Świat

Norwegia głosuje: prawica naraziła się ludziom. Ale czy odda władzę?

13 września odbywają się wybory parlamentarne w Norwegii. Rządy prawicy przyniosły wzrost nierówności i zaostrzenie prawa aborcyjnego, a prawicowa premier nie stosowała się do obostrzeń pandemicznych. Lewica ma szansę. Korespondencja z Oslo.

W Norwegii obowiązuje zakaz reklamy politycznej w telewizji, bo dzięki grubszemu portfelowi większe partie zepchnęłyby mniejsze na margines. Za to kampania wre na ulicach i przed centrami handlowymi. Również w popularnych miejscach odpoczynku w weekendy, nad jeziorem, a nawet przy wejściu do lasu można dostać ulotki różnych partii i pogawędzić z ich członkami, którzy swój czas wolny poświęcają partii jako wolontariusze.

Na głównym deptaku Oslo tradycyjne kampanijne budki. W każdej inna partia i jej przedstawiciele − przekonują, odpowiadają na pytania.

− Przychodzi gość do naszej budki i pyta, czemu, skoro jesteśmy przeciw nowym licencjom na szukanie ropy naftowej na północy Norwegii, to od razu nie zamkniemy całego wydobycia − opowiada znajoma z partii lewicowej Rødt (Czerwień). Sama jest z północy, matka trzylatki i otwarta lesbijka w stałym związku. − Tłumaczę, że to nie takie proste, że najpierw musimy stworzyć nowe zielone miejsca pracy dla tych, którzy dziś przy tym wydobyciu pracują.

Wszyscy głosują

13 września, oficjalny dzień wyborów parlamentarnych, to tak naprawdę ostatni dzień głosowania, bo lokale wyborcze, czyli zazwyczaj białe kontenery z napisem „Tu oddasz głos”, działają już od 10 sierpnia. W samej stolicy jest ich kilkadziesiąt, stoją głównie na skwerkach, przed centrami handlowymi i większymi sklepami. To jedna ze strategii podnoszących frekwencję wyborczą, która cztery lata temu wyniosła niemal 80 proc. Norwegowie mieszkający za granicą głosować mogą jeszcze wcześniej, już od 1 lipca, w ambasadach i konsulatach. W wyborach samorządowych głosować mogą również obcokrajowcy mieszkający w Norwegii przynajmniej od trzech lat, w wyborach parlamentarnych głosują tylko posiadający obywatelstwo.

W sondażach prowadzi centrolewica. Partia Pracy (AP), która zbudowała socjaldemokrację w Norwegii po drugiej wojnie światowej, od kwietnia utrzymuje się jako ta najbardziej popularna, z poparciem na poziomie około 23 proc. Dawno minęły już jednak czasy, gdy mogła liczyć na głos co trzeciego Norwega − jak w wyborach w 2005 i 2009, czy niemal połowy populacji − jak w latach 50.

Na drugim miejscu, z 20-procentowym poparciem, plasuje się aktualnie rządząca centroprawicowa, nomen omen, Prawica (H). Natomiast poparcie dla dwóch pozostałych, mniejszych partii z koalicji rządzącej, chrześcijańskiej demokracji (KrF) i liberałów (V), stopniało do około 4 proc. poparcia.

Prawica (H) prowadziła w sondażach do wczesnej wiosny, kiedy krytyczny raport ujawnił nieprzygotowanie kraju do pandemii, a także podano do wiadomości publicznej, że prawicowa premier Erna Solberg złamała podczas swoich urodzin obowiązującą wówczas zasadę maksymalnej liczby gości. Do tej, prawdopodobnie ostatniej wieczerzy urodzinowej wydanej przez Solberg w roli pani premier, zasiadło w biblijnym stylu aż trzynastu gości, choć pandemiczny limit wynosił wtedy dziesięć osób. Podano sushi, donosiły gazety. Skończyło się skandalem, grzywną odpowiadającą 10 tysiącom złotych i kilkoma zabawnymi memami. A w sondażach poparcie dla Prawicy (H) spadło i na prowadzenie wysunęła się Partia Pracy (AP).

Co oprócz sushi schrzaniła centroprawica?

Historia wyborów w Norwegii pokazuje, że utrzymanie się prawicy przy władzy dłużej niż przez dwie czteroletnie kadencje jest wysoce nieprawdopodobne. Tym razem notowania prawicowej koalicji dodatkowo nadszarpnęły rosnące nierówności społeczne, napędzane obniżeniem podatków dla najbogatszych, i niepopularne reformy, np. częściowa prywatyzacja kolei i uszczuplenie budżetu policji. Likwidacja posterunków policji w małych miejscowościach odbyła się paradoksalnie pod hasłem „policja blisko ciebie”. Powstała o tym całkiem zabawna kreskówka, pokazana w telewizji publicznej, rozkładająca cały koncept na łopatki.

Z kolei zamykanie porodówek w odległych zakątkach kraju wywołało protesty kobiet w strojach ludowych, które okrzyknęły się ludową partyzantką. Obecnie dojazd samochodem do najbliżej porodówki może zająć na północy Norwegii nawet cztery godziny.

Liberałom (V) z koalicji rządzącej, którzy mają zielony profil, nie udało się wprowadzić w życie bardziej ambitnych pomysłów klimatycznych, a ograniczenie emisji jest w kraju, który zbudował swoje bogactwo na dochodach z ropy naftowej, jednym z głównych tematów w kampanii wyborczej. W przedwyborczej debacie telewizyjnej pojawiło się „to miejsce w Polsce, które wypuszcza 37 milionów ton dwutlenku węgle rocznie”, czytaj Elektrownia Bełchatów, podczas gdy cała Norwegia wypuszcza 50 milionów ton. Propozycja populistycznej prawicy brzmiała: czemu mamy ograniczać emisje w Norwegii, gdy po prostu możemy zamknąć „to miejsce w Polsce”. Ale czy rachunek emisji Norwegii ogranicza się do emisji na terytorium kraju, skoro częstuje ona ropą resztę świata?

Liberałom nie udało się także wprowadzić długo i starannie przygotowywanej reformy dekryminalizacji narkotyków, co było sporym rozczarowaniem dla ich wyborców. Natomiast jedynym „osiągnięciem” demochrześcijan było symboliczne zaostrzenie prawa aborcyjnego, które wywołało masowe protesty.

Strajk!

Pandemia pogłębiła nierówności społeczne i tak już uwypuklone po dwóch kadencjach centroprawicy. W czerwcu rząd bezpardonowo stłumił strajk budżetówki. Pielęgniarki i nauczyciele przedszkolni, którzy przez całą pandemię stali w pierwszym szeregu, ci ostatni bez priorytetowego dostępu do szczepień na COVID-19, wysłani zostali z powrotem do pracy, bez negocjacji i bez żądanej podwyżki. Według rządu strajk stwarzał zagrożenie dla zdrowia i życia, według związków zawodowych wytłumaczenie to nie miało oparcia w rzeczywistości.

− Ludzie byli potwornie sfrustrowani – opowiada mi przedszkolanka z Oslo. – Niczego nie udało nam się wywojować, a jeszcze osobom takim jak ja, które zostały przez związek wylosowane do udziału w strajku, obcięto wakacyjną pensję. Dwa tygodnie później związek wypłacił nam to, co ucięły władze lokalne w Oslo, ale dla moich koleżanek z pracy, które mają wielodzietne rodziny, to był cios. Kilka z nich musiało zmienić wakacyjne plany, nagle nie było ich stać na wyjazd.

Historyczna szansa radykalnej lewicy i Zielonych

Najbardziej prawdopodobny scenariusz po 13 września to rząd Partii Pracy (AP) z partią Środka (SP), czyli odpowiednikiem PSL-u, reprezentującym regiony i plasującym się na trzecim miejscu w sondażach, a także z lewicową partią socjalistyczną (SV). Taka właśnie koalicja rządziła Norwegią przez dwie kadencje (2005−2013), przed dojściem do władzy prawicy.

Jeszcze w sierpniu wydawało się, że rząd koalicyjny tych trzech partii nie będzie miał problemu z zapewnieniem sobie większości w jednoizbowym parlamencie. Najnowsze sondaże podziałały jednak na kampanię wyborczą jak zastrzyk adrenaliny. Wynika z nich, że większość dla koalicji centrolewicowej stopniała i jej rząd byłby mniejszościowy (z 81 spośród 169 mandatów), zależny od poparcia radykalnej Czerwieni (R) lub Zielonych (MDG).

Do tej pory Czerwień i Zieloni miały w parlamencie tylko po jednym pośle. Po 13 września każda z tych partii ma szanse na 8−10 mandatów, jeśli, tak jak zapowiadają sondaże, uda im się przekroczyć próg 4 proc., zapewniający tzw. mandaty wyrównawcze. W takim wypadku przynajmniej jedna z tych dwóch partii odgrywałyby rolę języczka u wagi, popychając rząd na lewo i podnosząc jego ambicje w polityce klimatycznej. Ponieważ Partia Zielonych ogłosiła, że nie wesprze żadnego rządu, który zamierza kontynuować poszukiwania nowych złóż ropy naftowej, a Czerwień nie stawia takiego ultimatum (choć postulat jest częścią jej programu), to rząd koalicyjny zdecyduje się raczej na współpracę z tą partią.

Czerwień stawia natomiast następujące warunki, które koalicja centrolewicowa musiałaby spełnić, żeby móc liczyć na jej poparcie:

  • obniżenie nierówności społecznych poprzez wyższe podatki dla najbogatszych
  • bezpłatna opieka stomatologiczna (dziś nieodpłatnie do dentysty chodzą tylko dzieci, najbiedniejszych na dentystę po prostu nie stać)
  • szkoły, przedszkola i domy opieki społecznej mają być prowadzone tylko przez podmioty publiczne i non profit
  • polityka klimatyczna ma być zarówno silna, jak i społecznie sprawiedliwa, tj. powinna tworzyć nowe, zielone miejsca pracy i uderzać mniej w ludzi na obszarach wiejskich, bez dostępu do transportu publicznego (posiadanie starego samochodu benzynowego jest dziś ostro penalizowane, a nie wszystkich stać na nowe auto elektryczne)
  • większa niezależność Norwegii od Unii Europejskiej (czytaj: jej neoliberalnych postanowień)

Lewicowa partia socjalistyczna zgadza się ze wszystkimi, Partia Pracy i Partia Środka dogadać musiałyby się z Czerwienią tylko w kwestii wyższego podatku dla najbogatszych.

Jak ostrzega komentator gazety finansowej „Dagens Næringsliv” (Biznes Dziś) z 31 sierpnia: „Musimy szykować zbroje na znacznie bardziej czerwoną Norwegię”. W odpowiedzi jedyny dotąd poseł Czerwieni, Bjørnar Moxnes, prezentuje w mediach swój najszerszy uśmiech.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Ewa Sapieżyńska
Ewa Sapieżyńska
Iberystka i socjolożka
W latach 2006-2008 doradczyni kancelarii prezydenta i MSZ Wenezueli. Tytuł doktora nauk społecznych zdobyła na Universidad de Chile. Wykładała w Chile i w Polsce. Autorka szeregu publikacji naukowych o wolności słowa, a także z zakresu gender studies. W latach 2015-2018 doradczyni OBWE ds. praw człowieka i gender. Obecnie mieszka w Oslo i zajmuje się analizą polityczną.
Zamknij