Jeszcze kilka tygodni temu hiszpańska polityka za sprawą kryzysu w Ceucie kręciła się wokół tematów migracyjnych. Dziś w centrum uwagi znalazły się mieszkania. Niezadowolenie z sytuacji mieszkaniowej, rosnących cen i czynszów, narastało od dawna, ale czarę goryczy przelała eksmisja schorowanej emerytki, prowadząc do masowych protestów we wszystkich głównych miastach Hiszpanii.
Chociaż wiele zarzutów dotyka bezpośrednio centrolewicowego rządu, to mobilizacja Hiszpanów wokół kwestii socjalnych stanowi jednocześnie ogromną szansę dla premiera Pedro Sáncheza i jego Hiszpańskiej Socjalistycznej Partii Robotniczej (PSOE). Gniew społeczny jest bowiem w większym stopniu wymierzony w prawicę, która konsekwentnie blokuje progresywną politykę mieszkaniową. Czy to koło ratunkowe wystarczy socjaldemokratom i ich sojusznikom do utrzymania się u władzy?
Eksmisja 87-latki wywołała falę protestów
Kryzys mieszkaniowy nie jest na Półwyspie Iberyjskim niczym nowym. W ciągu ostatniej dekady czynsze w Hiszpanii wzrosły o ok. 80 proc., a ceny mieszkań o 63 proc. Według szacunków kraj mierzy się dziś z niedoborem około 750 tysięcy mieszkań, a do 2028 roku może on przekroczyć milion. Braki na rynku mieszkaniowym szczególnie dotkliwie odczuwają młodzi, ponieważ przy przeciętnych czynszach sięgających ok. 1200 euro miesięcznie wielu może jedynie pomarzyć o wyprowadzce z rodzinnego domu. Na przestrzeni lat wybuchały już protesty przeciwko tej sytuacji, a politycy wielokrotnie obiecywali zajęcie się problemem, jednak przynosiło to niewiele konkretów. Mogło się wydawać, że większość Hiszpanów pogodziła się z permanentnym kryzysem mieszkaniowym. Skąd więc ta nagła erupcja?
Zapalnikiem, który wyciągnął ludzi na ulice, okazała się eksmisja 87-letniej mieszkanki Madrytu. Maricarmen Abascal mieszkała w tym samym lokalu w dzielnicy Retiro od 1956 roku, odziedziczyła umowę najmu po rodzicach i mimo niewysokiej emerytury regularnie opłacała czynsz oraz rachunki, łącznie ok. 500 euro miesięcznie. W 2018 roku kamienicę kupiła firma Urbagestión, dla której podeszły wiek oraz niepełnosprawność lokatorki nie stanowiły przeszkody w rozpoczęciu walki o przejęcie lokalu poprzez podważenie ważności sukcesji umowy. Nowy właściciel oczekiwał czynszu sięgającego 1650 euro miesięcznie, czyli więcej, niż wynosiła cała emerytura Maricarmen. Po kilku latach postępowania sądowego i czterech próbach eksmisji starsza kobieta musiała opuścić swój dom 23 września tego roku. Została wyniesiona na noszach i trafiła do szpitala, a eksmisja osoby w takim stanie wzbudziła powszechne oburzenie.
Wkrótce wszystkie największe miasta Hiszpanii ogarnęły masowe protesty, przywołujące na myśl ruch Indignados z 2011 roku. Na Puerta del Sol w Madrycie spontanicznie powstało wielkie obozowisko – w tym samym miejscu, które piętnaście lat wcześniej stało się symbolem społecznego buntu przeciwko polityce zaciskania pasa. Do początku października rozłożono tam ponad 1200 namiotów, a podobne obozowiska powstały m.in. w Barcelonie, Sewilli i Maladze. 3 października na ulice kilkudziesięciu hiszpańskich miast wyszły setki tysięcy ludzi, niezadowolonych z braku działań państwa w kwestii polityki mieszkaniowej i zarzucających Sánchezowi niedotrzymanie obietnic. Jednak nie tylko na rząd wskazywano palcem podczas protestów.
