Świat

Długa chilijska zima

Po odrzuceniu przez chilijski parlament raportu komisji śledczej badającej nieprawidłowości w tamtejszych prywatnych wyższych uczelniach trwają studenckie protesty w Chile.

Polityczna awantura wybuchła w Chile 20 lipca, kiedy deputowani rządzącej prawicowej koalicji Alianza większością jednego głosu odrzucili raport komisji śledczej Izby Deputowanych. Raport wieńczył wielomiesięczne śledztwo w sprawie niedozwolonych praktyk finansowych w chilijskich prywatnych uczelniach wyższych. Według śledczych na co najmniej siedmiu uniwersytetach wykryto przypadki nepotyzmu, outsourcingu usług edukacyjnych i bezprawnego zawyżania wynagrodzeń dyrektorów i rad zarządzających. Raport potwierdził powszechne w opinii publicznej przekonanie, że komercyjne uczelnie, obsługujące około 80% rynku edukacji wyższej w Chile, są w istocie maszynami do generowania zysków dla ich właścicieli, zarabiających kosztem pensji wykładowców, rosnących opłat studentów oraz dotującego je budżetu państwa.

Co więcej, dokument pojawił się tuż po tym, jak w prywatnym Universidad del Mar w Valparaiso zarządzono państwowy audyt. Dramatycznie zadłużonej placówce zarzucano, że otrzymała akredytację tylko dzięki przekupieniu urzędników ministerstwa edukacji. Tuż przed rozpoczęciem kontroli miejscowa federacja studencka ogłosiła, że uczelnia znajduje się en toma („pod okupacją”) i zażądała prowadzenia audytu w obecności przedstawicieli studentów i pracowników.
Emocje i dramatyczny podział Izby podczas głosowania można łatwo wytłumaczyć faktem, że działalność komisji miała od początku podtekst polityczny. Powołali ją deputowani opozycyjnej centrolewicowej Concentración pod wpływem doniesień, że uczelnie prywatne korzystają z nielegalnej protekcji rządzących, w tym ówczesnego ministra edukacji Joaquina Lavina, założyciela i udziałowca prestiżowego Universidad del Dessarollo. Politycy rządzącej Alianzy od początku skarżyli się, że śledztwo jest jedynie próbą skompromitowania rządu, wyrazem „irracjonalnej obsesji na punkcie prywatnej inicjatywy w edukacji”.

Partyjne gry wokół raportu komisji są dość przejrzyste. Znacznie dłuższego tłumaczenia wymaga to, dlaczego dyskusja wokół niego rozgrzała całą opinię publiczną. Skąd w chilijskim społeczeństwie pojawiła się „obsesja” na tle nie tylko komercyjnych uczelni, ale w ogóle edukacji?

Jest ona efektem masowych protestów studentów, uczniów i nauczycieli, które wybuchły w połowie 2011 roku. Ich głównym celem było ustanowienie w Chile powszechnego systemu bezpłatnej edukacji wyższej. Ruch nazywany chilijską rewolucją demokratyczną lub Chilijską Zimą (przez analogię do Arabskiej Wiosny) sparaliżował na wiele miesięcy pracę szkół i uczelni w całym kraju. Na ulicę wyszło setki tysięcy studentów i pracowników edukacji, solidaryzujące się z nimi związki zawodowe ogłosiły strajk generalny. 

„23-latka, która rzuciła kraj na kolana”


Trudno jednoznacznie wskazać początek Chilijskiej Zimy. Pierwsze protesty, nie zapowiadające jeszcze skali przyszłego buntu, miały miejsce na początku maja 2011 roku. Organizujące je Konfederacja Studentów Chile (CONFECH), zrzeszająca związki studenckie 25 najważniejszych uczelni kraju, chciała przy ich pomocy zmusić konserwatywnego prezydenta Sebástina Piñerę do podjęcia tematu szkolnictwa wyższego w zbliżającym się dorocznym orędziu.  Postulaty darmowej nauki dla 75% najbiedniejszych  studentów, zwiększenia państwowych nakładów na uniwersytety i studenckiego współudziału w zarządzaniu uczelniami nie zyskały aprobaty konserwatywnego rządu, broniącego mechanizmów rynkowych w edukacji. Prezydent i minister edukacji Lavin, rozmijając się zupełnie z duchem rodzącego się ruchu, wzywali do „większej elastyczności” uniwersytetów i „ściślejszych związków uczelni ze światem biznesu”.

