyły w 1981 roku pięć miejsc w parlamencie. W roku 1983, dwanaście miesięcy po kongresie założycielskim, niemiecka partia Zielonych weszła do Bundestagu.

Powstające wówczas partie ekologiczne kreowały się na partie „antysystemowe” i mocno przenikał je duch ruchu społecznego.

We Francji dopiero w 1984 roku Zieloni stali się narodową siłą polityczną, skupiającą w swych szeregach wiele organizacji o ugruntowanej pozycji w regionach. Doświadczona ścisłymi związkami z ruchami społecznymi – powstałymi na fali wydarzeń 1968 roku – większość partii Zielonych nie ociągała się z zawieraniem porozumień wyborczych z pozostałymi partiami lewicy. Na progu nowego tysiąclecia kilka spośród tych formacji zdołało dzięki sukcesom wyborczym i sojuszom politycznym wejść w skład rządów narodowych (w Finlandii w 1995 roku, we Włoszech w 1996, we Francji w 1997, w Niemczech w 1998, w Belgii w 1999). Należy natomiast przyznać, że po 2001 roku wiele spośród tych partii doznało wyborczych niepowodzeń. W Stanach Zjednoczonych po pierwszym przełomie wyborczym z udziałem Ralpha Nadera jako kandydata w wyborach prezydenckich w 2000 roku Green Party poniosła porażkę, ponieważ sporo wpływowych stowarzyszeń ochrony środowiska wycofało swe poparcie dla niej.

O ile udział Zielonych w niektórych rządach bez wątpienia umożliwił przyjęcie nowego ustawodawstwa chroniącego środowisko naturalne oraz nowego dorobku prawnego w dziedzinie ekologii i polityki, zwłaszcza moratorium nuklearnego wynegocjowanego przez niemiecką partię Zielonych (na jego mocy w ciągu trzydziestu lat Niemcy stopniowo wycofają się z produkcji energii atomowej), o tyle ogólny bilans działalności partii ekologicznych wciąż wydaje się niewystarczający. Przyczyny tej sytuacji są moim zdaniem dwie. Byłoby nie na miejscu, gdybym krytykował logikę partyjną sporej części ugrupowań ekologicznych, skoro krajowe partie Zielonych są jedynymi organizacjami ekologicznymi mającymi naprawdę rozległą wizję ekologii i usiłującymi w swym podejściu łączyć zagadnienia ekonomiczne, społeczne, dyplomatyczne, instytucjonalne i kulturalne. W pełni wpisują się w demokratyczne reguły gry, poddając się regularnie pod osąd wyborców. Wydaje mi się, że w miarę upływu czasu związki tych partii z innymi ekologicznymi aktorami społeczeństwa obywatelskiego uległy rozszerzeniu. Znajdujemy się bowiem w takim momencie, w którym bardziej niż kiedykolwiek potrzeba nam porozumienia, by móc korzystać ze wspólnego wysiłku. Całe mnóstwo inicjatyw działaczy terenowych, wielkich stowarzyszeń i organizacji pozarządowych zajmujących się ochroną środowiska, a także zielonych formacji politycznych realizowanych jest w oderwaniu od reszty.

Drugi mankament współczesnej ekologii politycznej wynika z braku prawdziwej zdolności działania w przestrzeni ponadnarodowej. Potrzeba ta jest w Europie tym większa, im bardziej postępująca fragmentaryzacja narodowej sceny politycznej nie odpowiada rzeczywistości kontynentalnej, a nawet międzykontynentalnej, ani też problemom, przed jakimi stoimy. W 2002 roku, po wielu latach starań, udało nam się wreszcie założyć Europejską Partię Zielonych skupiającą wszystkie partie Zielonych z krajów Unii Europejskiej. W 2009 roku wzięliśmy udział w wyborach europejskich poprzedzonych spójną i jednolitą kampanią partii Zielonych, a zwłaszcza manifestem określającym cele naszego działania w Parlamencie Europejskim. […] Nawet jeśli w tzw. kwestiach europejskich oraz związanych z ochroną środowiska i wolnościami obywatelskimi wyprzedzamy pozostałe formacje polityczne, wciąż jeszcze czeka nas sporo pracy. Niekiedy złoszczę się na myśl o niektórych spośród mych przyjaciół politycznych, którzy – przez zaniedbanie albo w zgodzie z obraną taktyką polityczną – po prostu czekają, nie bacząc na pilną potrzebę przygotowania nas do działań także w innych sferach.

Wreszcie, działalność proekologiczna napotyka różnego rodzaju utrudnienia. W społeczeństwie równie złożonym jak nasze realizacja skutecznej polityki w dziedzinie ochrony środowiska jest często kwestią delikatną, wymaga trudnych nieraz wyborów między propozycjami wywodzącymi się – choć w różnym stopniu – z tego samego źródła. Projekt rozbudowy sieci TGV często natrafiał na sprzeciw ze strony stowarzyszeń obrońców środowiska krytykujących jego trasę, wpływ na przyrodę i krajobraz, zaś niektóre ruchy ekologiczne oceniały ten rodzaj transportu jako zasługujący na wyraźne poparcie jako alternatywa dla autostrad czy ruchu lotniczego. Tak w ogóle ideał ekologiczny polegałby naturalnie na znaczącym ograniczeniu nadmiernego natężenia transportu, generowanego przez współczesny styl życia, jednak radykalizm zaklęć niektórych ekologów w tej dziedzinie może z łatwością skręcić ku dogmatyzmowi i wywołać groźne konsekwencje społeczne z powodu nieprzygotowania gruntu pod nową sytuację. Tym samym wracamy do tego, co rozumiem przez wymóg radykalnego reformizmu i rozległej wizji ekologii politycznej, inicjującej demokratyczną debatę, której celem byłaby definicja najlepszych z możliwych kompromisów w tych delikatnych kwestiach.

Jest to fragment książki Co robić? Mały traktat o wyobraźni politycznej na użytek Europjeczyków, wydanej przez Wydawnictwo Krytyki Politycznej.

***

Serwis >>WYBORY EUROPY jest współfinansowany ze środków Ministerstwa Spraw Zagranicznych

 


__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Zamknij