Świat

Przerwijmy zaklęty krąg epatowania cierpieniem

afryka-glod

Nie wystarczy obejrzeć zabijających się Hutu i Tutsi, siedząc na kanapie i pogryzając chipsy, a potem wyciągnąć dziesięć złotych, mówiąc: macie i nie zawracajcie mi więcej głowy.

Maria Starzewska: Myśląc o pomocy humanitarnej, zazwyczaj widzimy grupę ludzi dobrej woli, którzy jadą pomagać ofiarom wojen. Tymczasem ty używasz określenia „przemysł humanitarny” i opisujesz splot interesów, władzy i polityki.

Linda Polman: Pomoc humanitarna to potężny rynek. NGO-sy konkurują na nim o pieniądze. Tutaj obowiązują te same mechanizmy, co w przemyśle samochodowym czy napojów gazowanych – Coca-Cola walczy o udział w rynku z Pepsi. Obecnie pomocy udzielają rządy 70 państw; Polska niedawno dołączyła do tej grupy. Rocznie przeznaczają na ten cel 1,3 mld dolarów – takie są oficjalne dane OECD. Do tego dochodzą nasze prywatne pieniądze, które wyciągamy z kieszeni, gdy oglądamy w telewizji przedstawicieli NGO-sów mówiących o cierpiących dzieciach w Afryce. Nikt nie wie, jakie to kwoty, ponieważ każda organizacja prowadzi własne rachunki, ma swoje raporty. Istnieją jedynie szacunki: to dodatkowe kilka miliardów dolarów.

Ale to chyba dobrze, że jesteśmy tacy hojni i tyle pieniędzy przeznaczamy na pomoc potrzebującym?

Byłoby dobrze, gdyby te pieniądze były faktycznie wydawane na biednych. Ale z tym właśnie jest problem. NGO-sy są uzależnione od uwagi sponsorów, wiele energii poświęcają na ściąganie ich wzroku. Chcą mieć pewność, że to właśnie ich organizacja, a nie konkurencyjna, otrzyma finansowanie. Na Haiti funkcjonuje ponad czterysta organizacji zajmujących się wyłącznie pomocą medyczną. Muszą rywalizować o udział w dostępnych funduszach, zamiast więc zajmować się potrzebującymi, walczą między sobą o pacjentów. Jeśli grantodawca zdecyduje, że daje pieniądze twoim konkurentom, jesteś skończona.

Sponsorzy też mają swoje interesy. Nie chodzi przecież o rozdawanie pieniędzy, pragną czegoś w zamian. Część rządów dba o to, żeby 80 procent środków przeznaczonych na pomoc zostało wydanych w ich własnym kraju.

Jak to możliwe, że pieniądze na pomoc dla biednych wydawane są w bogatych krajach?

Jednym z największych dostawców pomocy żywnościowej są Stany Zjednoczone. Ofiarowują wyłącznie żywność wyhodowaną w ich kraju: zboża rosną na amerykańskich farmach, następnie pakowane są przez amerykańskie firmy, przewożone przez amerykańskie statki i rozdzielane w terenie siłami amerykańskich NGO-sów. Na miejscu znajdzie się jeszcze pełno amerykańskich konsultantów, którzy będą doradzać, jak najlepiej tę dystrybucję zorganizować. Można sobie schlebiać, głosząc, że są to programy pomocy żywnościowej, ale tak naprawdę są to pieniądze pompowane we własną gospodarkę.

Najgorsza byłaby wojna o wodę. Rozmowa z Janiną Ochojską

Jak udało ci się wyliczyć, że to akurat 80 procent?

Amerykanie sami się tym chwalą, mówiąc swoim podatnikom: nie martwcie się, że wyrzucamy pieniądze na pomoc, 80 procent tej sumy zostaje w naszej gospodarce. Europejczycy nieco bardziej się mitygują. Holandia czy Dania pilnują, aby tylko niewielkie sumy zasilały ich własne systemy gospodarcze. Ale spora część pomocy europejskiej idzie przez agendy unijne. Szacuje się, że 60–70 procent tej pomocy dostaje gospodarka europejska. To pomoc-widmo (phantom aid) – to my korzystamy z naszych dobrych uczynków, pomagamy sami sobie.