Postulaty protestujących zostały natomiast podchwycone przez całą społeczność studencką kraju, włącznie ze studentami z uczelni spoza CONFECH. Poparcie dla nich zgłosiły także związki wykładowców i nauczycieli, a nawet zrzeszenie pracowników ministerstwa edukacji (ANDIME), występujące przeciw linii politycznej własnego resortu. 20 czerwca większość uczelni odpowiedziała na wezwanie Konfederacji do poparcia żądań strajkiem; w części uczelni przybrał on postać strajków okupacyjnych (tomas). Jednak największego rozpędu protesty nabrały dzięki włączeniu się w nie uczniów szkół średnich. Ich organizacje, choć słabsze i rozproszone w porównaniu z CONFECH, doprowadziły do prawdziwej epidemii tomas. Setki liceów w całym kraju, zabarykadowanych szkolnymi ławkami i obwieszonych transparentami, były nieprzerwanie okupowane przez uczniów. Do lipca chilijskie szkolnictwo na szczeblu wyższym i średnim zostało sparaliżowane.

Okupacje szkół i uczelni były tylko jedną z wielu form wielomiesięcznych protestów, które przetoczyły się przez cały kraj. W stolicy organizowano happeningi sięgające od maratonów całowania się przed pałacem prezydenckim do pozorowanych zasłabnięć dziesiątek uczniów w szkolnych mundurkach. W niektórych strajkujących liceach prowadzono głodówki, doszło też do krótkich okupacji budynku Senatu, siedziby partii prezydenckiej i stołecznego ratusza. W sierpniu główna centrala związkowa CUT przeprowadziła dwudniowy strajk generalny w geście solidarności z ruchem. Jednak najbardziej efektowną formą protestów, mających zmusić rząd do ustosunkowania się do postulatów ruchu, pozostawały masowe manifestacje na ulicach Santiago de Chile. Legalne i nielegalne marsze i wiece setek tysięcy studentów, uczniów, nauczycieli i związkowców, sięgające momentami miliona uczestników (w 5,5-milionowym mieście!), świadczyły wymownie o sile ruchu.

Tak masowe wystąpienia zostały uznane przez rządzących za wyzwanie rzucone całemu systemowi politycznemu. Cristián Labbé, polityk skrajnie prawicowej Niezależnej Unii Demokratycznej (UDI), stanowiącej trzon Alianzy, ubolewał nad siłą protestów i zbyt słabą reakcją władz w obronie istniejącego porządku. Popularną liderkę CONFECH Camilę Vallejo nazwał „demoniczną 23-letnią dziewczyną, która jest dość atrakcyjna i sprytna, by zmobilizować pół społeczeństwa i rzucić cały kraj na kolana”. Sam Labbé, jako mer podstołecznego Providencia, dawał przykład zdecydowania rozbijając tomas w miejscowych liceach przy pomocy policji i relegując z nich większość uczniów za udział w protestach. Jego partyjny towarzysz Pablo Zalaquett, burmistrz Santiago, nie ukrywał, że uważa protestujących za „przestępców”, dążących do „spolaryzowania kraju i wywołania wojny klasowej”. Podległe mu stołeczne siły carabinieros podejmowały próby rozpraszania najwiekszych studenckich manifestacji, czego skutkiem były regularne bitwy uliczne pomiędzy encapuchados („zakapturzonymi”) a policją. Brutalne zachowanie policji nawet wobec nieletnich manifestantów i nieograniczone użycie wozów opancerzonych, armatek wodnych i gazu łzawiącego ściągnęły na Chile kolejne pouczenia UNICEFU, Organizacji Państw Amerykańskich i Komisarza ONZ ds. Praw Człowieka. Pomimo to minister Lavin udzielił poparcia wszystkim władzom lokalnym odbijającym siłą okupowane szkoły, a rząd Piñery rozpoczął prace nad ustawą uznającą za przestępstwa przeciw porządkowi publicznemu okupowanie szkół i urzędów oraz zakrywanie twarzy i znieważanie funkcjonariuszy publicznych. Kulminacją brutalności policji stała się śmierć 16-latka, zabitego 25 sierpnia przez strzelających z przejeżdżającego radiowozu carabinieros.

