Świat

Dymek: Odłamkami z Panamy w hipokryzję elit

Czego dowiadujemy się z „największego śledztwa dziennikarskiego w historii”?

W nieco ponad dobę po publikacji Panama Papers, wyniku „największego śledztwa dziennikarskiego w historii”, sprawa unikania opodatkowania i utajania przepływów finansowych zyskała status tematu numer jeden na świecie. BBC poświęciła materiałom i kolejnym politycznym tąpnięciom, które wywołały, połowę z całego serwisu międzynarodowego – nie tylko dlatego, że wyciek jest tak spory, ale także dlatego, że tyle czasu zajęło samo wymienienie miejsc, gdzie protestują obywatele i ewentualnych dymisji, do których Panama Papers mogą doprowadzić. W Chinach i Rosji już blokowany jest dostęp do stron internetowych zawierających „panamskie kwity”. Rzecznik Davida Camerona informuje, że ewentualne zamieszanie rodziny premiera Wielkiej Brytanii w całą aferę to „prywatna sprawa”; szybko na Twitterze odpowiada mu Edward Snowden – „o, czyli teraz prywatność się liczy?”. Na chwilę świat zakręcił się wokół Panamy. Momentami tak bardzo, że aż nie dało się otworzyć strony internetowej odpowiedzialnego za publikację Międzynarodowego Konsorcjum Dziennikarzy Śledczych (International Consortium of Investigative Journalists, ICIJ).

Co się działo za złotymi drzwiami?

Wreszcie historię tę można poznać ze szczegółami u źródła, w największym skrócie było tak: kancelaria prawna działająca w Panamie pod nazwą Mossack Fonseca zakładała dla swoich klientów spółki-przykrywki w rajach podatkowych, takich jak Wyspy Dziewicze, albo krajach, których prawo (albo luki w nim) pozwalają uniknąć ograniczeń (związanych na przykład z sankcjami międzynarodowymi) obowiązujących w kraju ojczystym klientki lub klienta. Cel tych operacji był różny – od „niewinnego” unikania podatków do interesów (także zbrojnych) z Koreą Północną i Syrią.

Dzięki tym operacjom interesy w najlepszym wypadku niejawne, a w najgorszym wprost zbrodnicze, pozostawały słodką tajemnicą biznesowych i politycznych elit, bezpiecznie chronioną przed wymiarem sprawiedliwości i osądem mediów.

Kolejne nagłówki – których będzie w najbliższych dniach naprawdę sporo – informują o tym, jak wiele osób darzonych publicznym zaufaniem (jak premier Islandii, który wygrał wybory także dzięki retoryce patriotyzmu gospodarczego, czy piłkarz Lionel Messi, który niedawno spełnił marzenia małego Afgańczyka, wysyłając mu swój autograf i koszulkę) mogło być klientami kancelarii Mossack Fonseca. A obok „niespodzianek” są i stałe typy: tu bankier, który wypatrzył okazję do dorabiania na boku; tu mataczący polityk wyprowadzający z kraju miliony (które sam wcześniej z państwowej kasy „sprywatyzował” na własny użytek); tu dzieci i krewni premierów, którzy przepisali na nich warte miliony posiadłości na całym świecie jako polisę na przyszłość.

Najbardziej bulwersujące aspekty operacji finansowych ujawnionych przez dziennikarki i dziennikarzy można przybliżyć sobie dzięki animacji wprowadzającej – w krótkim materiale mowa m.in o handlu ludźmi i sprzedawaniu paliwa armii Basszara Al-Assada.

Nihil novi?

Czy można powiedzieć, że unikanie opodatkowania i niejasne transakcje finansowe są czymś nowym? Nie, nawet jeśli część mediów relacjonuje Panama Papers, jakby tak było, a pewna część obserwatorek i obserwatorów zdaje się dopiero teraz uznawać problem za ważny. Organizacje takie jak Tax Justice Network czy Global Alliance for Tax Justice mówią o problemach rozwojowych i fiskalnych, które nękają przede wszystkie uboższe kraje w związku z unikaniem opodatkowania przez korporacje i miliarderów, od wielu lat. W Polsce problemowi ostatnio przyglądał się Instytut Globalnej Odpowiedzialności – raport „50 twarzy unikania opodatkowania” ukazał się pod koniec 2015 roku – ale także NIK zwracał uwagę równie niedawno, „że w polskim systemie podatkowym wciąż nie ma klauzuli generalnej przeciwko unikaniu opodatkowania. Klauzula to rozwiązanie prawne stosowane wobec podatników podejmujących fikcyjne działania gospodarcze i tworzących sztuczne konstrukcje prawne, które mają im przynieść znaczne korzyści podatkowe”. Komisja Europejska stara się zmodyfikować klauzulę o podwójnym opodatkowaniu tak, aby nie była wykorzystywana celem transferowania pieniędzy do rajów podatkowych, a komisarz Margarethe Vestager bije się z firmami, które sztucznie zaniżają swoje zyski, by płacić w Europie mniej. Problem jest na świecie dobrze rozpoznany, a już po zwycięskiej kampanii Prawa i Sprawiedliwości – które m.in. dzięki zwiększeniu ściągalności podatków obiecywało sfinansować wyborcze obietnice – nie można mówić, że i w Polsce nie został uznany za strategiczny. Bo to właśnie w zmniejszeniu luki podatkowej lub ściągnięciu „z powrotem” firm, które wcześniej wyprowadziły swoje zyski, wiele państw zwalniającej gospodarczo Europy widzi szansę na stabilizację i rozwój bez dalszych bolesnych cięć usług społecznych lub podwyższania danin państwowych.

Czego więc nowego dowiadujemy się z Panama Papers i jakie mogą one mieć znaczenie? Po pierwsze, tego że unikanie opodatkowania to proceder, którego skali nie można dłużej ignorować. Widzimy jasno (a przecież Mossack Fonseca to tylko jedna z firm zajmujących się tego rodzaju działalnością), że politycy i elity nie tylko ze „złych” krajów nie mają oporów, by oszukiwać swoich rodaków. Nie jest to wyłącznie problem bananowych republik i dyktatorów, ale sprawa dotyczy również „nas”. Co prawda, można powiedzieć, że już wycieki z Luksemburga z 2014 roku, rzucające światło na niejasne posunięcia Jean-Claude’a Junckera jako premiera tego kraju, pokazały, że od złych intencji nie są wolni nawet politycy najbardziej skorzy do mówienia o „europejskich wartościach” – ale między LuxLeaks a Panama Papers jest różnica kilku wielkości. Poza tym, o ile wiele poprzednich afer z unikaniem opodatkowania w tle uwypuklało jednostkowe – i za każdym razem nieco odmienne – zagrania polityków i biznesu, Panama Papers pokazuje ich jednakowość, wspólny wymiar.

Jeżeli europejscy politycy robią biznesy takie, jak Assad i Putin, a do tego korzystają z usług tego samego pośrednika, to już trudno powtarzać formułki o business as usual, prawda?

To potężny symboliczny cios w całą opowiastkę o tym, że co nie jest zakazane, jest dozwolone, do której uciekają się postawieni pod publiczny osąd politycy i biznesmeni – nierzadko nie umiejący się nawet sprawnie bronić, jak premier Islandii, który próbował uciec w trakcie wywiadu, ale i to spartolił . Okazuje się, że całe lata powtarzania, że unikanie opodatkowania jest karygodne – nawet jeśli bywa legalnie do obrony – nie są tyle warte, co pokazanie, że tu chodzi o coś jeszcze: o grę w tę samą grę, i wspólnymi zabawkami, co politycy najbardziej przez zachodnią opinię publiczną znienawidzeni i pogardzani. Przez skojarzenie z nimi cały światek offshoringu dostaje dziś większy łomot niż dzięki jakiemukolwiek, najlepszemu nawet raportowi czy ustaleniom watchdoga.

Druga rzecz, którą boleśnie przypomina publikacja Panama Papers – bo i to nie było w zasadzie tajemnicą – to fakt, że nic w tym systemie nie jest niewinne. Nawet jeśli ktoś wchodził w unikanie opodatkowania – które Szymon Grela barwnie porównuje z zażywaniem kokainy – oszukując się, że to tylko i aż pieniądze, że o nic więcej tu nie chodzi, nigdy nie będzie już czysty. Bo te pieniądze – całkiem jak te, które ostatecznie trafiają do latynoamerykańskich narkotykowych bonzów – posłużą do finansowania reżimów i przestępców. Nie ma czegoś takiego jak „tylko” unikanie podatków – są też tego konsekwencje. Nieco tylko wyjaskrawiając problem: półlegalnymi środkami, przy użyciu pieniędzy także europejskich i amerykańskich podatniczek, stworzono „bank rezerwy”, „plan B”, „fundusz inwestycyjny” dla zbrodniarzy i narzędzie ukrywania przestępstw przed wymiarem sprawiedliwości. Kto po Panama Papers powie jeszcze, że to „normalna praktyka biznesowa”? Kto z uśmiechem na twarzy będzie skłonny przyznać, że jest klientem tej samej kancelarii, co Kim-Dżong Un? Kto odnajdzie jakikolwiek sens, by dalej godzić się na istnienie rajów dla bogaczy? Niewielu. Być może na polu bitwy zostanie tylko Witold Gadomski z „Gazety Wyborczej”, opowiadający o „pozytywnej roli optymalizacji podatkowej” i „pożytkach z rajów” – jak na ironię, tej samej „Gazety Wyborczej”, która jako jedyny polski tytuł wzięła udział w pracach nad dokumentami i sama przygotowała kilkanaście dobrych tekstów opublikowanych w ciągu ostatnich dni.

Po trzecie i ostatnie, Panama Papers po prostu przygniatają rozmachem – dokumentów było 11,5 miliona, pracowały nad nimi dziesiątki redakcji i dziennikarek, a ujawnione fakty, powiązania i liczby to materiał dla kolejnych tysięcy. I tak samo wielka jest liczba ujawnionych operacji i osób, które były zaangażowane w nie. Jedna tylko wizualizacja, obejmująca ponad sto tysięcy (a to tylko część) podmiotów będących klientami Mossack Fonseca uderza wielkością i skomplikowaniem – to po prostu trzeba zobaczyć. A z każdym nowym newsem, wraca niepokojąca świadomość, że odkryliśmy tylko jedno z ogniw łańcucha – niektórzy mówią, że całe Panama Papers nie obejmują nawet 10% tajnych przepływów finansowych na świecie.

To dopiero początek

Olbrzymia ilość ujawnionych danych jednocześnie jest dobrą wiadomością, bo im bardziej nienaturalna czy skandaliczna w oczach opinii publicznej będzie skala tego globalnego skandalu – tym większa szansa, że problemem będą musiały zająć się, tym razem na poważnie, światowe potęgi. Można mieć nadzieję, że zadziała choćby chilling effect i presja na polityków wybieralnych w wyborach powszechnych – mało kto będzie chciał powtórzyć krótką karierę Sigmundura Davíð Gunnlaugsson – którego rezygnacja w związku z aferą była procesem szybszym niż pisanie tego tekstu. Jeszcze we wtorek rano premier trzymał się fotela, wieczorem już go nie ma.

Nawet jeśli raje podatkowe nie znikną od razu i nie od jednej kanonady, to rykoszetem dostała dziś też hipokryzja i obłuda. Nadkruszono fasadę zbudowaną z zawsze pozytywnych opowieści o „wolnym przepływie kapitału” i rzekomo zbawiennym wpływie tego faktu na świat.

Skompromitowano szereg polityków i wyposażono społeczeństwa w narzędzia do oceny i weryfikacji ich własnych elit, a także udzielono przestrogi tym, którzy będą chcieli mataczyć w przyszłości. To i tak dużo, jak na rzekomo umierające dziennikarstwo śledcze.

***

Kolejne teksty w serii Panama Papers ukazują się na bieżąco na stronach ICIJ i, w języku polskim, w „Gazecie Wyborczej”.

**Dziennik Opinii nr 97/2016 (1247)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij