Świat

Buras: Inna niemiecka Europa?

Oczekiwanie na cudowną niemiecką receptę na przezwyciężenie kryzysu grzeszyłoby naiwnością. Problemy Europy są zbyt głębokie.

Kiedy pod koniec kwietnia premier Donald Tusk brał udział w berlińskiej prezentacji nowej biografii Angeli Merkel, wielu niemieckich słuchaczy nie wierzyło własnym uszom. Owszem, znany z przyjaźni z panią kanclerz i z bliskich politycznych relacji z Niemcami szef polskiego rządu nie szczędził siedzącej obok „Angeli” komplementów. Powiedział nawet, że Europa miała szczęście, iż przez lata kryzysu to właśnie ona kierowała sterem niemieckiego rządu – opinia, z którą wielu w Europie mogłoby polemizować. Ale to nie te stosowne do takiej okazji okrągłe zdania stanowiły zaskoczenie, lecz niespotykana dotąd otwartość, z jaką Tusk upomniał Niemcy, że nie ma jednej właściwej drogi wychodzenia z kryzysu. A także, iż Niemcy piekielnie uważać muszą, w jaki sposób używają swojej nowej potęgi. Półtora roku temu minister Sikorski mówił w Berlinie, że nie należy bać się niemieckiej hegemonii, lecz bezczynności. Teraz Tusk dawał do zrozumienia, że to, co Niemcy robią, aby kryzys przezwyciężyć, niekoniecznie musi być słuszne. 

Słowa premiera Polski – kraju, który przez ostatnie lata słusznie uchodził za jednego z wierniejszych sojuszników Berlina, wspierającego jego strategię walki z kryzysem – wpisały się (raczej wbrew intencjom ich autora) w nową falę krytyki pod adresem Niemiec, która przelała się przez Europę w ostatnich miesiącach. Wiele wskazuje na to, że okres uspokojenia, jaki głównie dzięki stabilizującej roli Europejskiego Banku Centralnego od jesieni ub. roku dał Unii Europejskiej chwilę wytchnienia, właśnie się kończy. Większość argumentów znana jest od dawna. Niemniej zaostrzenie się języka tej debaty nie jest przypadkowe. Szturm na fortece „niemieckiej Europy” ma przynajmniej dwa powody.

Po pierwsze, kolejne publikowane ostatnio dane pokazały fiasko dotychczasowej strategii walki UE z kryzysem, opartej głównie na polityce oszczędności firmowanej właśnie przez Berlin. Bezrobocie w strefie euro wynosi 11 procent, zaś gospodarki najsilniej dotknięte kryzysem nie wykazują silnych oznak ożywienia. Portugalia znowu znalazła się na zakręcie, a coraz głośniej mówi się o tym, że Grecja nie poradzi sobie bez drugiego umorzenia długów. Krytycy zyskali dodatkowy wiatr w żagle po tym, jak wyszło na jaw, że uchodzące za teoretyczne wsparcie kursu cięć budżetowych i redukcji zadłużenia badania Kennetha Rogoffa i Carmen Reinhart zawierały poważne błędy warsztatowe. Zapowiedziom pogłębiającej się recesji towarzyszy zniecierpliwienie i wściekłość coraz większej części społeczeństw europejskich oczekujących od swoich elit zdecydowanych działań.

Po drugie, perspektywa jesiennych wyborów w Niemczech stanowi szansę na zmianę kursu w polityce głównego gracza na europejskiej scenie. Choć kanclerz Angela Merkel cieszy się nadal wielką popularnością, zmiana rządu po 22 września nie jest tylko teoretyczną możliwością. Wprawdzie SPD i Zieloni, które wspólnie chciałby przejąć władzę lub mogłyby odgrywać rolę junior partnera w koalicji z CDU/CSU, nie kontestowały w przeszłości kursu w polityce europejskiej Merkel. Jednak ich stanowiska w kwestii polityce gospodarczej i strategii antykryzysowej bliższe są oczekiwaniom krytyków pani kanclerz w Europie. Owszem, nie jest pewne, czy narastająca dzisiaj presja na Berlin odniesie spodziewany skutek: na pierwszy rzut oka wyzwala ona raczej odruch obronny i służy za potwierdzenie obaw, że reszta Europy za wszelką cenę chce dobrać się do niemieckich kieszeni. Niemniej polityczne przesilenie związane ze stanem nastrojów w Europie i kampanią wyborczą w Niemczech stawia na porządku dziennym pytanie o możliwe alternatywy.