„Edukacja mogłaby być darmowa…”


Gwałtowność sporu pomiędzy protestującymi a rządem może zaskakiwać. Wynika ona jednak z faktu, że żądania ruchu uczniów i studentów godzą w istotę systemu edukacji, stanowiącego jeden z filarów neoliberalnego ładu społeczno-gospodarczego Chile. Jest on spadkiem po dyktaturze Augusto Pinocheta, która w 1990 roku zastąpiła typowy latynoski model edukacji publicznej edukacją zdominowaną przez sektor prywatny i mechanizmy rynkowe. W szkolnictwie wyższym nastąpiło gwałtowne ograniczenie państwowego finansowania. W 1973 roku pokrywało ono ok. 90% kosztów funkcjonowania uniwersytetów, obecnie ok. 10%. Według tygodnika „Times Higher Education” roczne fundusze państwa chilijskiego na szkolnictwo wyższe to 1,6 miliardów dolarów, czyli przeciętne wydatki Brazylii na jedną państwową uczelnię. Efektem był spektakularny rozrost nastawionych na zysk uczelni prywatnych, obsługujących obecnie ok. 80% chilijskich studentów oraz dramatyczny wzrost kosztów studiowania na istniejących uczelniach publicznych. Według OECD (organizacji skupiającej 34 najbardziej rozwinięte gospodarczo państwa świata, do której w Ameryce Łacińskiej należą jedynie Chile i Meksyk) chilijscy studenci i ich rodziny ponoszą największą część kosztów uzyskania dyplomu spośród wszystkich państw organizacji – aż 79%, w porównaniu z 39 procentami w USA czy 17 w Hiszpanii. Tylko w ciągu ostatnich 5 lat koszty studiów wzrosły w Chile o jedną czwartą. Paradoksalnie, najszybciej rosły opłaty na chronicznie niedofinansowanych państwowych uniwersytetach – tamtejsze czesne ostatecznie dorównało wysokości opłat na uczelniach prywatnych.

W ten sposób dla najuboższych chilijskich rodzin wysłanie dzieci studia stało się finansowo nieosiągalne; natomiast dla pozostałych konieczne okazało się pokrywanie kosztów edukacji poprzez zaciąganie komercyjnych kredytów. Ich system stał się źródłem łatwych zysków dla sektora bankowego dzięki mechanizmowi CAE (Kredytu Gwarantowanego Państwowo), w którym państwo zobowiązuje się spłacić 90% odsetek w razie niewypłacalności studenta, do której dochodzi obecnie w co drugim przypadku. Bank Światowy określił ten system jako „perwersyjny”, nastawiony na zwolnienie prywatnych banków z ryzyka kosztem budżetu państwa. Jednocześnie wskazał, że w większości przypadków „chilijski rynek pracy nie rekompensuje absolwentom kosztu kredytów studenckich”.

Z podobnymi problemami, na skutek reform Pinocheta, mierzy się chilijskie szkolnictwo na niższych szczeblach edukacji. Odpowiedzialność za szkolnictwo podstawowe i średnie oddano samorządom miejskim – w efekcie zlikwidowana została co czwarta placówka. Otworzyło to drogę komercyjnym szkołom średnim, które – dzięki systemowi bonów oświatowych – mogły konkurować o „pieniądze idące za uczniem” z niedofinansowanymi szkołami publicznymi. Efekty tej konkurencji były łatwe do przewidzenia – obecnie ok. 50% uczniów korzysta z placówek prywatnych, utrzymujących się zarówno z komercyjnych opłat, jak i z dotacji państwowych. 40% najbiedniejszych uczniów z konieczności korzysta ze szkół publicznych, zależnych od niewystarczających funduszy samorządowych. Efekty łatwo wyczytać z wyników zestandaryzowanych testów PSU (stanowiących odpowiednik matury), pokazujących przepaść pomiędzy poziomem absolwentów szkół prywatnych i publicznych. Wyniki testów decydują nie tylko o przyjęciu na studia, ale też o możliwości uzyskania państwowego stypendium. W rezultacie stają się mechanizmem transferu publicznych środków do rodzin należących do górnego decyla dochodów, które stać było na wysłanie dzieci do prestiżowych szkół komercyjnych, gwarantujących najlepsze rezultaty PSU. „Wysoka jakość” ich absolwentów bierze się nie tylko z lepszego poziomu nauczania, ale także ze wstępnej selekcji. Opłaty i egzaminy wstępne odsiewają dzieci z najuboższych rodzin i publicznych szkół podstawowych. Według OECD Chile wyróżnia się ostrą segregacją społeczną uczniów na wszystkich szczeblach edukacji. Chilijska organizacja pozarządowa Educacion 2020 mówi wprost o „edukacyjnym apartheidzie”.

Ten rozbudowany i przygnębiający opis można by z powodzeniem zastąpić krótkim cytatem z konkluzji raportu UNESCO z 2011 roku, określającego chilijską edukację jako „zdominowaną przez procesy prywatyzacji, które sprzyjają segmentacji, wykluczeniu, dyskryminacji i silnym mechanizmom selekcji […] chronią prywatny sektor i jego zyski”. Dokładniejszy opis pozwala jednak lepiej zrozumieć, jak rewolucyjne i antysystemowe są pozornie umiarkowane postulaty „powszechnego dostępu do darmowej, publicznej, niedyskryminującej edukacji i gwarancji jej wysokiej jakości”. Jeszcze radykalniejszą wymowę miało powszechnie podnoszone hasło „Nie dla zysków z edukacji”, godzące w interesy prywatnych szkół i uczelni oraz banków.

Przedstawiciele władzy przez kolejne miesiące odrzucali te postulaty, broniąc istniejącego systemu. Politycy Alianzy przestrzegali przed „nagonką” na prywatne instytucje i rzekomym dyskryminowaniem instytucji komercyjnych i ich uczniów. System, w którym niedostateczne państwowe środki na naukę przechwytywane są w większości przez prywatny biznes, przedstawiali jako gwarancję swobodnego, konsumenckiego wyboru. Prezydent Piñera wywołał burzę, gdy w samym środku protestów nazwał edukację „dobrem konsumpcyjnym”, które musi podlegać mechanizmom rynkowym. „Wszyscy chcielibyśmy, żeby edukacja, ochrona zdrowia i wiele innych rzeczy było za darmo, ale chciałbym przypomnieć, że w naszym życiu nie ma nic za darmo” – pouczał protestujących prezydent-milioner, który swoim życiu miał między innymi stację telewizyjną Chilevisión, linie lotnicze LAN i najbardziej utytułowany chilijski klub piłkarski.

„…gdyby miedź była chilijska”

Opór władz zaczął się jednak załamywać pod wpływem ruchu, który przez kolejne miesiące nie tracił na sile, mimo wysiłków władzy na rzecz jego rozbicia. Sondaży wskazywały poparcie 75% społeczeństwa dla postulatów studenckich; po raz pierwszy Chilijczycy jako główny problem kraju zaczęli wskazywać edukację, zamiast dominującej dotąd w deklaracjach przestępczości. Lavin, jeden z głównych oponentów ruchu, został zmuszony do ustąpienia ze stanowiska ministra na rzecz bardziej umiarkowanego Felipe Bulnesa, którego z kolei zastąpił technokrata Harald Beyer. Uporczywe masowe protesty i strajki zmusiły ostatecznie rząd do zaprezentowania programu reform, choć początkowo miały one ograniczać się do zasilenia wadliwego systemu większą ilością funduszy państwowych. Jednak pod naciskiem protestujących władze zdecydowały się zastąpić program CAE systemem nisko oprocentowanych kredytów, udzielanych bezpośrednio przez państwo bez udziału banków; rozszerzyć prawa do stypendiów na 60% studentów, oraz zmniejszyć restrykcyjności testów PSU. Rząd obiecał także przejęcie kontroli od samorządów nad zarządzania najsłabszymi szkołami publicznymi.

Te reformy został uchwalony w kwietniu bieżącego roku. Można widzieć w nim namacalny sukces ruchu studenckiego. Sukces ten postawił ruch przed dylematem: zaakceptować zmiany korzystne, ale mające jedynie charakter drobnych korekt istniejącego stanu rzeczy, czy kontynuować walkę o zmianę systemową. Częściowej odpowiedzi udzieliły zmiany personale w CONFECH, jakie zaszły jeszcze przed reformą. Camila Vallejo, która stała się twarzą Chilijskiej Zimy, została zastąpiona na stanowisku przewodniczącej federacji studenckiej Universidad de Chile przez Gabriela Borica. Powodem zmiany było przekonanie środowisk studenckich, że dotychczasowa przewodnicząca zajmuje stanowisko zbyt ugodowe, zbliżając ruch do tradycyjnej opozycji lewicowej. Choć z polskiej perspektywy brmi to paradoksalnie, głównego powodu ugodowości Vallejo upatrywano w jej przynależności do młodzieżówki Chilijskiej Partii Komunistycznej. Komuniści stanowią trwały element parlamentarnej koalicji Concentracion/Todos Juntos, skupiającej chilijską centrolewicę, która rywalizuje o władze z prawicową Alianzą. Boric, przedstawiciel radykalnej „lewicy autonomicznej”, opowiada się za niezależnością ruchu od tradycyjnych ugrupowań politycznych i dalszą walką o jego pierwotne postulaty – odebranie władzy nad szkolnictwem samorządom, darmową edukację i usunięcie z niej instytucji komercyjnych. Zapowiada też stopniowe rozszerzanie ruchu studenckiego poza społeczność uczniów i studentów, tak by objął wszystkich Chilijczyków, którzy nie znajdują swojej reprezentacji w obecnym systemie politycznym. Jego ostatecznym celem ma być „zmiana charakteru państwa i walka o nową demokrację”.

Ambitnym wizjom Borica sprzyja dotychczasowa historia ruchu, który w ciągu roku istnienia w różnych momentach szedł ramię w ramię ze strajkującymi górnikami i pracownikami banków, przedstawicielami mniejszości indiańskiej, walczącej o prawo do zachowania tożsamości czy ekologami, protestującymi przeciw budowie „megaelektrowni” HydroAysen (inwestycja, złożona z 5 elektrowni wodnych na rzekach patagońskich, jest forsowana przez rząd Piñery od maja 2011 roku, pomimo dezaprobaty większości społeczeństwa. Przeciwnicy wskazują na ryzyko zniszczenia środowiska przez budowę na terenie parku narodowego Laguna San Rafael i terenach Indian Mapuche oraz na uzależnienie chilijskiej energetyki od głównego inwestora – włoskiego koncernu ENEL). Gdy w czerwcu rozpoczęła się kolejna fala demonstracji, jedną z nich zorganizowano przed siedzibą Anglo-American, brytyjskiej spółki górniczej. Studenci i górnicy manifestowali pod hasłem „Edukacja mogłaby być darmowa, gdyby miedź była chilijska”. Formalnie zasoby miedzi są własnością narodu chilijskiego, jednak od początku lat 90. systematycznie wydawano koncesje prywatnym – głównie zagranicznym – koncernom górniczym, odpowiadającym obecnie za 70% wydobycia. Anglo-American jest oskarżana o działanie na szkodę państwa chilijskiego i jego giganta miedziowego Codelco, a w jej obronę zaangażowała się brytyjska ambasada.

Parlamentarzyści Alianzy wzywali protestujących, by „nie żądali przeprowadzenia w ciągu roku zmian, których nie udało się dokonać przez 20 lat.” Nie dodali jednak, że sami są częścią tego problemu. Radykalna zmiana odziedziczonego po dyktaturze modelu społeczno-gospodarczego jest niemożliwa, ponieważ od 1990 roku na jego straży stoi zablokowany system polityczny. Dwumandatowe okręgi wyborcze do obu izb Kongresu praktycznie wymuszają podział sceny politycznej na dwa bloki partyjne, wzajemnie szachujące się w parlamencie i wymieniające się u władzy.

Inercyjność tego systemu w obliczu protestów społecznych objawiła się już 2006 roku. Ówczesna socjaldemokratyczna prezydent Michelle Bachelet ugięła się pod protestami uczniów, żądających zniesienia segregacji społecznej w szkołach średnich i wyrównania ich poziomu nauczania. Gdyby postulaty te wprowadzono w życie, obecne protesty byłyby znacznie słabsze; być może ograniczyłyby się jedynie do ruchu studenckiego. Jednak reformy Bachelet zostały w większości zablokowane w Kongresie przez prawicę, zaś te, które uchwalono, już po kilku latach okazały się fikcyjne i nieskuteczne. Sceptycy wskazują, że podobny efekt mogą odnieść kwietniowe reformy edukacyjne Piñery i ministra Beyera. Z całą zaś pewnością nie ma szans na realizację haseł darmowej i niekomercyjnej edukacji, dopóki utrzymuje się w Chile dotychczasowy, zablokowany układ polityczny. Podczas czerwcowych protestów popularność zdobyło hasło A un ano de lucha, aun no se escucha – „Choć walczymy od roku, wciąż nas nie słuchają”. Rozpoczęta w maju 2011 roku Chilijska Zima okazała się długa i wciąż się nie kończy.  

Mateusz Roczon – absolwent Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ oraz student Centrum Studiów Latynoamerykańskich UW. 

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij