Newsletter KP

Trzeba się zatrzymać. Nie można się zatrzymać [Newsletter KP]

W relacjach Sławka Sierakowskiego z Białorusi Łukaszenka wydaje się coraz mniej straszny, a coraz bardziej żałosny. Jednak to wciąż on ma w ręku wszystkie resorty siłowe – właściwie nic innego mu nie zostało.


Co tydzień redakcja Krytyki Politycznej poleca Wam w newsletterze najciekawsze teksty ostatnich dni. Czytelniczki i czytelnicy, którzy są zapisani na newsletter, dostali poniższy tekst już we czwartek. W tym tygodniu newsletter przygotował Marek Jedliński. Zapiszcie się na newsletter, a regularnie będziecie dostawać od nas autorski przegląd tygodnia.

*

Niemal za każdym razem, gdy zabieram się do pisania tego newslettera, mam ochotę napisać: „historia znów przyspieszyła”. Wydarzenia – wszystkie pilne, wszystkie potencjalnie wskazujące, co nas czeka za kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt lat – napierają w takim tempie, że prawie nie oglądamy się za siebie. Czujemy to też w Krytyce Politycznej, chociaż nie jesteśmy przecież serwisem informacyjnym, choć staramy się ogarniać nie jednostkowe wydarzenia, ale głębsze procesy i widzieć horyzont nie dni, ale dekad. A jednak – trzeba pędzić do przodu.

Być może zatrzymujemy się już tylko wtedy, kiedy odchodzą wyjątkowi, niezastąpieni ludzie. Tacy, którzy byli z nami „od zawsze”, i nie przychodziło nam nawet do głowy wyobrazić sobie świat bez ich obecności. A w ostatnich dniach straciliśmy ich aż dwoje.

Michał Sutowski przejmująco wspomina Henryka Wujca. Nie jako ideowca czy polityka, ale jako człowieka, który podejmował się najtrudniejszych, bo nigdy niekończących się prac; który robił wszystko, co było do zrobienia. Wspomina go – przede wszystkim – jako dobrego człowieka.

„Dobro jest w działaniu. Najlepiej, dodajmy, w działaniu zorganizowanym, skoro zło zazwyczaj bywa zorganizowane jak jasna cholera. W kontekście polskiej tradycji, zdominowanej przez wątki heroiczne i martyrologiczne, wyjęte wprost ze szlacheckiego imaginarium podlanego sarmackim indywidualizmem, chłopski pragmatyzm i dobrze rozumiana przyziemność kierowały Henryka Wujca tam, gdzie niejeden inteligent z pochodzenia brzydzi się nawet zajrzeć. Do roboty go kierowały, znaczy. Nie miał problemu, by na własnych plecach dostarczyć gdzieś wagon zakazanych książek, nielegalny zdaniem władzy pieniądz dla potrzebujących czy kluczową informację. Przede wszystkim koordynował jednak i aranżował bardzo ryzykowną, kosztowną – bo liczoną w zdrowiu – i po prostu trudną pracę mnóstwa ludzi, którzy składali się na organizm przedsierpniowej samopomocy, a potem solidarnościowego zrywu i wreszcie transformacyjnego przełomu. […] Wujec – organizator, koordynator, sekretarz i ogólny ogarniacz wszystkiego – to nie ikona na sztandar, lecz archetyp kogoś, dzięki komu wszystkie te cuda roku 1980 i 1989 mogły się udać”.

Henryk Wujec, czyli dobro stosowane

Tuż potem, w ubiegłą niedzielę, odeszła Maria Janion. Justyna Drath wspomina, jakim wstrząsem było zetknięcie się z jej książkami dla studentki polonistyki, wychowanej przez uczelnię w poczuciu, że między nauką a polityką czy wręcz ulicznymi demonstracjami wznosi się nieprzebyty mur:

„Feminizm [interesował mnie wtedy] jako zagadnienie naukowe, które mogłabym zgłębić punkt po punkcie, przeczytać z analitycznym dystansem listę jakichś lektur. I wtedy znajoma mówi coś w stylu: »To wspaniałe, że mamy taką sojuszniczkę jak Maria Janion. Ona to nasz bastion, nasza legitymizacja i ostoja w tej Warszawie, dzięki niej tu jakoś funkcjonujemy«. I jest to dla mnie najdziwniejsze zdanie, jakie można wtedy wypowiedzieć. […] Nie mogę uwierzyć, że praca naukowa może być deklaratywna, polityczna i nadal być częścią humanistyki. […]

Czytam wspomnienia po Janion i irytuję się z każdym komentarzem, który mówi: »ach, przestańcie ją zagarniać na te wasze polityczne wojenki, już dość o tym LGBT, to była Wielka Humanistka«”.