Czy obserwujemy właśnie schyłek „niemieckiej Europy”, którą Berlin pieczołowicie budował w latach kryzysu? A jeśli tak, to na jakich zasadach i strukturach opierać miałby się jej inny model, którego nie da się przecież określić wbrew niemieckiemu hegemonowi?

Zacząć wypada od obserwacji tyleż zaskakującej, co niepopularnej: w istocie teza o niemieckiej Europie, która jakoby wyłonić miała się z gruzów przedkryzysowego porządku europejskiego, trudna jest do obrony. Jest ona w większym stopniu wyrazem zaniepokojenia stanem debaty i ducha europejskiego w Niemczech1 niż opisem nowej unijnej rzeczywistości. Owszem, relatywna potęga Niemiec w ostatnich latach istotnie wzrosła – wskutek przezwyciężenia przez Berlin długoletniego okresu gospodarczej smuty, lecz także w wyniku wprowadzenia euro, rozszerzenia UE na wschód i eksportowego boomu na rynki pozaeuropejskie. Jak pisze Hans Kundnani, kwestia niemiecka, w przeszłości związana z centralnym położeniem w Europie (Mittellage) i potęgą militarną, pojawiła się na nowo jako problem natury geoekonomicznej. Choć Niemcy wykształciły w dekadach powojennych kulturę wstrzemięźliwości w użyciu środków przymusu i źle czują się w roli przywódcy bądź hegemona, to „od początku kryzysu były w stanie użyć swojej pozycji jako wierzyciela oraz struktur unii walutowej to tego, by narzucić w dużej mierze swoje preferencje innym krajom strefy euro”. Nacisk na dyscyplinę fiskalną i reformy strukturalne w celu wzmocnienie konkurencyjności to idee fixe, którą Berlin konsekwentnie promował w ostatnich latach. 

To wszystko prawda, ale obraz ten jest zbyt jednostronny. Niezależnie od tego, czy ten „moment hegemoniczny” (Josef Janning) postrzegany jest w Niemczech jako błogosławieństwo czy przekleństwo, nie doprowadził on do trwałych zmian w konstrukcji UE na niemiecką „modłę”. Wręcz przeciwnie, im dłużej trwał kryzys, tym bardziej stawało się jasne, że „niemiecka Europa” jest mitem.  Niemcy zmuszone były, często z kwaśnymi minami i przy pogłębiającym się sceptycyzmie niemieckiej opinii publicznej, do poddawania kolejnych bastionów swojej wizji UE. Lista tych odstępstw jest długa i z pewnością w dalszym ciągu otwarta. Berlin był bodaj najbardziej zaciekłym orędownikiem klauzuli no-bailout w traktacie z Maastricht zakazującej udzielania pomocy finansowej krajom uginającym się pod ciężarem długów. To stanowisko okazało się nie do obrony: Unia Europejska nie tylko zdecydowała się wspomóc kolejne kraje zastrzykami gotówki, lecz utworzyła także stały fundusz – Europejski Mechanizm Stabilności – który dysponując budżetem 700 miliardów euro gotowy ma być do udzielania takiego wsparcia w przyszłości. Niemcy dostarczają 27 procent tych środków, a dotąd udzieliły innym krajom pożyczek i gwarancji kredytowych na sumę około 200 miliardów euro.

  

