Świat

Curtis: Ukraiński protest jest mądrzejszy od ruchu Occupy

Ma jasno określoną ideę, wokół której może się zorganizować, werbując zwolenników.

Brytyjski dokumentalista Adam Curtis należy do najbardziej wnikliwych krytyków współczesnych ruchów społecznych. Od lat tworzy dla telewizji BBC dokumenty, które zestawiają ze sobą tak pozornie odległe tematy jak islamska rewolucja w Iranie i rewolucja francuska (The Road to Terror, 1989), psychoanaliza i public relations („The Century of the Self”, 2002), amerykański neokonserwatyzm i islamski fundamentalizm („The Power of Nightmares”, 2005), horyzontalne ruchy obywatelskie i teoria informatyki („All Watched Over by the Machines of Loving Grace”, 2011). O czymkolwiek Curtis robi filmy, w centrum jego uwagi zawsze znajdują się pytania: dlaczego ludzie przestali wierzyć, że mogą zmieniać świat? Dlaczego stanęliśmy się „elementarnymi cząstkami” bez żadnego pomysłu na wspólne działanie? Dlaczego zarządzanie zastępuje politykę, a menedżerowie – polityków? Obecne protesty w Kijowie stali się pretekstem do rozmowy z Adamem Curtisem o kryzysie demokracji i ruchów społecznych na całym świecie.

Oleksij Radynski: Niedawno w Kijowie brutalnie rozpędzono pokojową demonstrację przeciwko polityce Janukowycza. Mniej więcej w tym samym czasie przemoc policji wobec demonstrantów wstrąsnęła Madrytem, a władze Uniwersytetu Londyńskiego zakazały jakichkolwiek akcji protestu na swoim terenie na pół roku. Czy można zatem mówić, że integracja Unii Europejskiej ze wschodem Europy jest procesem jednostronnym? Może Unia też uczy się od krajów takich jak Ukraina czy Rosja – na przykład autorytarnych metod zarządzania, z których słyną te kraje. Czy z kolei protestujący Ukraińcy mogą się czegoś nauczyć od europejskich ruchów społecznych?

Adam Curtis: Każdy system może sobie pozwolić na tyle opresji, na ile pozwalają mu obywatele. Dlatego jestem bardzo sceptyczny wobec współczesnych ruchów obywatelskich w Europie. Prawdopodobnie właśnie straciły szansę na to, żeby przekształcić się w masowe zjawisko, zdolne doprowadzić do rzeczywistej transformacji systemu. Zamiast tego postanowili zmieniać samych siebie. Uważam, że takie podejście jest doskonałym odzwiercedleniem logiki i ideologii panującego porządku. Poza tym nie ma szans, żeby taki ruch zaapelował do szerszych warstw społecznych. Czyli zrobił właśnie to, co obecnie udaje się ruchowi obywatelskiemu na Ukrainie.

Mam ogromny problem z takimi ruchami społecznymi jak Occupy London. Pomysł na horyzontalną organizację, bez liderów, wydaje mi się podejrzany. Ten pomysł opiera się na postulatach teorii sieciowej, która twierdzi, że indywidualne, autonomiczne jednostki mogą organizować się w sieci i są zdolne same się regulować. To świetnie się sprawdza w informatyce, ale w polityce – niekoniecznie.

Kiedy ruch społeczny widzi siebie jako zbiór samodzielnych jednostek, które nie są częścią większego bytu, jakiejś wyobrażonej wielości, to nie ma wiele wspólnego z polityką. Ruchy składające się z takich jednostek są bardziej przejęte udoskonalaniem siebie niż udoskonalaniem społeczeństwa. Bardziej interesuje ich wsobne działanie niż interwencja na zewnątrz. Nie mówiąc już o tym, że pomysł na samoregulację ruchów społecznych jest zaskakująco podobny do teorii o niewidocznej ręce wolnego rynku. Jak mówi jeden z bohaterów moich filmów, socjalizm dla osobnej jednostki – to kapitalizm. Mam wrażenie, że ruch Occupy chciał zbudować taki właśnie socjalizm dla osobnych jednostek.

Kiedy patrzę na obency ukraiński ruch protestu, widzę to, czego brakuje nowym ruchom społecznym w moim kraju. Przede wszystkim ten ruch ma jasno określoną ideę, wokół której może się zorganizować, werbując nowych zwolenników, także wśród pozornie wrogich tej idei mieszkańców wschodu Ukrainy. To idea Europy, rozumianej jako bardziej demokratyczny system, lepiej zarządzany od tego autorytarnego świata, w którym tkwią Ukraińcy. Ta idea okazuje się tak mocna, że mobilizuje ludzi do dużo bardziej radykalnych form oporu, niż przywykliśmy widzieć w Europie Zachodniej. Dlatego uważam, że ukraiński protest jest dużo mądrzejszy od ruchu Occupy.

Czy nie widzi pan paradoksu w tym, że poza Unią milliony ludzi wychodzą na ulicę, by wyrazić poparcie dla eurointegracji, podczas gdy wewnątrz Unii milliony ludzi protestują przeciwko europejskiej polityce?

Nie widzę tutaj tak naprawdę sprzeczności.

W obu przypadkach – na przykład w Grecji i na Ukrainie – mamy do czynienia z ruchami masowymi, które domagają się w zasadzie tego samego: więcej demokracji.

Używają po prostu różnych języków. Europejskie ruchy protestu domagają się zmian w unijnej polityce i ekonomii. Ukraińcy tego jeszcze nie robią, ale być może – niezależnie od tego, czy Ukraina zbliży się do Unii, czy też nie – ukraiński protest przyczyni się do znaczącej transformacji europejskiej polityki. 

W swoim filmie All Watched Over By the Machines of Loving Grace przedstawił ukraińską pomarańczową rewolucję jako przykład ruchu nowego typu – pozbawionego liderów, zorganizowanego głównie przez internet. Jako świadek i uczestnik tych wydarzeń muszę stwierdzić, że pana interpretacja nie jest rzetelna – przynajmniej dlatego, że protest wówczas skupiał się wokół konkretnej osoby, Wiktora Juszczenki. Natomiast ta wizja ma dużo więcej wspólnego z obecnym protestem na Ukrainie, który rzeczywiście nie ma liderów i organizuje się przez internet.

W tym filmie mówię nie tylko o Ukrainie – także o „kolorowych rewolucjach” w Gruzji i Kirgizji, gdzie spontaniczne powstania masowe obaliły władzę, ale potem natychmiast pojawił się głęboki kryzys. Ten kryzys wynika z tego, że obalając reżim w trakcie powstania ludzie zdobywaja władzę, ale zaraz przestają nią dysponować, bo przychodzą kolejni liderzy, którzy wymuszają powrót do autorytaryzmu. Jestem sceptyczny wobec prób wrzucania do jednego worka wszystkich współczesnych ruchów społecznych – od Occupy Wall Street po arabską wiosnę – ale w krajach arabskich widzimy obecnie ten sam proces.

Problem polega na tym, że my po prostu nie mamy pojęcia, co tam dzieje się naprawdę, i musimy się do tego szczerze przyznać. Nie mamy żadnej ramy pojęciowej, która wytłumaczyłaby nam, gdzie zaprowadzą nas te ruchy. Czy mogliśmy sobie wyobrazić, że mniej więcej te same liberalne, wykształcone warstwy społeczne, które były siłą napędową rewolucji przeciwko Mubarakowi, będą teraz wspierać juntę wojskową przeciwko, przyznajmy to, nie bardzo sympatycznym Braciom Muzułmanom? Nie umiemy sobie wyjaśnić, co dzieje się z tymi ruchami, więc szukamy powierzchownych podobieństw.

Jeśli chodzi o międzynarodowe echa ruchu Oburzonych, to warto zwrócić uwagę, że w Europie Wschodniej hasła tego ruchu są skutecznie zawłaszczane przez skrajną prawicę. Ukraiński protest jest zdominowany przez hasła nacjonalistyczne, a w Polsce mianem „oburzonych” są firmowane wystąpienia radykalnej prawicy.

Niestety, alienacja elit i ludu wywołuje reakcje, które niekoniecznie są artykułowane lewicowym językiem. Problem polega raczej na totalnej bezsilności lewicy, która w sytuacji głębokiego kryzysu systemu kapitalistycznego nie jest w stanie dotrzeć do ludzi ze swoimi receptami. To ogromna, historyczna klęska. W Wielkiej Brytanii od kilku lat mamy koszmarny kryzys hipoteczny. Gdyby ktoś przyszedł do tych wszystkich ludzi, którzy są zadłużeni do końca życia i nie mają szansy tego długu spłacić, i dostarczyłby im zrozumiałych, konkretnych rozwiązań, świat stałby się inny. Tymczasem ruchy społeczne w Wielkiej Brytanii przejmują się tym, że każda decyzja ma zapadać na podstawie zbiorowego konsensusu. To jest po prostu żałosne.

Myślę, że ta bezsilność lewicy po cześci wynika z tego, że wszyscy jesteśmy skupieni na przeszłości, pamięci, historii. To blokuje i paraliżuje. Nie potrafimy zobaczyć dzisiejszego dnia, bo zasłania go przeszłość. Dotyczy to oczywiście nie tylko lewicy, ale też całej współczesnej kultury. Spójrzmy znów na wydarzenia w Kijowie – jedynym jak na razie sukcesem tego ruchu jest obalenie pomnika Lenina.

Pamięć historyczna odgrywa niezwykle ważną rolę w tym ruchu przede wszystkim dlatego, że Ukraina od dawna jest w bardzo intymny sposób powiązana z Rosją. I to jest coś, czego nikt na Zachodzie zupełnie nie rozumie. Jeśli spojrzymy na zachodnie media, zobaczymy, że nikt nie ma bladego pojęcia o relacjach pomiędzy Ukrainą a Rosją. Ale wszyscy są tacy bystrzy, twierdząc, że to wszystko skończy się jakąś masakrą. Taki skrót myślowy jest dużo bardziej dostępny i zrozumiały, dlatego media go powielają. 

Bejrut, 11 grudnia 2013

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Oleksij Radynski

| Publicysta i filmowiec (Kijów)
Filmowiec dokumentalista, członek zespołu Centrum Badań nad Kulturą Wizualną w Kijowie. W latach 2011-2014 redaktor ukraińskiej edycji pisma Krytyka Polityczna.