Świat

Shehadeh: Dziennik czasu okupacji

Próbowaliśmy nakłonić kelnerów do mówienia po arabsku, ale ci uparcie odpowiadali nam po angielsku.

20 czerwca 2010

Niedługo po przejęciu w 1996 roku kontroli nad Ramallah przez Autonomię Palestyńską nowy burmistrz mianowany przez Arafata postanowił oczyścić witryny sklepów metodą piaskowania i usunąć graffiti z murów budynków. Była to mile widziana odmiana dla miasta, którego fasady pokrywały dowody nadmiernej gorliwości różnych palestyńskich ugrupowań. Problem w tym, że operację czyszczenia przeprowadzono bez zachowania środków bezpieczeństwa. Frontów piaskowanych budynków nie przykryto ochronnym płachtami i w rezultacie chmury dymu zanieczyszczały powietrze, co utrudniało oddychanie, a wszystko pokryła warstewka szarego proszku. Wydawało się, że czyszczenie przeprowadzano po to, by upiększyć to miejsce nie ze względu na jego mieszkańców, lecz kogoś innego, na kim nowy burmistrz pragnął zrobić wrażenie. Tylko kogo?

Dzisiaj w drodze przez miasto widziałem z samochodu ogromne plakaty reklamujące pożyczki bankowe i ogłaszające projekty USAID [Amerykańska Agencja ds. Rozwoju Międzynarodowego – przyp. tłum.] jako inicjatywy, które zapewniają nowe życie: „To, co sobie wymarzysz, nie ma granic” – przekonują nas. Przedtem nie mieliśmy tych billboardów, które teraz dominują na naszym niebie, zachęcając nas do pożyczania, kupowania i snucia marzeń, byle nie o podróżowaniu poza granice naszego małego miasta i bez zatrzymywania przez armię okupanta. Przed tym pozornym pokojem nie mieliśmy możliwości zaciągnięcia kredytu. Teraz banki zdominowały nasze życie, tak jak ich billboardy zdominowały nasze niebo. Przed porozumieniami z Oslo nie było tutaj żadnego z tych banków – Izrael na to nie pozwalał. Mieliśmy jedynie filie trzech głównych izraelskich banków, z bardzo ograniczoną ofertą kredytową. Zwinęły działalność z chwilą, gdy izraelska armia ewakuowała się z największych miast. Oferowane obecnie hojnie kredyty hipoteczne sprawiły, że wzmogła się znacząco aktywność budowlana w mieście.

W rozwoju i rozbudowie nie ma z natury nic złego; sprzeciw budzi raczej sposób, w jaki rozbudowa jest realizowana. Wydaje się postępować w rozpaczliwym szale. Najważniejsze to doprowadzić do rozpoczęcia prac, bez względu na to, jak wpłynie to na jakość życia i zdrowie okolicznych mieszkańców. Na chodnikach lądują kopce piachu, który wysypuje się na ulice, choć to przecież przestrzeń publiczna. Nikt nie próbuje nawet zmienić tego stanu rzeczy, więc gdy powieje wiatr, wszystko pokrywa się warstwą piasku i cementu. W trakcie budowy nie korzysta się z rusztowań ani nakryć ochronnych, dlatego nieustannie słychać hałas młotów pneumatycznych, koparek, betoniarek i potężnych ciężarówek, a w powietrzu unosi się coraz więcej pyłu.

Wszystko to jest częścią programu opracowanego przez fundatorów z Europy i USA – strategii zapobiegania rebeliom nie tak znowu różnej od tej zastosowanej w Irlandii Północnej. Jego celem jest tworzenie miejsc pracy, aby odwrócić uwagę ludzi od sytuacji politycznej i sprawić, że mając większy udział w rozwoju gospodarczym, dojdą do wniosku, że strajki czy próby stawiania oporu mogą im tylko zaszkodzić. To coś w rodzaju amortyzatora wstrząsów. Skoro zdało to egzamin w Irlandii Północnej – myśli Blair – czemu nie miałoby sprawdzić się w Palestynie?

