Świat

Janiszewski: Ebola – łamiące wiadomości z frontu

Panika to jedno, a strach mobilizujący do działania to zupełnie coś innego.

W brytyjskim serialu BBC o wdzięcznym tytule Broken News, będącym w całości kpiną z telewizji informacyjnych, jest scena, którą szczególnie uwielbiam. Oto czołowy reporter stacji PVS News Will Parker stoi przed szpitalem w Atenach, gdzie najprawdopodobniej wykryto pierwszy przypadek śmiercionośnej grypy pomidorowej, i w łączeniu na żywo relacjonuje najnowsze wypadki. Na razie jednak jedyne, co ma do przekazania, to informacja, że „doktor Apostolonopolus”, który zajmuje się pacjentką zakażoną „pomidorówką”, jeszcze nie wyszedł do dziennikarzy. Zaczyna się więc klasyczne szycie:

– A czy wiemy, co powie, jak już wyjdzie? – pyta prowadząca ze studia.
 – Nie, Frances, niestety nie wiemy i najpewniej nie dowiemy się, póki nie przyjdzie tu do nas i nie powie tego, co najpewniej ma powiedzieć.
– Will, skoro mówisz, że nie wiemy, co powie, to dokładnie czego nie wiemy? – nie odpuszcza dociekliwa prowadząca.
– Cóż, Frances, nie wiemy, jak się nazywa zakażona kobieta, nie wiemy, jakie ma objawy, i na tym etapie, muszę przyznać, nie wiemy także, czy doktor Apostolonopolus jest mężczyzną, czy też, w gruncie rzeczy, kobietą.

I tak dalej, w tym stylu. Relacje o grypie pomidorowej pęcznieją, kolejne stacje mnożą kolejne scenariusze i informują o pochodzeniu patogenu. Z niusowych infografik dowiadujemy się, że wśród możliwych symptomów są: „zimne i gorące poty; zimne i gorące bóle; bolesne poty; cieknący, bolesny lub spocony nos; ogólne zmęczenie; lekkie oszołomienie; utrata wody; mruganie, a w skrajnych wypadkach także śmierć”. Oraz że obowiązkowo powinniśmy skontaktować się z lekarzem, jeśli którykolwiek z objawów zaobserwujemy u siebie. Informowanie odbywa się tu przez powtarzanie oczywistości, listy pytań lub serwowanie zupełnie nieprzydatnych porad.

Twórcy serialu wyłapali to, co jest największą słabością współczesnej komunikacji elektronicznej – że właściwie częściej jest ona ogrywaniem niewiedzy niż przekazywaniem wiedzy. I że w telewizyjnym show sens abdykował. To już nie jest dziennikarstwo, to jest infotainment.

Tak się jednak składa, że śledząc doniesienia z frontu walki z ebolą, można odnieść całkiem podobne wrażenie. I co gorsza, nie chodzi tu już tylko o samą kiepską kondycję mediów, lecz rodzaj politycznego kadryla, który w obliczu najnowszej odsłony tej epidemii zaczęły tańczyć międzynarodowe instytucje.

Co właściwie słyszymy? Przede wszystkim zapewnienia, że światu zachodniemu, wyposażonemu w precyzyjne mechanizmy kontroli i monitorowania zakażeń, nie grozi pandemia. To uspokajanie od początku nie było szczególnie taktowne, a po ostatnim dramatycznych zajściach w Monrovii, gdzie dochodzi do starć ulicznych – powinno ustać zupełnie. Podobnie jak stwierdzenia, że WHO przejęło się sytuacją w Afryce Zachodniej i robi, co może. Robi teraz, a o eboli słyszy od 1976 roku. Nawet wielkopański gest „dopuszczenia” eksperymentalnego leku ZMapp, którego co prawda właściwie wcale nie ma, bo nie jest produkowany (dostępnych jest w najlepszym wypadku tysiąc dawek), nie zmienia tutaj wiele. Tym bardziej, że nawet samo WHO w oficjalnym komunikacie przyznało całkiem wprost, że lek (o ile w ogóle zadziała) i tak nie wpłynie na bieżącą sytuację epidemiologiczną.

Koniec końców przekaz jest taki, że jeśli masz pecha mieszkać w kraju objętym epidemią, to nie mamy dla ciebie dobrych wieści. A jeśli nie, to właściwie możesz spać spokojnie, jeśli tylko naprawdę ufasz specom od medycyny tropikalnej.

Właściwie to w tym wszystkim trochę brakuje mi Frances, która zapytałaby ze studia: „A czy wiemy, czego nie wiemy?”. I Willa, który z idiotyczną precyzją odpowiedziałby na to pytanie. Mogłoby się wówczas okazać, że są to całkiem podstawowe sprawy. Nie wiemy na przykład, w jaki sposób ebola przenosi się w środowisku naturalnym i jak to się stało, że zarazek przewędrował wiele tysięcy kilometrów z Afryki centralnej do zachodniej. Ktoś go tam oczywiście zawlókł, ale kto? W mediach króluje opowieść o nietoperzach owocowych. Brak jednak badań potwierdzających tę tezę, skądinąd przerażającą, bo jeśli rzeczywiście podejrzewane trzy gatunki mogą przenosić wirusa (także przez odchody, niekoniecznie przez konsumpcję zakażonego mięsa), to obszar potencjalnego ryzyka wystąpienia kolejnych epidemii rozszerza się na całą bez mała Afrykę Subsaharyjską. I to też świadczyłoby na niekorzyść międzynarodowych instytucji i organizacji dziś tak zdziwionych tajemniczym zawleczeniem, bo hipoteza nietoperzy owocożernych również liczy już prawie dekadę.

To nie koniec. Najświeższa hipoteza dotycząca transmisji eboli wskazuje na świnie domowe i makaki. Co więcej – przy jej badaniu okazało się, że droga zakażenia obu gatunków w rzeczywistości laboratoryjnej była inna, niż pierwotnie przypuszczano. Makaki zakażały się od świń drogą kropelkową, choć przy dość bliskim kontakcie. Czy to oznacza, że w podobny sposób może dochodzić do zakażenia pomiędzy ludźmi? Nigdy nie udało się tego potwierdzić. Gdyby ebola była równie zakaźna co grypa, bilans ofiar byłby zdecydowanie większy. Zakłada się więc, że do zakażeń tą drogą może dochodzić, ale tylko na krótki dystans, więc problem dotyczy głównie opiekunów osób chorych, zwłaszcza personelu medycznego. Kto wie, może to ten czynnik, a nie, jak się powszechnie uważa – nieprzestrzeganie procedur, odpowiada za dramatyczną sytuację w ośrodkach medycznych w Gwinei i Sierra Leone. Słyszymy przecież o ofiarach nie tylko wśród lekarzy, ale także osób odpowiedzialnych za procedury odkażania kombinezonów ochronnych.

„Nie przypadkiem kraje dotknięte epidemią należą do światowej czołówki najgorzej rządzonych” – pisze w swoim, jak zawsze przemądrym, wstępniaku „The Economist”. I dalej dodaje, że gdyby zdrowie publiczne w Gwinei i Sierra Leone stanowiło rzeczywistą wartość, bilans ofiar byłby mniejszy. Pewnie i racja, ale nie bądźmy wcale tacy pewni. To zdumiewające, w ilu materiałach publikowanych w czasopismach medycznych wielkiej zacności (jak „Lancet”, „New England Journal of Medicine” czy choćby „PLOS”) podkreśla się, że choć ebola zaliczana jest do grona tzw. gorączek krwotocznych, to krwotok nie musi w tym wypadku wystąpić, a jeśli nawet, to może być ukryty. Skoro w poważnych publikatorach trzeba sobie przypominać podstawy i korygować nazewnictwo, to znaczy, że naprawdę jesteśmy dopiero na samym początku porządnej ścieżki badawczej. A skoro tak, to skąd ta pewność, że epidemia nawet w lepiej zarządzanym kraju niż Gwinea nie rozwijałaby się w ukryciu? Być może rzeczywiście minęłoby mniej czasu niż trzy miesiące (tyle według analizy prof. Sylvian Baize z Instytutu Pasteura minęło, zanim ebola w rejonie Gueckedou i Macenty w Gwinei została zauważona i powiadomiono WHO w marcu 2014 roku), ale skąd pewność, że służby epidemiologiczne gdzie indziej reagowałyby w znacząco większym tempie i z lepszą precyzją? Skoro cała rzecz polega na szybkiej izolacji chorych i 21-dniowej obserwacji tych, którzy mogli zostać zakażeni, to zastanówmy się, ile krajów naprawdę umiałoby to porządnie zrobić? Europa Zachodnia, Ameryka Północna, Japonia?

To wszystko brzmi jak tanie panikowanie, zaś polityka instytucji stojących na straży zdrowia publicznego, choćby nawet niczego nie umiały i na niczym się nie znały, zawsze stawia sobie za cel hamowanie tego rodzaju reakcji. Panika ma być gorsza od wszystkiego, należy ją wygasić na najwcześniejszym etapie. To pewnie racja, ale panika to jedno, a strach mobilizujący do działania to zupełnie coś innego.

Ebola jest chorobą tak mało znaną i tak trudną do opanowania także dlatego, że postrzegano ją jako problem samorozwiązywalny.

Pojawiała się, zabijała w błyskawicznym tempie wszystkich narażonych na kontakt z chorymi, po czym naturalnie wygasała. Może nie jest to najelegantsze i najbardziej moralne z uzasadnień dla faktu, że tak niewiele zrobiono, by znaleźć na nią lekarstwo, ale jak dotąd to działało. Ostatnia epidemia, jej skala i siła dowodzą, że chyba właśnie przestało.

Ebola wyszła poza obszar uznany za endemiczny i sama ta wieść powinna wszystkim dać do myślenia. Trudno powiedzieć, czy tak będzie. Od czasu powszechnej egzaltacji Milenijnymi Celami Rozwoju minęło sporo czasu, a to właśnie wtedy przypomniano sobie o konieczności leczenia tzw. zaniedbanych chorób tropikalnych, bezlitośnie podkreślając, że tylko 1,1% nowych leków zarejestrowanych w latach 1979-99 było adresowanych do tej właśnie grupy. Trzy lata temu „Lancet” opublikował dość przygnębiające zestawienie pokazujące, że w kolejnej dekadzie (2000-11) wcale nie było dużo lepiej. Wprowadzono na rynek tylko jeden nowy związek chemiczny leczący biegunki tropikalne oraz dwa na malarię. Z ponad 150 tys. badan klinicznych przeprowadzanych na świecie tylko 2 tys. miało na celu przetestowanie produktów tej grupy. Zważywszy, że według ostrożnych szacunków firm farmaceutycznych tylko 1 z 5 tys. środków chemicznych przechodzi tę fazę z pozytywnym wynikiem i trafia do rejestracji – istnieje spora szansa, że dobrych wieści brak.

Na Zachodzie bez zmian. Przekazanie ZMapp-u ludziom chorym na ebolę może być wyrazem troski i próby niesienia pomocy, może być także próbą ocalenia twarzy. Skoro naprawdę nic nie mamy, to przynajmniej poudawajmy, że coś robimy.

A skoro tak, to nie dziwmy się Lekarzom Bez Granic, że ich ostatnie komunikaty są miażdżące: ebola w Afryce nikogo nie obchodzi, tak naprawdę nie ma żadnej reakcji na ten potężny medyczny kryzys.

–  Czy to znaczące, że nie wiemy, czego nie wiemy? – pytała dramatycznie Frances z serialu Broken News.
– To doskonałe pytanie Frances – odpowiadał filozoficznie Will Parker. – Może coś znaczyć, że władze nie podały tych istotnych, nieznanych nam do tej pory szczegółów, zwłaszcza jeśli zważymy fakt, iż poznawszy je, dowiemy się z całą pewnością, że nie zostały do tej pory w żaden sposób ujawnione.

I co najgorsze jego bredzenie okazuje się w niektórych sytuacjach całkiem niezłym opisem problemu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Janiszewski
Jakub Janiszewski
Dziennikarz, reporter
Dziennikarz radia Tok FM. Ukończył Wydział Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Dziennikarstwem zajmuje się od 1999 roku. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, gdzie publikuje reportaże i wywiady. W 2006 opisał historię czterech młodych kobiet zakażonych wirusem HIV przez Simona Mola - znanego działacza na rzecz imigrantów. Wkrótce potem zajął się innym tematem powiązanym z HIV - polityką narkotykową. W swoich audycjach próbuje pokazać problematykę społeczną w kontekście systemu legislacyjnego i praw człowieka. Był nominowany do nagrody Mediatory 2006.
Zamknij