Jeszcze większym wyzwaniem było dla Niemiec zaakceptowanie nowej roli Europejskiego Banku Centralnego jako kluczowej instytucji stabilizującej sytuację w strefie euro z wykorzystaniem środków wykraczających, przynajmniej zdaniem Berlina, daleko poza mandat EBC ograniczony tylko do wąsko rozumianej polityki monetarnej (dbanie o stabilność pieniądza, czyli niską inflację). Europejski Bank Centralny, który kupuje obligacje państw strefy euro na rynkach wtórnych, by zwiększyć ich rentowność oraz ogłasza, że będzie robił wszystko, aby nie dopuścić do upadku wspólnej waluty jest dokładnym zaprzeczeniem niemieckich wyobrażeń oraz pierwotnego modelu EBC wzorowanego na Bundesbanku. To dlatego polityka EBC w kryzysie stała się w Niemczech przedmiotem głębokich kontrowersji: podczas gdy rząd federalny w imię priorytetu ratowania wspólnej waluty milcząco zaakceptował działania Mario Draghiego, Bundesbank nie ustaje w ich krytyce, w której sekunduje mu część mediów (na czele z „Frankfurter Allgemeine Zeitung”), a także – w bardziej radykalny sposób – nowa eurosceptyczna partia Alternatywa dla Niemiec. Operacje EBC zaskarżone zostały także do Federalnego Trybunału Konstytucyjnego: jeśli miałby on uznać je za niezgodne z niemiecką ustawą zasadniczą, rząd federalny mógłby nawet zostać zmuszony do opuszczenia strefy euro. Następny projekt, na który Niemcy od początku patrzą podejrzliwie, jest już w toku: unia bankowa. Kiedy w konkluzjach szczytu UE w czerwcu 2012 roku pojawił się zapis o możliwości bezpośredniej rekapitalizacji banków strefy euro z Europejskiego Mechanizmu Stabilności (ESM), w Niemczech wybuchła awantura. Rząd przekonywał, że zapis ten rozumiany jest opacznie – żadne wspieranie banków z funduszu, na które składają się m.in. niemieccy podatnicy, nie wchodzi w grę. Ale i to zapewnienie poszło w odstawkę: zgodnie z postanowieniami czerwcowego szczytu ministrów finansów UE rekapitalizacja banków z ESM będzie możliwa, choć obwarowana wieloma warunkami. Berlin nie chciał też, by jednolity europejski nadzór bankowy usytuowany został w EBC (to kolejny wyłom w preferowanym przez Niemcy modelu banku centralnego). I w tej sprawie musiał jednak ustąpić. 

Owszem, większość tych działań Niemcy w ostatecznym rozrachunku podejmowały w dobrze pojętym własnym interesie. Ryzyko ich zaniechania byłoby większe (groźba rozpadu strefy euro) niż to wynikające z ich podjęcia (tego, że kroki te stwarzają też potencjalne zagrożenia dla Niemiec nie sposób przecież negować). Ale fakt, że Niemcy musiały przy tym porzucić wiele dogmatów w polityce europejskiej i gospodarczej świadczy raczej o kryzysie niemieckiej koncepcji Europy niż jej nagłym rozkwicie. To paradoks, że właśnie w sytuacji bezprecedensowej ekonomicznej i politycznej przewagi nad resztą krajów UE Niemcy doświadczyły porażki ich Ordnungspolitik. Stało się to w imię pragmatyzmu niemieckiej polityki, którego wyrazicielką jest Angela Merkel, powiązanego z przekonaniem, że ratowanie strefy euro leży w najlepiej pojętym interesie Niemiec. Cezurą była  wczesna jesień 2012 roku, kiedy rząd federalny zdecydował, że za wszelką cenę należy uniknąć bankructwa Grecji. Utrzymanie strefy euro w jej obecnym kształcie stało się priorytetem niemieckiej polityki i samej kanclerz, która w innym przypadku mogłaby przejść do historii jako polityk, który pogrzebał projekt wspólnej waluty. Dla „wnuczki” Helmuta Kohla, współtwórcy tego projektu, taka wizja nie mogła być pociągająca. 

Pragmatyzm Merkel miał także inną stronę, która pozwala lepiej zrozumieć perspektywy niemieckiej polityki po jesiennych wyborach.

Po pierwsze, retorycznej nieugiętości Berlina towarzyszyła zaskakująca elastyczność przejawiająca się w akceptowaniu kolejnych, wykluczanych wcześniej tonem nie znoszącym sprzeciwu decyzji koniecznych do ratowania wspólnej waluty. Ta polityka miała swoją cenę: niemieccy obywatele raz po raz czuli się oszukani, przez co poparcie dla UE i euro w Niemczech spadało. Jesienią 2011 nieufność do UE wyrażało 62 proc. ankietowanych, zaś tylko 17 proc. nadal ufało wspólnej walucie (w 2009 jeszcze 44 proc.). Przejściowo więcej Niemców opowiadało się za powrotem do marki niemieckiej. Popularność krytyków unii walutowej, np. Thilo Sarrazina, oraz powstanie eurosceptycznej partii Alternatywa dla Niemiec, świadczyły nie tylko o zmianie społecznych nastrojów, lecz także o podważeniu zaufania dla elit politycznych wodzących wyborców za nos. Ale także pod tym względem strategia małych kroków Merkel  zdaje się przynosić owoce. Mimo nieustannych dyskusji nad groźbą inflacji czy przekraczania uprawnień przez EBC, nie tylko sympatia dla Merkel utrzymuje się na wysokim poziomie, lecz rośnie też poparcie Niemców dla UE. Ostatnie badania instytutu Allensbach pokazują, że wraca ono do poziomu sprzed kryzysu greckiego, zaś o żadnych alarmistycznych nastrojach nie może być mowy. 

Po drugie, przejmując cichaczem kontestowane wcześniej pozycje Merkel konsekwentnie wytrącała opozycji miecz z ręki – w ostatecznym rozrachunku rząd federalny CDU/CSU-FDP nie robił w polityce europejskiej niczego, co musiałoby spotkać z zasadniczym sprzeciwem lewicowej opozycji, a często (jak w przypadku podatku od transakcji finansowej) po prostu podkradał jej pomysły. Co więcej, zwłaszcza SPD zmuszona była zachowywać wstrzemięźliwość w zgłaszaniu propozycji wykraczających daleko poza społeczny konsensus. Jej wyborcy w nie mniejszym stopniu niż zwolennicy partii rządzących sceptycznie nastawieni byli do działań wystawiających niemieckich podatników na jakiekolwiek ryzyko. W kręgach lewicowych ze szczególnym niezrozumieniem spotykała się przede wszystkim pomoc przeznaczona na ratowanie banków (na co poszło gros kredytów wypłaconych w ramach akcji ratunkowych). W imię racji stanu SPD i Zieloni popierały w parlamencie te działania przyczyniając się zarazem do powstania wielopartyjnego konsensusu (bez Partii Lewicy) w niemieckiej polityce walki z kryzysem. Ale właśnie za jego sprawą krytyka rządu Merkel mogła dotyczyć tylko sposobu jej komunikowania społeczeństwu (przemilczanie faktycznego znaczenia kolejnych zwrotów i odstępstw od prezentowanej oficjalnie linii), a nie meritum jej polityki, której w istocie opozycja nie mogła (nie chciała) zbyt wiele zarzucić.   

Jeśli więc dzisiaj pojawiają się nadzieje na zasadniczą zmianę kursu niemieckiej polityki po wyborach to mogą wydawać się one iluzoryczne. W istotnych kwestiach taki zwrot już się dokonał, zaś wiele wskazuje na to, że Angela Merkel (w koalicji z FDP lub SPD) pozostanie u władzy. Pole manewru jakiegokolwiek rządu niemieckiego jest zresztą ograniczone. Ale presja na Niemcy, by dalej rewidowały swoją politykę, będzie tylko rosła. Zaś rosnąca świadomość wagi problemów UE dla samych Niemiec będzie skłaniała do kolejnych ustępstw, o których w przedwyborczej atmosferze nikt nie chce mówić.

Fatalna sytuacja, w jakiej znalazły się ostatnio znowu Portugalia i Grecja oznacza, że kwestia pomocy finansowej dla tych krajów, czyli kolejnych (potencjalnych) obciążeń dla niemieckich podatników, będzie z pewnością najbardziej palącą tuż po wyborach. Ale tym razem nie będzie chodzić tylko o kolejny program pomocowy posiłkujący się kredytami z ESM.  Większym problemem będzie problem drugiej restrukturyzacji długów Grecji, o której konieczności mówi się od dłuższego. Podczas gdy dwa lata temu oddłużenie Grecji oznaczało rezygnację z wierzytelności przez prywatnych inwestorów, tym razem nie obeszłoby się bez spisania na straty pieniędzy pożyczonych Grecji przez państwo niemieckie, czyli bezpośredniego sięgnięcia do kieszeni niemieckich podatników. Ale z punktu widzenia niemieckiej wizji Europy i ewentualnej konieczności jej istotnej korekty, ważniejsza od jednorazowego hair-cutu greckiego długo będzie dyskusja o systemowym rozwiązaniu kryzysu zadłużenia. 