Charakterystyczne dla całego ruchu są jego wyraźnie lewicowy charakter, skupienie wokół organizacji lokatorskich oraz język konfliktu klasowego. Dlatego jeszcze mocniej krytykuje on opozycyjną prawicę. W Hiszpanii polityka mieszkaniowa jest mocno zdecentralizowana, a znaczną część kompetencji mają wspólnoty autonomiczne i samorządy, zwykle kontrolowane przez konserwatystów. Urzędujący gabinet ma również niejako związane ręce za sprawą braku stabilnej większości, co zresztą pokazały ostatnie dni.
Pedro Sánchez zamienia kryzys mieszkaniowy w stawkę wyborczą
Odpowiedzią rządu na mobilizację społeczną związaną z kryzysem mieszkaniowym było wydanie dwóch dekretów. Przewidywały one m.in. przedłużenie do 2030 roku ochrony części lokatorów przed eksmisjami, ograniczenie spekulacyjnych zakupów mieszkań przez tzw. sępie fundusze, regulację najmu sezonowego i wynajmu pokoi oraz nowe zasady opodatkowania mieszkań turystycznych. Takie rozwiązania nie zadowalały w pełni protestujących, ale stanowiły dla nich krok w dobrym kierunku – natomiast prawica odbierała je jako nadmierną ingerencję państwa w rynek nieruchomości i naruszenie prawa własności. Aby wejść w życie, dekrety musiały zostać zatwierdzone przez parlament, a lewicowy rząd potrzebował do tego m.in. głosów Junts, czyli katalońskiej partii separatystycznej o profilu liberalnym. Mimo silnego nacisku społeczno-politycznego Katalończycy nie ulegli i zagłosowali przeciw, na co Pedro Sánchez zareagował rozwiązaniem parlamentu i zaplanowaniem nowych wyborów na 29 listopada.
To ryzykowne posunięcie, ponieważ sondaże od dawna przepowiadają zwycięstwo prawicy w najbliższych hiszpańskich wyborach parlamentarnych. Konserwatywna Partia Ludowa (PP) konsekwentnie wyprzedza PSOE, a skrajnie prawicowy Vox nie jest daleko z tyłu. Sprawujących władzę socjaldemokratów obciążają z jednej strony skandale korupcyjne z ich udziałem, z drugiej zwykłe zmęczenie wyborców ośmioletnimi rządami Sáncheza. Niedawny kryzys w Ceucie oraz kontrowersyjna polityka migracyjna tylko dodawały paliwa opozycji.
Jeśli jednak istnieje ktoś, kto mógłby odwrócić tę sytuację na swoją korzyść, to jest to właśnie Pedro Sánchez. Hiszpański premier bywa nazywany politycznym Houdinim, ponieważ do perfekcji opanował wychodzenie suchą stopą z niezwykle trudnych sytuacji. Trzykrotnie zwoływał przyspieszone wybory i za każdym razem utrzymywał stanowisko. Od 2018 roku rządzi Hiszpanią, mimo że nigdy nie dysponował stabilną większością rządową. Przetrwał szereg kryzysów, z których niektóre obciążały go osobiście. Już w 2023 roku wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na bliski koniec władzy PSOE, ale prawica nie zdobyła większości w wyborach. Czy i tym razem Sánchezowi uda się ucieczka spod topora?
Premier wciąż dysponuje kilkoma mocnymi kartami. Hiszpańska gospodarka należy do najszybciej rosnących w Europie, a bezrobocie według prognoz ma spaść poniżej 10 proc., co byłoby najniższym wskaźnikiem od 2008 roku. Sánchez będzie też przypominał o swojej popularnej polityce zagranicznej, zwłaszcza o twardej krytyce Donalda Trumpa oraz Izraela, przedstawiając głosowanie jako wybór między jego niezależnym rządem a posłuszną Waszyngtonowi i Tel Awiwowi prawicą. Kluczowa pozostaje jednak kwestia mieszkalnictwa.
Po rozwiązaniu parlamentu rząd nie zamierza jednak rezygnować z polityki mieszkaniowej. Szóstego października ponownie przyjął dwa dekrety, których odrzucenie kilka dni wcześniej stało się bezpośrednim impulsem do rozpisania przyspieszonych wyborów. Teraz trafią one do stałej deputacji Kongresu, działającej po rozwiązaniu parlamentu, w której Junts nie ma już wpływu. Sánchez może więc jeszcze przed wyborami wprowadzić część obiecanych zmian, a samo głosowanie przedstawić jako wybór między jego programem mieszkaniowym a propozycjami prawicy. To może jednak nie wystarczyć, zważywszy na skomplikowaną sytuację PSOE oraz jego sojuszników.
Rozbita lewica może pomóc prawicy wygrać wybory
W ostatnich latach Hiszpanie zdążyli się przyzwyczaić do tego, że podczas gdy PSOE rywalizuje z PP o pierwsze miejsce, to o trzecie toczy się walka między nacjonalistami z Vox a różnymi odsłonami socjalistycznych koalicji kilku partii. Kiedyś na czele z Podemos, ostatnio z Sumar wicepremierki Yolandy Diaz, która jednak ogłosiła już swoje odejście z polityki i nie będzie kandydować w tych wyborach. Po części jest to spowodowane problemami jej ugrupowania, które konsekwentnie traciło poparcie i poróżniło się z Podemos. Dlatego w miejsce Sumar powstaje Szeroki Front (FA) z zadaniem zjednoczenia na nowo lewicy i rozpoczęcia walki o przynajmniej powtórzenie wyniku z 2023 roku. Jego oficjalne przedstawienie zaplanowano na 17 października, ale na kilka dni przed tym terminem nie znamy jeszcze kandydata na premiera.
Podstawowym problemem pozostaje brak akceptacji Podemos dla nowego porozumienia. Partie już należące do FA oraz Podemos dzieli m.in. stosunek do Sáncheza – o ile politycy dotychczas skupieni w Sumar nie ukrywają chęci kontynuowania współpracy z PSOE, o tyle Podemos znacznie ostrzej krytykuje premiera i nie chce odtwarzać dotychczasowego układu w obecnej formie. Ewentualny osobny start obu formacji grozi rozproszeniem głosów progresywnych wyborców, ale dla PSOE ma także drugi wymiar: słaby wynik konkurentów z lewej strony może oznaczać powrót do dominującej pozycji, jaką partia miała przed pojawieniem się Podemos. Niewykluczone zresztą, że Sánchez jest pogodzony z porażką, a wybory w dogodnym momencie mają służyć jedynie minimalizacji strat. Wraz z rosnącymi słupkami sondażowymi i rozbiciem lewicy coraz bardziej realny stawał się scenariusz, w którym PP oraz Vox nie tylko wygrywają głosowanie, ale także zdobywają większość trzech piątych, która pozwoliłaby wprowadzać poprawki konstytucyjne i dała wolną rękę w nominacjach sądowniczych.
Niezależnie od tego, jakie będzie rozstrzygnięcie wyborcze, nie doczeka go bohaterka całego zamieszania – Maricarmen umarła w środę 7 października. Nie zdążyła wrócić do swojego domu, mimo że firma zarządzająca nieruchomością przestraszyła się protestów i zawarła porozumienie z lokatorką. Przeszkodził jej zły stan zdrowia, zdaniem wielu pogorszony przez kampanie sądowe i eksmisję, ostatecznie prowadzący do śmierci w madryckim szpitalu.
Jako symbol Maricarmen pozostanie jednak żywa. Zaledwie kilka godzin po informacji o jej zgonie organizacje lokatorskie i związki zawodowe potwierdziły strajk generalny zaplanowany na 11 listopada. Odbędzie się on osiemnaście dni przed wyborami, które Sánchez rozpisał, próbując zamienić kryzys mieszkaniowy w polityczną szansę. Dla rządu będzie to próba utrzymania władzy, podczas gdy ruch lokatorski liczy przede wszystkim na zapobiegnięcie wyrzucaniu kolejnych ludzi na bruk.










Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!