„Chciałabym, żebyśmy wzięli od Marii Janion wszystko”

To już trzeci tydzień, gdy niemal codziennie publikujemy relacje Sławka Sierakowskiego z bieżących wydarzeń w Białorusi – tu znów pędzi historia. Na aranżowanych przez władze wiecach, na które zwolenników prezydenta zwozi się autokarami, ucząc ich po drodze skandowania haseł, Łukaszenka może jeszcze czuć się bezpiecznie. Ale w Mińsku postanowił odwiedzić fabryki, najwyraźniej licząc na poparcie robotników. Nawet tu jednak kazano mu iść precz:

„Łukaszenka zachowuje się jak władca, który uwierzył w 80-procentowy wynik wyborów, które sam sfałszował. Pojechał do dwóch fabryk, odgrywających bardzo ważną rolę w Białorusi. Nie tylko gospodarczą, ale także tożsamościową. To długo była podstawa jego władzy. Kto widział mińskie osiedle robotnicze na ul. Socjalistycznej, ten zrozumie dlaczego. […] Nie wiadomo, czego Łukaszenka się spodziewał. Braw? Neutralności? Przysypiania? Absurd. Cokolwiek by powiedział, usłyszałby to samo: uchodi! Wiedzieli to wszyscy, nawet jego zwolennicy. Oderwany od ziemi przywódca zupełnie się pogubił. Widać też, że nie słucha doradców. A to musi robić na nich przerażające wrażenie, bo nie daje gwarancji bezpieczeństwa”.

Sierakowski z Mińska: Łukaszenka stracił nie tylko poparcie, ale także kontakt z rzeczywistością

Upokorzenie, które spotkało Łukaszenkę w Mińsku, dało mu do zrozumienia, że już ani jego groźby, ani obietnice nikogo nie przekonają. A skoro społeczeństwo wie już także, że Rosja nie pospieszy z wojskową interwencją, zostało mu tylko jedno: pogodzić się z wrogością narodu i zmusić go do tolerowania dyktatorskiej władzy. To zapowiada jeszcze bardziej stanowcze represje:

„Środowa narada z dygnitarzami, na której wydał instrukcje przede wszystkim MSW, brzmiała jak przygotowania do stanu wojennego. Łukaszenka polecił stłumić »zamieszki«, spacyfikować przedsiębiorstwa, wyłapać organizatorów strajków i »elementy obce«, zamknąć granice, przegrupować wojsko i odzyskać kontrolę nad mediami.

Towarzyszyła temu nowa narracja – teraz Łukaszenka próbuje opozycję przedstawiać jako faszystów i pachołków Zachodu (»W Grodnie wisi już polska flaga!«). To ma uzasadniać »przywrócenie spokoju w państwie« – narracja znana z 1981 roku w Polsce”.

Sierakowski z Grodna: Powtórka z przemocy

W poniedziałek w Mińsku odbyła się kolejna wielka demonstracja, ale teraz Łukaszenka wydaje się coraz bardziej oderwany od rzeczywistości. Próby zastraszania demonstrantów przestają skutkować. Nawet gdy prezydent przybiera pozę strongmana i dosłownie chwyta za broń, wygląda raczej żałośnie. „Nawet najsilniejszy przywódca traci władzę wtedy, gdy przestaje być słuchany. A przestaje być słuchany, gdy robi się śmieszny” – pisze Sławek Sierakowski.