Ale to nie wszystko. Pieniądze, które docierają do Afryki, dystrybuowane są przez ludzi będących tam u władzy. Wewnątrz obozów uchodźców nie rządzi OXFAM [międzynarodowa organizacja charytatywna założona w 1942 roku w Wielkiej Brytanii  – przyp. red.], tylko lokalne elity. To one decydują, kto w obozie otrzyma jedzenie, a kto nie, jak otrzymane dobra będą rozdzielane. Dostęp do pomocy zależy od tego, kto kontroluje system.

Mówisz o cynizmie państw-darczyńców. W swojej książce stawiasz jednak i mocniejszy zarzut: że pomoc może być w istocie szkodliwa. Czy możesz podać tego przykłady?

Jeden z najbardziej oburzających wciąż wymaga analizy. Mam na myśli Afganistan. Nikt nie wie, co się dzieje z gigantycznymi pieniędzmi, które tam idą. W Afganistanie są ci, którzy zaangażowali się w wojnę z terrorem. Pomoc humanitarna służy tam celom militarnym i nikt z tego nie robi tajemnicy. Najpotężniejsze są NGO-sy amerykańskie, Amerykanie są też największymi ofiarodawcami w tym kraju. Jeśli jako organizacja chcesz korzystać z pieniędzy amerykańskiego rządu przeznaczonych na rozwój, musisz w kontrakcie podpisać, że będziesz służyć amerykańskim interesom militarnym i amerykańskiej polityce zagranicznej. Nikt się z tym nie kryje, chociaż NGO-som, które korzystają z ich finansowania, nie zależy, aby tę wiedzę rozpowszechniać.

Kolejnym przykładem jest ludobójstwo Hutu na plemieniu Tutsi w 1994 roku. To najgorzej zinterpretowana katastrofa humanitarna we współczesnej historii. Rwanda to daleki kraj, nikt nie wiedział, kim są Hutu, a kim Tutsi. Jedyne, co widzieliśmy, to masy ludzi – dwumilionowy tłum wspinający się po górach Rwandy i schodzący przez granicę do Zairu i Tanzanii. Oglądaliśmy ich rozpacz. Korowody ludzi z dobytkiem, garnkami, dźwigający na plecach swoich krewnych, umierający od cholery. Gdy weszli do przygranicznej Gomy, czekały już na nich kamery CNN. My, ludzie przed telewizorami, myśleliśmy, że ci uciekinierzy to ofiary, które przeżyły masakrę w Rwandzie. Ale to nie były ofiary, to byli oprawcy.

Jak to możliwe, że popełniliśmy taki błąd?

Bo nie rozumieliśmy, co się tam dokładnie dzieje, i nie byliśmy tym specjalnie zainteresowani. Informacje pojawiały się w dolnym rogu na piątej stronie gazety. Wiadomo było, że to ludobójstwo i że trzeba pomóc.

Nikt nie wiedział, co się naprawdę stało w Rwandzie?

NGO-sy wiedziały. Gdy przyjechałam do Gomy, w obozach uchodźców można było zobaczyć Hutu chodzących w mundurach wojskowych z bronią w ręku. Między namiotami były zaparkowane należące do Hutu czołgi i helikoptery. Tam wciąż znajdowały się maczety, którymi mordowali ludzi. W samym obozie zostało zamordowanych około dwóch tysięcy osób.

Międzynarodowe organizacje chciały pozostać neutralne, zgodnie z zasadami Czerwonego Krzyża…

Tak nam się mówi. Ale w tym samym czasie te organizacje karmiły ekstremistów Hutu i ich armię. A ta po prostu kontynuowała wojnę, zarabiając tysiące dolarów na pomocy. Opodatkowali pomoc, sprzedawali ją za broń. Nie pozwalali robić NGO-som niczego na własną rękę, na wszystko trzeba było mieć pozwolenie. Hutu dbali, by pomoc trafiała we właściwe ręce. Międzynarodowe organizacje zdecydowały jednak, że nie wyjadą, bo wciąż napływało mnóstwo pieniędzy. Ci, którzy by się wycofali, straciliby szansę na udział w największej w owym czasie operacji humanitarnej na planecie. Tam się skupiała cała uwaga darczyńców. Jaki jest sens działań w Mongolii, jeśli wszystkie pieniądze idą do Gomy?

Krytykujesz logikę wolnego rynku, ale jak inaczej miałoby być zorganizowane finansowanie pomocy, jeśli nie przez współzawodnictwo organizacji o środki? Konkurencja to ponoć środek, który pozwala znaleźć najlepsze rozwiązania. 

Jeśli jesteś pracowniczką pomocy humanitarnej, to funkcjonujesz w biznesie pod nazwą ratowanie ludzkiego życia. Twoim obowiązkiem jest zrozumienie kontekstu, w którym działasz. Idealna sytuacja, w której pomoc w ogóle nie jest nadużywana, nie istnieje, ale mamy obowiązek robić bilans i pytać, czy dane działanie jest wciąż racjonalne. Jako organizacja dostarczająca pomocy musisz patrzeć, co się z nią dzieje, i brać za to odpowiedzialność.

Natomiast opinia publiczna powinna być mniej leniwa. Nie wystarczy obejrzeć zabijających się Hutu i Tutsi, siedząc na kanapie, pogryzając chipsy, a potem wyciągnąć dziesięć złotych, mówiąc: macie i nie zawracajcie mi więcej głowy. Jeżeli dajesz dziesięć złotych, to jesteś odpowiedzialna za to, co dzieje się z twoimi pieniędzmi. W przeciwnym razie po prostu się nie angażuj.

Ale w jaki sposób mamy kontrolować NGO-sy udzielające pomocy? Nikt na tych ludzi nie głosuje, nie można ich odwołać. 

Odpowiedź jest już zawarta w twoim pytaniu. Jeśli nie możesz ich kontrolować, nie dawaj im swoich pieniędzy.

Ale często to są pieniądze publiczne.

Owszem, głosuj więc na tych, którzy się nad tym zastanawiają, albo sama zaangażuj się politycznie. Mnóstwo współczesnych problemów ma korzenie w polityce. Jeśli będziemy mieli lepszą polską czy europejską politykę, świat już zmieni się na korzyść.

Opisujesz chorobę organizacji humanitarnych, polegającą na rywalizacji o granty, robieniu wszystkiego na własny rachunek. Apelujesz o solidarność w działaniu. Wierzysz, że to możliwe? 

Wydaje mi się, że nie żądam wiele. Jedyne, o co proszę, to żeby NGO-sy działały w interesie ofiar. Jeżeli w niektórych krajach czy okolicznościach lepiej pracować razem i połączyć siły, to nie jest to wygórowane oczekiwanie.

Ale czy takie łączenie sił nie spowoduje, że autonomiczne i mobilne organizacje przekształcą się w biurokratyczną federację, strukturę pełną patologii, takich, jakie toczą ONZ – brak decyzyjności, inercja, sprzeczne interesy?

Nie chodzi mi o to, żeby teraz wszystkie NGO-sy działały jak jeden organizm i wszystko ze sobą uzgadniały. Ja tylko pytam te czterysta organizacji zajmujących się pomocą medyczną na Haiti, czy nie mogłoby się porozumieć i skoordynować swoich projektów, zamiast działać w tajemnicy, ignorując innych. Może dziesięć organizacji będzie działać sprawniej niż czterysta? Jeśli tak, to dajcie pieniądze tym dziesięciu. Nie siedźcie na pieniądzach tylko dlatego, że są wasze. Nie widzę nic niesłychanego w tym, żeby uwspólnić część funduszy.

To rozwiązanie nie jest niczym nowym. Po każdej operacji humanitarnej powstają tysiące stron raportów ewaluacyjnych. Cytuję ich własne konkluzje – powinniśmy byli stworzyć wspólny fundusz, powinniśmy byli koordynować swoje działania i pracować razem, następnym razem obiecujemy to zrobić. Tylko że to się nigdy nie dzieje. Ten system sam się nie zmieni, musimy im pomóc. Nadzieja w tym, że NGO-sy pracują za nasze pieniądze. Bez nich by po prostu zginęły. Naszym obowiązkiem jest więc myśleć, pytać, wywierać presję.

Twoim zdaniem pomoc humanitarna nie jest politycznie neutralna?

W czasie zimnej wojny pomoc była lokowana zgodnie z linią podziału wyznaczoną przez żelazną kurtynę. Amerykanie nie pomagali ofiarom po stronie radzieckiej. Po upadku komunizmu sytuacja się skomplikowała, pojawiły się nowe strefy wpływów. Obecnie większość pomocy Zachodu idzie do krajów, gdzie trwa „wojna z terroryzmem”. Znaczna część służy temu, by walczyć z Al-Kaidą.

To źle, że pomoc humanitarna jest zbieżna z naszymi interesami? Może to właśnie dobrze, że prowadząc okupację jakiegoś kraju, czujemy się odpowiedzialni za pomaganie ludności cywilnej. 

Najpierw strzelamy do ludzi, a potem przynosimy im bandaże – to bardzo miłe. Ale masz rację, to wybór, którego dokonujemy. Pomoc jest instrumentem naszej polityki zagranicznej. Możemy dyskutować, czy to jest dobre czy niedobre, ale rzecz w tym, że co innego mówi się opinii publicznej. Słyszymy, że pomoc jest neutralna, bezstronna, że pieniądze są dobrze wydawane i nie idą do niczyjej kieszeni. Ale to nieprawda, bo ona służy określonym interesom. Jeśli o to nam chodzi, to w porządku, ale mówmy o tym wprost.

Kierujesz zatem krytykę pod adresem mediów. Tego, co wiemy o świecie, dowiadujemy się przecież za ich pośrednictwem. 

Jest bardzo niewielu dziennikarzy, którzy patrzą na pomoc w szerszej perspektywie. Dziennikarze są ludźmi takimi jak my, oglądają te same wiadomości i kiedy widzą czarne cierpiące dzieci, chcą, aby ratował je biały doktor. Większość dziennikarzy nie zauważa, że humanitaryzm stał się przemysłem. W Holandii jest normą korzystanie z zaproszeń organizacji humanitarnych i jeżdżenie na ich koszt do Afryki, aby oglądać ich wspaniałe projekty, a potem wrócić i zrobić z tego historię opublikowaną w charakterze informacji.  Gdyby firma Shell zaprosiła dziennikarza na swój koszt do Nigerii, żeby obejrzał piękne szyby naftowe lub gazociągi, każdy od razu zrozumiałby…

…że to podejrzane?

Niedozwolone. To naruszenie wszelkich zasad dziennikarstwa. Bardzo ważne jest, by dziennikarze zrozumieli, że jeśli w pomoc humanitarną zaangażowane są tak ogromne budżety, to mamy do czynienia z określonymi interesami. Jest to wiedza, która należy się opinii publicznej.

Interesujący jest w tym kontekście język przekazów – NGO-sy, rządy, lokalne władze i media wykorzystują określone narracje i słownictwo, by zdefiniować rzeczywistość na swój sposób. 

George Orwell fantastycznie pokazał zjawisko kreowania języka politycznego w celu narzucenia własnej wizji świata. Weźmy koncept neutralności i bezstronności pomocy – te słowa są puste, ale to one mobilizują ludzi. Bo skoro pomoc jest neutralna, to znaczy, że jest OK. Można sprawić, by język stał się jałowy i bez znaczenia, a zarazem skomplikować go na tyle, żeby ludziom nie chciało się go rozszyfrowywać. Dlatego należy się przyglądać, jakim językiem tworzone są medialne przekazy i co tak naprawdę mówią. To bardzo ważne, bo media coraz częściej są wykorzystywane jako narzędzie w wojnie. Liczące się armie, na przykład amerykańska, mają specjalne piony zarządzające wizerunkiem. Dbają, by ludzie, w tym również dziennikarze, mieli wrażenie, że żołnierze nie prowadzą wojny, tylko interwencje humanitarne.

Coś w rodzaju departamentu PR-owego w wojsku?

Myślę, że to coś poważniejszego niż PR, chodzi o zaprogramowanie określonego stylu myślenia. Możemy wszyscy wierzyć, że mieliśmy interwencję humanitarną w Kosowie, w Iraku, Afganistanie. Ale to nieprawda, chodzi o ropę, o interesy. Myślimy, że jesteśmy w Afganistanie, żeby wyzwolić ludność i umożliwić afgańskim dziewczętom naukę w szkole.

Ale dziennikarze powinni być po naszej stronie. Dlaczego zatem biorą stronę rządzących i powtarzają ich opowieść?

Wielu z nich ma blade rozeznanie w sprawach, o których pisze. Żeby być dziennikarzem, nie potrzebujesz dyplomu czy koncesji, każdy może nim zostać. To coraz szybszy zawód, brakuje czasu na prowadzenie dokładnych poszukiwań, wyspecjalizowanie się w jakimś temacie.

Redaktorzy gazet często używają argumentu, że przedstawiają uproszczony obraz wydarzeń, bo takie są oczekiwania ich odbiorców.

Nawet jeśli tak wygląda rzeczywistość – w co, szczerze mówiąc, wątpię – to nie musimy jej akceptować. Jeśli jesteś przekonana, że ta sytuacja jest niedobra, to powinnaś dążyć do tego, by ją zmienić. Dziennikarstwo to komunikacja. Jako dziennikarka musisz sprawić, żeby ludzie chcieli informacji, które masz do przekazania, i by zrozumieli, że są one dla nich istotne. Musisz ich przekonać, że sprawy Hutu i Tutsi mają znaczenie, na przykład dlatego, że są gigantyczną powtórką z II wojny światowej i Holocaustu. Potrzebujemy lepszego dziennikarstwa, żeby rozumieć świat.

Łatwo ulec logice epatowania cierpieniem: żeby się sprzedać, każda historia musi być bardziej dramatyczna od poprzedniej.

Jeśli uznajesz, że to jest złe, przerwij ten zaklęty krąg i opowiedz o tym ludziom: spójrzcie co się dzieje, chcecie bym podbijała stawkę, w zeszłym tygodniu było milion ofiar, teraz mają być dwa miliony. To nie jest świat, w którym chcemy żyć. Niepokoi mnie to, że dziennikarzy coraz częściej przyciągają określone informacje i wydarzenia: katastrofy i związane z nimi liczby. Obawiam się, że cierpienie często jest kreowane na użytek mediów. Razem z ich zainteresowaniem pojawiają się ofiarodawcy i pieniądze.

Ale kreowane przez kogo? Ludzi z miejsca dotkniętego katastrofą albo konfliktem? Czy to dziennikarze koloryzują rzeczywistość?

Podam przykład Sierra Leone, gdzie toczyła się długa wojna między wojskami rządowymi i armią rebeliantów. Dowódcy walczących stron spotkali się w dżungli, by omówić wspólną strategię: wojna trwa już tyle czasu, wykrwawiamy się, a świat nie zwraca na nas uwagi. Nauczyli się, że za każdym razem, gdy okaleczonym przez nich ofiarom udało się wyczołgać z buszu i przedostać do szpitala, to ludzie ci trafiali na dziennikarzy, którzy przeprowadzali z nimi wywiad. Uznali zatem, że obcinanie ludziom rąk czy nóg jest w ich wspólnym interesie i obie strony powinny je kontynuować. Bo gdy obetniemy komuś ręce, to od razu pojawią się dziennikarze BBC World. To jest przykład, jak źli bohaterowie zrozumieli i wykorzystali mechanizmy działania przemysłu medialnego.

Ale co w takiej sytuacji powinni zrobić dziennikarze? Mają milczeć?

To dobre pytanie. Nie mam na nie odpowiedzi, ale jestem przekonana, że dziennikarze powinni mieć świadomość istnienia tego mechanizmu. Powinni się zastanawiać, jaki ma na nich wpływ i co mogą zrobić. Nie pozwalajmy, by te rzeczy działy się poza naszą świadomością i wiedzą. Taki jest nowy świat i musimy umieć reagować na to, co się w nim dzieje.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.