Niemal niezauważona przeszła na początku lipca informacja o podjęciu na zlecenie szefa Komisji Europejskiej przez grupę ekspertów prac zmierzających do sprawdzenia „szans i zagrożeń, warunków prawnych i konsekwencji finansowych wspólnego zaciągania długów przez państwa strefy euro”. To kolejna rękawica rzucona przez Komisję rządowi niemieckiemu, który konsekwentnie sprzeciwia się idei uwspólnotowienia długów prowadzącemu do utrwalenia unii transferowej. Przedmiotem prac tej grupy ma być przede wszystkim koncepcja tzw. funduszu spłaty zadłużenia, do którego trafiłyby wszystkie długi państw strefy euro przekraczające dopuszczalną zgodnie z traktatem z Maastricht granicę 60 proc. w stosunku do PKB danego kraju. Za obsługę tej części zadłużenia odpowiadałyby wspólnie wszystkie państwa strefy euro. W ten sposób najbardziej przygniecione jego ciężarem krajem mogłyby odzyskać zaufanie rynków i łatwiej pozyskiwać na nich konieczne do gospodarczej odnowy fundusze. Garb zadłużenia zagradzający drogę do lepszej przyszłości zostałby zmniejszony. Choć to rozwiązanie tylko przejściowe i nie tak radykalne jak tzw. euroobligacje (które pozwalałyby wszystkim krajom permanentnie zadłużać się na wspólny koszt), rząd niemiecki konsekwentnie je dotąd odrzucał. Co ciekawe, idea powołania funduszu powstała w Niemczech (sformułowała ją ekonomiczna rada mędrców), zaś popiera ją opozycyjna SPD. Dlatego zwłaszcza w razie utworzenia „wielkiej koalicji” CDU/CSU-SPD kwestia oddłużenia i powołania w tym celu funduszu może – szczególnie w obliczu pogarszającej się sytuacji niektórych krajów – znaleźć się w centrum politycznych dyskusji i stopniowa zmiana niemieckiego stanowiska nie jest wykluczona. 

Nie mniej ważnym testem niemieckiego podejścia do kryzysu będzie dalszy los unii bankowej. Bolączki europejskiego systemu bankowego i ich fatalny wpływ na kondycję europejskiej gospodarki są znane.

konieczna jest szybka rekapitalizacja tych banków, które mają zbyt mało środków na podjęcie większej akcji kredytowej oraz restrukturyzacja tych instytucji finansowych, które nie mają przyszłościowego modelu działania.  A przede wszystkim wprowadzenie takiego systemu, który umożliwiłby ratowanie banków (lub ich likwidację) bez obciążania kosztami państw (czyli podatników), które powiększa ich zadłużenie, zmniejsza wiarygodność na rynkach finansowych i nakręca w konsekwencji spiralę kryzysu. Spór, który toczyć się będzie jesienią, dotyczy centralnego elementu powstającej unii bankowej: kto i jak podejmować ma decyzje w tych sprawach, z jakich źródeł pochodzić mają fundusze konieczne do przeprowadzenia tych operacji i kto ma nimi zarządzać? Niedawne propozycje Komisji Europejskiej, przewidujące powołanie specjalnej instytucji oraz funduszu (55 mld euro), spotkały się z krytyką niemieckiego rządu federalnego, który sprzeciwia się przekazywaniu większych kompetencji Brukseli. Zdaniem Berlina utworzenie specjalnego europejskiego funduszu przeznaczonego na likwidację banków to kolejny etap we wprowadzaniu unii transferowej. Zaś decyzję o tym, czy i który bank ma zostać zamknięty, powinny zdaniem Berlina na razie pozostać w gestii instytucji państw członkowskich. Niemcy uważają też, że tego rodzaju zmiany wymagają reformy traktatów europejskich – stanowisko, którego nie podziela Komisja Europejska i część konstytucjonalistów. Przeniesienie tych kompetencji na poziom UE popiera tymczasem niemiecka opozycja: zarówno SPD, jak i Zieloni. Udział którejś z tych partii w rządzie federalnym po wyborach może wpłynąć na ewolucję niemieckiej polityki w tej kwestii. 