„Od rana widać było jeżdżące po Mińsku milicyjne suki, samochody z armatkami wodnymi, platformy i różne inne samochody używane przez milicję i służby. Drogi dojazdowe były zablokowane przez milicję i OMON. Na dachach byli snajperzy. Z głośników zaczęły lecieć ostrzeżenia wobec protestujących i nawoływania do rozejścia się. Między komunikatami władza serwowała zebranym wybór pieśni radzieckich rozlegający się ze szczekaczek. Nic to nie dało, bo ostrzeżenia były zakrzykiwane, a pieśni wywoływały rozbawienie. […]

Na plac dotarło między 100 a 200 tysięcy ludzi. Wrażenie było podobne jak tydzień temu. A tego się nikt nie spodziewał. Znowu w całym mieście zawyły klaksony, lekarze z karetek pozdrawiali ludzi znakiem V, rozległy się Pieriemien i Mury. Wszyscy byli razem i zamiast strachu zapanował taki sam entuzjazm jak tydzień temu, gdy Łukaszenka leżał na deskach i sypało mu się całe państwo. […]

Wracając, mogli zobaczyć w górze helikopter. To z kałasznikowem w ręku latał prezydent, któremu śni się po nocach los Mubaraka, Ceaușescu, Kaddafiego i Husajna. Tak kończyli ci, którzy nie umieli pogodzić się z utratą władzy. Łukaszence chodziło chyba o pokazanie, że ma nad wszystkim kontrolę, ale wyszło dokładnie odwrotnie”.

Sierakowski z Mińska: Białorusini znowu się nie przestraszyli

Relacje Sławka Sierakowskiego z Białorusi możecie śledzić na bieżąco na jego koncie na Facebooku.

 

Tomasz Sulima, polski Białorusin i przewodniczący Stowarzyszenia Dziennikarzy Białoruskich, opowiadał Paulinie Siegień o zapominaniu historii i odzieraniu Białorusinów z kultury i języka, jakie pogłębiło się przez 26 lat dyktatury. Mówił też o tym, jak wygląda Polska z perspektywy białoruskiej mniejszości z Podlasia:

„Pytasz, czy mniejszość może stać się zakładnikiem. Mniejszość zawsze nadaje się na zakładnika, niezależnie od polityki państwa-matecznika. Mniejszości można zawsze powiedzieć: »Nie macie prawa narzekać na polskie państwo i polskie władze, bo zobaczcie, jak białoruska władza traktuje mniejszość polską w Białorusi«. I już, zaorane. Koniec dyskusji. Polska nie ma pomysłu na politykę wewnętrzną. Spójrzmy na Kaszubów, na Ślązaków. Polska prawica panicznie boi się jakiejkolwiek regionalnej odmienności, nie mówię tylko o mniejszościach, ale generalnie o zróżnicowaniu regionalnym Polski. Na siłę próbuje się nas wszystkich wepchnąć do tego monolitu, jakim jest »prawdziwa polskość«”.

Co białoruska rewolucja oznacza dla białoruskiej mniejszości w Polsce?

Brytyjski magazyn „openDemocracy” przez kilka miesięcy zbierał z całego świata doniesienia o traktowaniu kobiet w ciąży, w trakcie porodu i tuż po nim. Jak już nieraz pisaliśmy, pandemia niemal wszędzie okazała się pretekstem do ograniczania praw kobiet i lekceważenia ich potrzeb, które często przyjmują wręcz formy przemocy: werbalnej, fizycznej, medycznej. Całe śledztwo i zebraną dokumentację podsumowuje Mary Fitzgerald, redaktorka naczelna „openDemocracy”:

„Dowiedzieliśmy się, że w 45 krajach – od Kanady po Kamerun i od Wielkiej Brytanii po Ekwador – dochodzi do szokujących i zbędnych zdaniem lekarzy i prawników naruszeń praw i wytycznych Światowej Organizacji Zdrowia, które mają chronić kobiety i niemowlęta podczas pandemii. […] w przynajmniej 15 krajach – w tym w co najmniej sześciu europejskich – matki oddzielano od noworodków, a w co najmniej siedmiu uniemożliwiano im karmienie piersią. […] Z Afryki spłynęło wiele doniesień o zgonach w czasie ciąży po tym, jak ograniczenia poruszania się i inne obostrzenia związane z koronawirusem uniemożliwiły kobietom dotarcie do szpitali. Wiele kobiet w krajach rozwijających się zmuszonych było rodzić w warunkach niehigienicznych i niebezpiecznych”.

Rodzić po ludzku w czasie pandemii

czytaj także

To najważniejsze nasze teksty z ostatniego tygodnia. A już w przyszłym tygodniu w Polsce uczniowie i nauczyciele mają wrócić do otwartych na powrót szkół. I znów będziemy o tym pisać.

**
Jeśli chcesz co tydzień otrzymywać nasz newsletter – zapisz się.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać