Świat

Komik prezydentem? Pięć lat po Majdanie Ukraińcy dalej głosują na mniejsze zło

Niecałe trzy tygodnie przed wyborami wciąż trudno prognozować, kto zostanie prezydentem Ukrainy. Ukraińscy politycy mainstreamu, w odróżnieniu od zachodnich, muszą się mierzyć z wojną, ale – podobnie jak oni – okazują wyborcom pogardę. Zyskują populiści – liderem sondaży od miesiąca jest komik Wołodymyr Zełenski, który gra prezydenta w telewizyjnym serialu.

 

Kampania wyborcza wkroczyła w decydującą fazę: 31 marca Ukraińcy pójdą do urn, by wybrać prezydenta kraju, a nazwisko nowego lidera najpewniej poznamy po drugiej turze 21 kwietnia. Jeszcze na początku roku wydawało się, że o zwycięstwo powalczą urzędujący prezydent Petro Poroszenko i była premierka Julia Tymoszenko. Teraz największym poparciem mieszkańców cieszy się showman i twarz popularnego studia produkującego programy satyryczne Kwartał 95 – Wołodymyr Zełenski.

Oczekiwania wobec lidera narodu ukraińskiego są wysokie: przyszły prezydent musi zmierzyć się z toczącą się od pięciu lat wojną w Donbasie, utrzymać kurs eurointegracyjny, usprawnić gospodarkę i zahamować intensywną emigrację. I chociaż z trójki na podium Zełenski jest najmniej doświadczony i najgorzej merytorycznie przygotowany, jego szanse rosną z tygodnia na tydzień. Ostatnie sondaże dają mu 25% poparcia, podczas gdy Poroszenko i Tymoszenko oscylują wokół 15–18%. Poparcie dla komika-polityka napędzają nowatorska kampania wyborcza i arogancja ukraińskich elit.

Ukraińcy nie wyjadą do Niemiec. Ale nie dlatego, że w Polsce jest im dobrze

Majdan zmienił społeczeństwo, nie rządzących

Pięć lat temu, po rozstrzelaniu tzw. Niebiańskiej Sotni i zwycięstwie Majdanu, Ukraińcom wydawało się, że ich państwo się odmieni. Zmiany miały rozpocząć się od wymiany elit politycznych. Jednak sotnik [aktywista Majdanu – przyp. red.] Wołodymyr Parasiuk okazał się zwykłym awanturnikiem, lotniczka Nadija Sawczenko przygotowywała zamach stanu przeświadczona o swojej roli mesjaszki, a dziennikarze Mustafa Najem i Serhij Łeszczenko co prawda zaangażowali się w reformy policji i struktur antykorupcyjnych, ale stracili reputację w wyniku skandali finansowo-obyczajowych. W efekcie prawie wszyscy uczestnicy kampanii prezydenckiej 2019 to „starzy znajomi” Ukraińców – postaci znane jeszcze z czasów prezydenta Kuczmy.

Do udziału w wyborach zarejestrowana została rekordowa w dziejach Ukrainy liczba kandydatów – 44. Z tym że teraz jest ich już tylko 39. Trzech, w tym prezydent Lwowa Andrij Sadowy, wycofało swoje kandydatury na rzecz eksministra obrony Anatolija Hrycenki, który reprezentuje wykształconych idealistów. Ostatni sondaż Grupy Ranking daje mu 10% poparcia. Na długiej karcie Ukraińcy znajdą też sierotę po rządzącej przed Majdanem Partii Regionów – Jurija Bojkę – oraz Ołeha Laszkę, protegowanego oligarchy Rinata Achmetowa, który od lat kreuje się na obrońcę ludu.

Większość zarejestrowanych to kandydaci techniczni – czyli wykreowani tylko po to, by odciągać elektorat oponentów, a w decydującym momencie poprzeć „patrona”. Nie dziwi więc, że większość kandydatów, którzy odpowiedzieli na wyborczy kwestionariusz Radia Swoboda, jako swój ulubiony film wskazało Ojca chrzestnego Coppoli. Przykładem jest Jurij Tymoszenko, który nie prowadzi kampanii wyborczej, a i tak w sondażach zbiera 2%, bo mylony jest z Julią Tymoszenko. W dniu wyborów „kradzież” może mieć większą skalę – spora cześć elektoratu Lady Ju to emeryci nieobeznani z technologiami manipulacji.

Nie poprawiła się jakość programów – chociaż prezydent na Ukrainie de iure odpowiada za politykę obronną i zagraniczną, kandydaci chętnie obiecują rzeczy, których nie będą mogli zrealizować, choćby chcieli. Julia Tymoszenko kusi obniżeniem taryf na gaz, Anatolij Hrycenko – pensją jak w Polsce, Wołodymyr Zełenski – podejmowaniem ważnych decyzji politycznych za pomocą referendum. Co drugi obiecuje przyciągnąć do domu emigrantów – ponad połowa Ukraińców w styczniu 2019 określiła masową emigrację największym zagrożeniem dla kraju, większym niż bieda i wojna z Rosją.

Ale są i dobre wiadomości – po raz pierwszy wśród liderów kampanii nie ma nikogo, kto by głosił konieczność orientacji na Rosję, a nie na UE. Owszem, Tymoszenko ma nowe pomysły na rozwiązanie kryzysu w Donbasie (w czym pomóc miałyby Stany, Chiny i Brazylia), Zełenski nie jest pewien, czy Zachód chce Ukrainę, a Bojko proponuje poprawić relacje z sąsiadami. Ale rozmowy o wielowektorowej polityce zagranicznej i możliwym członkostwie w Unii Eurazjatyckiej to już przeszłość.

Do nielicznych pozytywów warto dodać też, że tematy tożsamościowe nie odgrywają już tak ważnej roli: klasyczna amunicja „język ukraiński czy rosyjski” oraz „Bandera czy wielka wojna ojczyźniana [radzieckie określenie drugiej wojny światowej – przyp. red.]” niemal wyszła z użycia. Nawet wielkie osiągnięcie Poroszenki – uniezależnienie się ukraińskiej Cerkwi od Moskwy – zainteresowało raczej media zagraniczne niż elektorat. Wśród kandydatów nacjonalistycznych najwyższe poparcie ma wicemarszałek Rusłan Koszułyński – niecałe 1,5%.

Nie zjeść ciastka i nie mieć ciastka

Who is Mister Ze?

Największą sensacją kampanii pozostaje niewątpliwie Wołodymyr Zełenski. W materiałach agitacyjnych – po prostu Ze. Ze!Zespół, Ze!Państwo, Ze!Zmiany – sztab nawet się nie wysila, by propagować założenia programowe – promuje brand. W czasie gdy Poroszenko i Tymoszenko rywalizowali, kto zrekrutuje więcej agitatorów i zrobi bardziej patetyczną konwencję wyborczą, Ze wygrał internety – po raz pierwszy w historii Ukrainy stworzył wirtualną wspólnotę wyborców w kraju i za granicą. Jego konta na Youtube’ie i Telegramie mają rekordową liczbę followersów.

Zełenski to rocznik 1978, urodził się w Krzywym Rogu pod Dnieprem. Z wykształcenia jest prawnikiem, jeszcze w czasach studenckich występował w KWN – powstałym w latach 70. kabarecie, jednym z niewielu rozrywkowych elementów topornej rzeczywistości późnego ZSRR. Szybko trafił do Moskwy, ale że szefostwo nie podzieliło się z nim wystarczająco zyskami z popularności, musiał wrócić na Ukrainę, gdzie stworzył własny projekt – Studio Kwartał 95, które do dziś tworzy lwią część rozrywkowego kontentu dla ukraińskiej telewizji. Konkurs kabaretów Liga śmiechu, stand-up Kwartał wieczorem, sylwestrowe show: humor artystów Kwartału nie jest szczególnie wymagający. Odbiorca musi trochę się orientować w polityce, ale przede wszystkim – czerpać przyjemność z seksistowskich czy homofobicznych żartów.