Ale niemiecki wkład w regenerację europejskiej gospodarki mógłby polegać jeszcze na czym innym: stymulacji wzrostu gospodarczego za pomocą zwiększenia konsumpcji wewnętrznej w Niemczech. Nie od dziś Niemcy krytykowane są za to, że sukces ich nastawionego na eksport modelu gospodarczego okupiony jest względnie niskimi płacami i słabym popytem wewnętrznym. W Niemczech nie obowiązuje płaca minimalna (z wyjątkiem wybranych branż), a wysokość zarobków ustalana jest w negocjacjach taryfowych między pracodawcami a pracobiorcami. W ostatniej dekadzie wstrzemięźliwość płacowa pracowników przyczyniła się do sukcesu niemieckiego eksportu, który m.in. dzięki temu podnosił swoją konkurencyjność, lecz spowodowała także, iż zdolność do wydawania pieniędzy (w tym na towary z importu) była w Niemczech ograniczona. Stąd powtarzające się zarzuty o dumping płacowy i śrubowanie wskaźników eksportu przez Berlina „kosztem” innych krajów strefy euro. Nakłonienie Niemców do znaczącego podniesienia płac lub zmniejszenia skłonności do oszczędzania jest jednak zadaniem karkołomnym, nawet jeśli nawet CDU mówi dzisiaj o potrzebie wprowadzenia płacy minimalnej. Jego efekt dla reszty Europy byłyby z pewnością mniejszy niż sugerowałyby nadzieje na boom konsumpcyjny w Niemczech, zaś większe podwyżki płac mogłyby obniżyć konkurencyjność niemieckiej gospodarki i kosztować miejsca pracy. Dlatego prowzrostowy impuls płynący z Niemiec mógłby polegać na czym innym: zwiększeniu inwestycji publicznych, które w ostatnich dekadach zostały w tym kraju dramatycznie zaniedbane. 

Jak wyliczył niedawno Niemiecki Instytut Badań nad Gospodarką (DIW), od 1991 roku wartość infrastruktury publicznej (dróg, mostów, kolei, szkół, przedszkoli etc.) zmniejszyła się o 10 proc. w stosunku do PKB. W żadnym innym kraju wysoko uprzemysłowionym państwo nie inwestowało w tym czasie tak mało jak w Niemczech. To właśnie brak tych inwestycji jest największą słabością Niemiec, która w średnio- i długookresowej perspektywie zagraża rozwojowi gospodarczemu kraju szczycącego się dzisiaj rekordowo niskim bezrobociem i bezprecedensowymi wynikami eksportu. Zdaniem DIW Niemcy potrzebują rocznie inwestycji (publicznych i prywatnych) na sumę około 80 miliardów euro, aby zapewnić sobie szanse wzrostu gospodarczego w przyszłości.  Szeroki program inwestycyjny w Niemczech miałby z pewnością pozytywny wpływ na koniunkturę w Europie. Ale jego realizacja wymagałaby zasadniczej reorientacji w niemieckiej polityce: choć dzisiaj finanse publiczne Niemiec są w dobrym stanie i wpływy podatków bija rekordy, to nie obyłoby się z pewnością bez podwyżki podatków dochodowych i silniejszego obciążenia głównie najlepiej zarabiających. Takie postulaty zgłaszają w kampanii wyborczej SPD i Zieloni zapowiadając, że dodatkowe przychody państwa przeznaczone zostałyby właśnie na wielomiliardowy program naprawy infrastruktury oraz inwestycji w badania i naukę. 

Oczekiwanie na cudowną niemiecką receptę na przezwyciężenie kryzysu grzeszyłoby naiwnością. Problemy Europy są zbyt głębokie, by nawet niemiecki „pół-hegemon” mógł sobie z nimi poradzić.

Żaden gwałtowny zwrot w niemieckiej polityce nie zagwarantuje dzisiaj nagłej poprawy sytuacji w Europie. „Duża część Europy cierpi dzisiaj z powodu wzajemnie wzmacniającej się interakcji miedzy ograniczonym przyrostem produktywności, walką z zadłużeniem, słabym sektorem bankowym oraz zakłóconym relacjami cenowymi. Kombinacja tych czynników przyczynia się do całościowego osłabienia wzrostu gospodarczego i zagraża przekształceniem się w samonapędzającą się stagnację” – piszą analitycy instytutu Bruegel. Niemniej zapobieżenie temu czarnemu scenariuszowi wymagać będzie podjęcia decyzji, które po okresie uspokojenia przez ostatnie miesiące oznaczać będą dla przyszłego rządu federalnego poważne wyzwania. Konsekwencje tych działań (lub ich zaniechania) będą z pewnością bardziej doniosłe niż sugerować mógłby często ich pozornie techniczny tylko charakter. I choć nie sposób spodziewać się żadnej rewolucji, dalsza erozja „niemieckiej Europy” wydaje się stać za progiem. 

Piotr Buras – dyrektor warszawskiego Biura Europejskiej Rady Spraw Zagranicznych (ECFR), wieloletni publicysta “Gazety Wyborczej”, autor m.in. książki Muzułmanie i inni Niemcy. Republika berlińska wymyśla się na nowo (2011).

 Projekt finansowany ze środków Parlamentu Europejskiego.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij