Świat

Rumuńska doktryna szoku

Rządzenie dekretami, próba ograniczenia działalności rzecznika praw obywatelskich i Trybunału Konstytucyjnego, wreszcie odwołanie prezydenta. Ten swoisty zamach stanu może być szokiem dla Unii Europejskiej.

Tak wielu zmian w rumuńskim życiu politycznym, jak w tym roku, nie było od dawna. Niestety, niekoniecznie są to zmiany na lepsze.

W styczniu 2012 roku w Bukareszcie, ale także i w innych miastach Rumunii, doszło do antyprezydenckich protestów. Wzburzeni obywatele wyszli na ulice, aby zademonstrować swoje niezadowolenie z powodu decyzji prezydenta Traiana Băsescu i oddanego mu premiera Emila Boca (m.in. redukcja pensji w sferze budżetowej i emerytur, podniesienie podatku VAT z 19% do 24%, czy wreszcie próba przeprowadzenia „po cichu” prywatyzacji służb ratunkowych SMURD). Był to początek końca rządów Partii Demokratyczno-Liberalnej. Podniosły się krytyczne głosy wewnątrz samego ugrupowania, część członków zaczęła opuszczać tonący okręt. Ostatnią próbą ratunku, bezskuteczną, było powołanie przez Băsescu rządu Mihaia Răzvana Ungureanu. 

Koalicja bez ideologii


Wtedy to, 7 maja tego roku, prezydent, licząc na szybką autodestrukcję rządu oraz poprawienie własnego wizerunku, powołał na premiera Victora Pontę, współprzewodniczącego politycznego tworu o kuriozalnej nazwie Unia Socjal-Liberalna (USL).

Czymże jest to dziwne stworzenie polityczne? Parlamentarnym i przedwyborczym porozumieniem trzech partii: Partii Socjal-Demokratycznej (PSD), Partii Narodowo-Liberalnej (PNL) i Partii Konserwatywnej (PC), jednak tylko dwie pierwsze odgrywają w nim ważną role. Ideologiczne rozmycie porozumienia nie jest czymś wyjątkowym, większość rumuńskich partii nie ma skonkretyzowanych poglądów, a głównym celem ich istnienia jest utrzymanie się u władzy, bądź jej zdobycie. Dlatego też częste określanie przez polskie media rumuńskich partii przymiotnikami „lewicowy, centrowy, prawicowy” mija się z prawdą.

Widząc społeczny opór wobec poczynań Băsescu, USL przystąpiło do ofensywy. Najpierw postanowiono przejąć niezadowolony elektorat, wybory lokalne z 10 czerwca 2012 zakończyły się wielkim sukcesem koalicji rządzącej. Po okresie wyborczym (kiedy to podniesiono płace tzw. budżetówki i emerytury) rząd Ponty przystąpił do działania. Rozpoczęto czystki w instytucjach państwowych (Archiwa Narodowe) i ograniczanie ich niezależności (Instytut Kultury Rumuńskiej – notabene jednostka odnosząca znaczące sukcesy w poprawie wizerunku Rumunii na arenie międzynarodowej).

Ręczne sterowanie


Na początku lipca nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Nikt nie spodziewał się, że USL urośnie tak szybko w siłę na tyle, by móc rozpocząć konstytucyjną procedurę odwołania prezydenta. W dniu 6 lipca połączone izby parlamentu zagłosowały za zawieszeniem Băsescu. Kolejnym krokiem będzie wyznaczone na 29 lipca ogólnokrajowe referendum, w którym rumuńscy obywatele podejmą decyzję o tym, czy zawieszony prezydent będzie sprawował dalej swoją funkcję, czy też zakończy ją przed upływem kadencji.

Ostatnie posunięcia rządu Ponty wzbudziły niepokój Komisji Europejskiej. Odwołanie rzecznika praw obywatelskich, mogącego kwestionować decyzje rządu, było pierwszym z nich. Kolejną przeszkodą jest Trybunał Konstytucyjny. Ponta doszedł do wniosku, że ustawodawca popełnił błąd, nadając TK uprawnienia do odrzucania decyzji podejmowanych przez parlament, i należy to zmienić. Jakby tego było mało, postanowił to uczynić za pomocą dekretu z mocą ustawy (Ordonanţe de Urgenţă a Guvernului), co znacznie skraca drogę legislacyjną. 

Kolejnym kontrowersyjnym dekretem była zmiana ustawy o referendach. Wynik tego najbliższego jest przesądzony, zdecydowana większość głosujących opowie się za odwołaniem Traiana Băsescu. Tego akurat USL jest pewne. Niepewna jest frekwencja. postanowił nie pozostawiać losów tak istotnej sprawy wyłącznie w rękach chimerycznego społeczeństwa rumuńskiego. Szczęściu trzeba dopomóc. Postanowiono znieść wymóg frekwencji 50% + 1 głos, koniecznej do tego, by referendum miałao moc wiążącą, oraz wprowadzić dwudniowe głosowanie. 
18 lipca oba dekrety poddano pod głosowanie w parlamencie. Kilka dni wcześniej rozpętała się, być może inspirowana przez Băsescu, europejska kampania nacisków na Bukareszt, aby wycofał się z bardzo wątpliwych z punktu widzenia demokracji zapisów. Ponta i Antonescu (prezydent ad interim) złagodzili brzmienie dekretów, wycofując się m.in. z likwidacji progu frekwencyjnego wymaganego dla uznania referendum za wiążące i pozostawiając więcej kontroli TK. 

Dżumę cholerą


Traian Băsescu sam sobie zgotował ten los. Zbytnia pewność siebie, utrata czujności politycznej, kompletne nieliczenie się z rumuńskim społeczeństwem i liczne gafy medialne doprowadziły jego karierę do końca. Bez dwóch zdań, odwołanie Băsescu jest decyzją słuszną i sprawiedliwą. Nie wolno jednak pominąć faktu, że Poncie nie chodzi o żadną sprawiedliwość, wbrew pozorom nie chodzi mu też (co najwyżej przy okazji) o zadowolenie społeczeństwa. Głównym celem jest eliminacja groźnego przeciwnika, a patrząc szerzej – usunięcie z najważniejszego stanowiska osoby, która reprezentuje inną grupę interesów. 

Jak na obecne wydarzenia reaguje społeczeństwo rumuńskie? Styczniowe demonstracje, największe od początku lat 90., dawały nadzieję na to, iż politycy będą zmuszeni do uwzględniania w swoich decyzjach głosu obywateli. Oczekiwania te okazały się próżne. Nie powstał żaden ruch obywatelski, program ograniczono do hasła „Băsescu musi odejść”, a głosy obywateli zagospodarował USL. I właśnie ten slogan dudni wciąż w głowach Rumunów. Nieważne jak i co będzie później, cieszmy się, że Băsescu odchodzi. Możemy zarazić się nawet cholerą, jeżeli to ma pomóc zwalczyć dżumę.

Tak szybka i brutalna likwidacja wszelkich oponentów politycznych, swoisty zamach stanu w ramach niedojrzałej demokracji i niedoskonałego prawa może być szokiem dla Unii Europejskiej. Czy jednak jest ona w stanie w jakikolwiek sposób sobie z tym poradzić? W obliczu wszelkich trudności, z którymi się boryka, nic na to nie wskazuje. 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.