Homofobia zabija po cichu

czytaj także

Homofobia zabija po cichu

Cecylia Jakubczak

Drogę do prezydenckiego fotela Zełenskiemu toruje jednak inny produkt – serial Sługa ludu, emitowany od 2015 roku przez jedną z najpopularniejszych stacji 1+1 (Polacy mogą obejrzeć go na kanale wPolsce albo na Netfliksie pod tytułem Sługa narodu). Ze nie musi prosić, by wyborcy wyobrazili go sobie jako lidera państwa. Oni już widzieli go w tej roli na ekranie. Sługa ludu opowiada o bardzo porządnym, a przez to biednym nauczycielu historii z Kijowa, Wasylu Hołoborodce. Bohater krytykuje chciwość i pazerność władz ukraińskich, jego kolega nagrywa to na wideo. Filmik na Youtube’ie szybko uzyskuje miliony odsłon, a wdzięczni uczniowie Wasyla organizują zbiórkę pieniędzy na rejestrację jego kandydatury. Hołoborodko wygrywa w pierwszej turze i – wraz z byłą żoną i kolegami z klasy, jedynymi przyzwoitymi – walczy z korupcją w aparacie państwowym. Misja nie jest łatwa, wszyscy wokół kradną na potęgę pod dyktando trójki oligarchów, którzy od czasu do czasu spotykają się, by przy szkockiej i pokerze czy biliardzie decydować o losach Ukrainy.

Czy Zełenski, gdy zaczął kręcić serial, myślał już o kampanii prezydenckiej? Zdania są podzielone. Część ekspertów uważa, że dopiero sukces pierwszego sezonu uświadomił mu tę obiecującą perspektywę. Partner biznesowy Ze – oligarcha Ihor Kołomojski – twierdzi, że to element świadomej strategii przyjętej po pomarańczowej rewolucji. Natomiast partia Sługa Ludu została zarejestrowana dopiero w 2018 roku. Rzeczywisty Zełenski ma jednak mało wspólnego z filmowym Hołoborodką: porusza się limuzyną z ochroną, a nie rowerem, wyzywa, a nie czaruje dziennikarzy – widz dał się uwieść. W państwie, gdzie politycy systematycznie oszukują, komuś udało się przynajmniej stworzyć przekonującą bajkę.

Sami wyprodukowaliśmy miliony medialnych analfabetów

Hałyna Petrenko z portalu Detektor Media porównuje działania Zełenskiego do wyczynów niebieskiego niedźwiadka Waldo z Czarnego lustra: nie ma programu, wulgarnie nabija się z konkurentów, ale ludzie są zachwyceni. I chociaż Waldo zdobywa drugie miejsce w wyborach, i tak robi światową karierę. Bo jest z nim fun.

Korupcja największą bolączką narodową

Sługa narodu jest czymś pomiędzy Uchem prezesa a House of Cards – z jednej strony to komedia, która celnie punktuje grzechy Ukraińców (narzekanie, niechęć do brania odpowiedzialności, ucieczka do tematów ideowych, gdy trzeba zwinąć więcej kasy), z drugiej – dramatyczna opowieść o tym, jak korupcja niszczy Ukrainę.

W Corruption Perceptions Index Ukraina w 2018 znajdowała się na 120 miejscu ze 180. Ostatni skandal korupcyjny wybuchł dwa tygodnie temu i rzuca cień na obecnego prezydenta Poroszenkę. Jak ujawniła ekipa dziennikarzy śledczych projektu Bihus Info, gdy cały naród w 2015 zbierał pieniądze na wyposażenie wojska, syn partnera biznesowego Poroszenki Ihor Hładkowski kupował z kolegami pochodzący z przemytu sprzęt wojskowy z Rosji i odsprzedawał go 4–5 razy drożej państwu ukraińskiemu. Chociaż sprawą zajęły się wszystkie możliwe organy, śledztwo umorzono po dostarczeniu łapówek. W każdym państwie UE ujawnienie takich faktów skutkowałoby falą aresztowań, a na Ukrainie Ihor Hładkowski nagrał wideo, w którym wprost kpi z dziennikarzy.

Wojna pozorowana

czytaj także

Wojna pozorowana

Anna Pawłowska

Zełenski doskonale wyczuł zmęczenie Ukraińców takimi incydentami. I formułuje diagnozy, ale nie proponuje rozwiązań – wideo na Youtube’ie, w którym rozmawia z obywatelami, to zestaw narzekań, a nie postulatów. A kierownik sztabu Zełenskiego, Dmytro Razumkow, zbywa dziennikarzy, gdy pytają, dlaczego lider kampanii nie chce rozmawiać z prasą czy debatować z innymi kandydatami.

Ze zrekrutował fachowców od mediów społecznościowych, ale nie zadbał o ekspertów od reform i polityki zagranicznej. Jego zwolennicy chętnie porównują swojego kandydata do Ronalda Reagana, który odniósł sukces w Hollywood, zanim został prezydentem USA. Tylko zapominają, że pomiędzy planem filmowym a Białym Domem Reagan zaliczył imponującą karierę w związkach zawodowych i Partii Republikańskiej, a przez osiem lat był gubernatorem Kalifornii.

Takie podejście powinno osłabić pozycję Zełenskiego. Konsolidacji elektoratu populisty pomagają jednak – już tradycyjnie – kandydaci liberalnego mainstreamu.

Platforma 2015, Clinton 2016, Poroszenko 2019

W obliczu wzrastającego poparcia dla Zełenskiego środowiska opiniotwórcze alarmują: w warunkach wojny z Rosją komik nie może przecież zostać prezydentem! Nieliczni spokojnie tłumaczą – jak Myrosław Marynowycz, dysydent z czasów radzieckich, a dziś prorektor Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego – że Poroszenko przy wszystkich swoich wadach jest, jako polityk przewidywalny i najmniejsze zło, najlepszym rozwiązaniem.

Takich jak Marynowycz nie jest wielu; większość zwolenników ukraińskiego mainstreamu woli dobrze znaną Polakom z 2015 roku metodę obrażania i poniżania oponentów oraz wyzywania wyborców Tymoszenko i Zełenskiego od ciemnogrodu i gorszego sortu. Za przykład może służyć facebookowy wpis dyrektora Ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza: „Źródła zaskakującej ZEkscytacji obywateli Ukrainy: niechęć do każdej władzy + błędy władzy dzisiejszej + sowiecki paternalizm + infantylizm milenialsów + małorosyjska fascynacja kulturą rosyjską + wsparcie oligarchicznej telewizji”.

W ten sposób ukraińskie elity popełniają błąd polskich oraz amerykańskich kolegów i koleżanek – zamiast zrozumieć rzeczywistość, zaczynają ją zaklinać. Tak jak Platforma nie chciała zrozumieć tych, którzy czują się przegrani po transformacji ustrojowej, a Hillary Clinton – tych, którzy nie radzą sobie ze skutkami globalizacji, tak i ukraińskie mądre głowy dają swoim rodakom niezależną Cerkiew i ruch bezwizowy z Unią, ale nie empatię i zrozumienie. Ukraińska gospodarka co prawda powoli dochodzi do siebie po kryzysie 2014 roku, wciąż jednak sporo osób boryka się z biedą, a jeszcze więcej – z brakiem poczucia bezpieczeństwa. Nie chcą i nie mogą być dumni z obiektywnych nawet osiągnięć kraju. Jak to zmienić? Zełenski nie wie. Ale przynajmniej nie wrzuca ich do „koszyka żałośników”, jak Hillary Clinton nazwała w ostatniej kampanii wyborców Trumpa.

Właśnie ta strategia – odpowiadanie na emocje tych, których wcześniej nie chciano słuchać, przynosi Zełenskiemu największy sukces. 46% jego wyborców to ludzie, którzy wcześniej nigdy nie głosowali. Wśród zwolenników Poroszenki i Tymoszenko to zaledwie kilka procent. W 2019 roku los ukraińskich wyborów zależy od tego, ile osób zechce swój facebookowy like zamienić na krzyżyk na karcie do głosowania.

***
Olena Babakova – absolwentka Wydziału Historii Kijowskiego Uniwersytetu Narodowego im. Tarasa Szewczenki, doktorka nauk humanistycznych w zakresie historii Uniwersytetu Białostockiego. W latach 2011–2016 dziennikarka Polskiego Radia dla Zagranicy, od 2017 koordynatorka projektów w Fundacji WOT. Współpracuje z polskimi i ukraińskimi mediami, m.in. Eastbookiem, Europejską Prawdą, Nowoje Wremia, Aspen Review, Kennan Focus on Ukraine. Pisze o relacjach polsko-ukraińskich i ukraińskiej migracji do Polski i UE.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.