9 lipca 2010

Przy kolacji w jednej z nowo otwartych restauracji w Ramallah, gdzie poszliśmy wczoraj, zauważyliśmy znajomą w niezwykle efektownej sukience, która musiała kosztować majątek. Restauracja ma dobrze zaprojektowany ogródek, ale jej klimat nie przypadł mi do gustu. Martwi mnie klasa młodych przedsiębiorczych ludzi, którzy żyją w naszej „bańce” z bardzo niepokojącym przeświadczeniem o tym, co decyduje o byciu modnym. Jeden znajomy chwalił się drugiemu, że wszędzie, gdzie wyjeżdża, korzysta z zabiegów kosmetycznych. Zawsze. Z kolei wiele kobiet (niewykluczone, że mężczyzn także) przyjmuje zastrzyki z botoksu. Ta ma powiększone usta, tamta kształtniejszy nos albo bardziej wydęte policzki – istna groteska.

Jedzenie w restauracji było poślednie, choć czyniono wszelki możliwy werbalny wysiłek, by je dobrze zareklamować i zaprezentować, rzecz jasna po angielsku. W menu znaleźliśmy na przykład Spanish ravioli. Sałatka tabule, tradycyjnie najpyszniejsza z oliwą i cytryną, była doprawiona ni mniej, ni więcej tylko sosem ananasowym.

Gdy jedliśmy, podeszła do nas dziewczyna z kartonikami w dłoni i zapytała, kto według nas wygra mecz piłki nożnej transmitowany na wielkim ekranie telewizyjnym. Powiedziała, że wylosują jedną z kart, a zwycięzca „dostanie kieliszek”. Nie umiała sprecyzować, czego. Próbowaliśmy nakłonić kelnerów do mówienia po arabsku, ale ci uparcie odpowiadali nam po angielsku. Było to dość kuriozalne.

Autonomia Palestyńska – tj. Fatah – odwołała planowane na lipiec wybory do władz miejskich. Partia nie była w stanie się zorganizować i groziła jej porażka. Inni kandydaci potrafili zawrzeć silne sojusze i koalicje, i mieli większe szanse. Fatah nie chciał, by wyszło na jaw, jak bardzo jest niepopularny.

[…]

21 lipca 2010

Przed chwilą wróciłem ze spektaklu tanecznego zorganizowanego przez Popular Art Centre w nowym Pałacu Kultury w Ramallah. Przy wejściu rozdawano ulotki informacyjne na temat niedoboru wody na Zachodnim Brzegu, a sam spektakl miał na celu uwrażliwienie odbiorców na ten problem. Spóźniłem się na powitalne przemówienia, ale słyszałem, że organizatorzy zafundowali bezpłatne wejściówki rodzinom więźniów politycznych. Naturalnie, duża część pieśni i tańców dotyczyła oporu wobec okupacji albo propagowała solidarność. Ogólnie biorąc, przedstawienie było pełne werwy, a tancerze całkiem nieźli. Próbowałem sobie wyobrazić, co sądzą o nim rodziny więźniów i doszedłem do wniosku, że to genialny pomysł, traktować taniec jako narzędzie walki, jak czyni to Popular Art Centre. Taniec ma w sobie coś asertywnego, a zarazem podnoszącego na duchu, i jest nam niesłychanie potrzebny w tych dramatycznych czasach.

Gdy przyglądałem się swobodnej, naturalnej interakcji między młodymi mężczyznami i kobietami, nie mogłem oprzeć się myśli, że wyrosłem na strasznego outsidera i już nim pozostałem. No i jeszcze to kłopotliwe przekonanie o własnej wielkości, które moi rodzice przywieźli z sobą z Jafy, gdy nie było już szans na odtworzenie tamtego życia. Czy nie lepiej było się zintegrować, zamiast trwać na pozycji uprzywilejowanego outsidera – wyniosłego i pełnego dystansu?

W Ramallah kwitnie życie nocne, odkąd izraelskie dżipy przestały po zmroku siać postrach na ulicach i nie powstrzymują nas od wychodzenia z domu. Zauważalna obecność policji palestyńskiej powoduje, że nagabywanie na ulicy przez uzbrojonych cywilów jest równie mało prawdopodobne jak kradzież samochodu. Nasze służby bezpieczeństwa mają niechlubną historię, za to lokalna policja dobrze dba o przestrzeganie prawa i porządek. Ulice patroluje więcej niż kiedykolwiek przedtem wozów policyjnych, przekazanych w darze przez jedno czy drugie państwo europejskie, a policjanci na ogół zachowują się bez zarzutu. Obecnie noszą mundury i są wyposażeni w krótkofalówki.

Za życia Jasira Arafata było zupełnie inaczej. Ciągłe zmiany, jakie wprowadzał, powodowały bałagan, a to z kolei wzmacniało wrażenie, że palestyńskie społeczeństwo jest przeżarte korupcją i nie zasługuje na własne państwo.

Kto chciałby żyć w ustawicznym lęku, że ukradną mu samochód? Lepiej zbudować mur, który oddzieli nas od tych chuliganów i zapewni nam spokojne życie – myśleli Izraelczycy.

22 lipca 2010

Jak słyszę, konsulat amerykański ogłosił dumnie, iż studenci z Gazy, którzy otrzymają stypendium w Stanach Zjednoczonych, będą przewożeni przez Amerykanów do konsulatu w Jerozolimie. Amerykanie zobowiązali się separować ich od innych oraz uniemożliwić im kontakt z mieszkańcami Zachodniego Brzegu, a po uzyskaniu przez nich wizy przewieźć ich przez most Allenby’ego do Jordanii z zachowaniem tych samych zasad izolacji. Co za inwersja władzy – USA w roli szofera Izraela!

Wpadła do nas z wizytą Hadil Kazzaz, która pracuje dla PARC [Palestinian American Research Center]. Hadil pochodzi z Gazy i nie widziała się z mieszkającą tam siostrą już pięć lat. Dowiedziawszy się, że siostra zdobyła stypendium Fulbrighta i miała zostać zawieziona przez personel konsulatu USA do Jerozolimy, Hadil zdołała uzyskać pozwolenie i pojechała do Jerozolimy z nadzieją, że tam się z nią zobaczy. Do spotkania jednak nie doszło, ponieważ po przyjeździe do konsulatu siostra została oddzielona od innych petentów i, zgodnie z porozumieniem z Izraelem, umieszczona w odosobnionym miejscu. Hadil nie miała pojęcia o tych nowych zasadach. W akcie desperacji postanowiła pojechać na stację benzynową, z nadzieją, że kiedy „kierowcy” – tj. pracownicy konsulatu USA – „eskortujący” jej siostrę zatrzymają się na tankowanie, ubłaga ich, by pozwolili jej zobaczyć się z siostrą. Na szczęście się udało i siostry spotkały się na krótko po wielu latach na stacji benzynowej, podczas gdy życzliwy im kierowca tankował samochód.

[…]

26 lipca 2010

[…]

Obejrzałem nowy, niedawno wyprodukowany film Ajami opowiadający o rodzinnym mieście mojej matki. Nominowano go do Oscara. Oglądałem go z bólem. Gdyby jego akcja rozgrywała się w jakimkolwiek innym mieście, nie w Jafie, byłby to po prostu sprawnie zrobiony film o narkotykach, morderstwie, zemście i grozie życia mafijnego, jak wiele podobnych obrazów, których akcja toczy się w Meksyku albo Chicago. Ale nie; miejscem akcji tego filmu była współczesna Jafa.

Zirytowała mnie jego ideologiczna podbudowa. Film jest naturalistyczny, ale scenariusz dyskretnie potwierdza obraz Izraela, jaki państwo to lubi rysować: kraju w samym środku dżungli, rejonu pełnego niebezpieczeństw, które uzasadniają jego zmilitaryzowanie oraz zabójcze wojny, które okresowo toczy ze swoimi sąsiadami. Arabscy mężczyźni przedstawieni są jako „szlachetni dzicy”, którzy uwielbiają się obejmować, co ma świadczyć o tym, jak czuli potrafią być wobec siebie nawzajem, choć to przecież okrutni mordercy. Kiedy łagodny izraelski sąsiad w okularach, człowiek nikłej postury, podchodzi do grupy Arabów, by się poskarżyć, że beczenie owiec nie daje mu spać w nocy (twórcy filmu najwyraźniej nie wiedzą, że owce w nocy nie beczą), mężczyźni, którzy siedzą na ulicy i palą nargile, nie tylko nie wykazują na tyle przyzwoitości, żeby go wysłuchać, lecz mają czelność zadźgać go na śmierć. To proste: taki jest ich sposób bycia, tacy właśnie są Arabowie i tak się zachowują na co dzień.

Reżyserzy filmu nie poprzestali jednak na Arabach w Izraelu; ci z Zachodniego Brzegu, którzy przedostali się nielegalnie do Izraela, by się tam zatrudnić, również byli złodziejami i mordercami. W innej scenie zaginiony syn żydowskiej rodziny zostaje odnaleziony zamordowany i bez zegarka. Żałośnie sportretowany robotnik z Zachodniego Brzegu, który wjechał nielegalnie do Jafy, wręcza izraelskiemu pracodawcy zegarek zabitego w prezencie.

Wszelkie cierpienia izraelskich Żydów są spowodowane przymusem życia obok nieludzkich Arabów, którzy organizują się w gangi. Jedyna znana im sprawiedliwość to sprawiedliwość sulhy [tradycyjny palestyński sposób rozstrzygania sporów, któremu towarzyszy specjalny ceremoniał – przyp. tłum.] oraz tradycyjnego prawa. Żyją na marginesie, poza zasięgiem norm cywilizowanego Izraela, i stanowią nieustające zagrożenie dla niewinnych obywateli tego państwa.

Tylko jak to się stało, że żyją tak, a nie inaczej? Co do tego doprowadziło i dlaczego są tak zubożali? Na ten temat film milczy. Nie wspomina ani nawet nie sugeruje, z jaką dyskryminacją przychodzi im się mierzyć w społeczeństwie i jak brutalnie traktuje ich policja. Film nie pokazuje tła, nie przedstawia kontekstu. Nie wyjaśnia, czym była dzielnica Adżami, skąd wzięli się jej dzisiejsi mieszkańcy ani co stało się z tymi, którzy mieszkali tam wcześniej. Twórcy filmu całkowicie przemilczeli zbrodnie Izraela i wywlekli jedynie brudy Arabów. Zostawiają widza w przekonaniu, że Arabowie to z natury łajdacy i nieznający litości mordercy. Film nie rysuje żadnej perspektywy przebaczenia ani nadziei. Jego podtekst jest taki, że skoro Arabowie są tak zbrodniczy, Izrael nie ma wyjścia, musi ich ciemiężyć i budować na obszarze Zachodniego Brzegu mur, żeby oddzielić ludzi cywilizowanych od dzikusów. Nie wpuszczać przestępców i umożliwić miłującym pokój izraelskim Żydom prowadzenie swojego grzecznego, kulturalnego życia.

Film wydawał się jak ostatnia obelga rzucona miastu moich rodziców, tej samej Jafie, którą Ben-Gurion, pierwszy premier Izraela, chciał nie tylko zniszczyć i wyludnić przy użyciu siły, lecz także wyszydzić. W swoim dzienniku, pod datą z lipca 1936, napisał: „Przyjąłbym z radością zniszczenie Jafy, portu i miasta. Niech tak się stanie, będzie to zmiana na lepsze (…). Gdyby Jafa poszła w diabły, nie płakałbym po niej”. Dokładnie to czyni film miastu, któremu nadano kiedyś miano oblubienicy morza.

Gehenna Jafy jeszcze się nie skończyła. Teraz, kiedy wewnętrzne walki izraelskie między religijnymi a świeckimi syjonistami przeniosły się do centralnej części kraju, jednym z punktów zapalnych jest właśnie Jafa. Według żydowskich fanatyków obecnie toczy się walka o centralny region kraju, którą trzeba wygrać. Szef izraelskiej lewicowej partii Merec w radzie miasta Tel Awiw-Jafa ujął to w ten sposób: „Bardzo dyskretnie, niezauważalnie dla nas, fundamentalistyczne grupy podżegaczy umacniają swoją pozycję, rozniecają wrogość między ludnością żydowską i arabską i sieją podejrzenia. Nie wiem, czy mieszkańcy miasta zdają sobie sprawę z dążenia żydowskich osadników – którzy bez wątpienia uważają się za następców pokolenia pionierów i tych, którzy osuszali bagna – do judaizacji Jafy”.

Przed dwoma laty rabin Elijahu Mali opuścił swój dom, żonę oraz dziewięcioro dzieci w izraelskim osiedlu Bajt El, koło Ramallah, by zamieszkać w Adżami, niegdyś „ekskluzywnej” części Jafy. W wywiadzie tłumaczył, że od trzydziestu lat realizują w osiedlach olbrzymie przedsięwzięcie. Ponieważ żydowska obecność na terenach okupowanych już się skonsolidowała, walka musi przenieść się gdzie indziej. O swoim nowym projekcie w Adżami Mali opowiada w „lekcjach”, nagranych i umieszczonych na stronie internetowej Ateret Kohanim [syjonistyczna jesziwa na starym mieście Jerozolimy – przyp. tłum.]. Na przykład w lekcji dotyczącej wojen Saula i ich głębokich, duchowych przyczyn wyjaśnia, że „istnieje królestwo przygotowania i królestwo wieczności”, a następnie zwraca się do swoich uczniów: „Nie macie problemu ze zdobyciem Wzgórza Świątynnego, wydaleniem wakfu [funduszy muzułmańskich], likwidacją Meczetu Omara i rozpoczęciem budowy Świątyni, zgadza się? Ale ktoś, kto mieszka w Tel Awiwie zapyta: »Czyście powariowali?« i powie, że wasze nieodpowiedzialne zachowanie naraża na niebezpieczeństwo całe syjonistyczne przedsięwzięcie (…) rozumiecie, jak oni to postrzegają?”. W dalszej części wykładu oznajmia: „Tworzenie zrębów świadomości narodowej to powolny, stopniowy proces i zanim dojdziecie do punktu, w którym naród będzie gotów do was dołączyć, musicie udać się do Tel Awiwu. Innej drogi nie ma”.

Ci fanatycy wierzą, że walka z Arabami już się skończyła. Arabowie przegrali, a teraz najpilniejszym zadaniem jest pogonić żydowskich zwolenników sekularyzmu. Czy to znaczy, że mogę odetchnąć z ulgą?

przeł. Anna Sak

Fragment książki Raja Shehadeha Dziennik czasu okupacji, która ukaże się nakładem Wydawnictwa Karakter pod koniec marca.

Raja Shehadeh (ur. 1951 r.) jest palestyńskim pisarzem, prawnikiem, obrońcą praw człowieka. Opublikował kilka książek, m.in. „Palestyńskie wędrówki” i „Obcy w domu”. W 2008 roku otrzymał Nagrodę Orwella, w 2012 roku był finalistą Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco