Świat

Sierakowski z Mińska: Białorusini znowu się nie przestraszyli

Białoruś może być bardzo blisko obalenia dyktatora i o tym nawet nie wiedzieć. Nawet najsilniejszy przywódca traci władzę wtedy, gdy przestaje być słuchany. A przestaje być słuchany, gdy robi się śmieszny.


Do Łukaszenki już dotarło, że może zapomnieć o poparciu w szerszych grupach społecznych i została mu tylko najtwardsza baza, więc to ją stara się zradykalizować, żeby pomogła mu sterroryzować resztę społeczeństwa. Łukaszence zależało na odzyskaniu powagi po tym, jak został wygwizdany w wielkich fabrykach Mińska. Cała Białoruś mogła zobaczyć, jak dyktator – sam tak o sobie mówi – jest słaby. Organizuje teraz kolejne wiece, ale już całkowicie wyreżyserowane. Zwozi na nie wyłącznie swoich zwolenników. Wsiadają w autokar, dostają wydrukowane na jednej sztancy hasła i chorągiewki (na wiecach opozycji flagi i hasła tworzy się samemu), ćwiczą w autokarze slogany (zawsze trzy albo cztery te same: „Białoruś to my”, „Ja-my-Baćka”, „Białorusi nie oddamy”), przechodzą przez miasto, pojawiają się na ogrodzonym placu, wiecują, idą z powrotem i są rozwożeni do domów.

Pojechałem na taki wiec w miejscu newralgicznym, bo w Grodnie, którego pacyfikację Łukaszenka obiecał w piątek. Rzeczywiście, Grodno zdążyło się już niemal wyzwolić spod władzy dyktatora. Na stronę protestujących przeszły media publiczne, areszty opustoszały, a władze zaczęły ulegać opozycji. Dlatego Łukaszenka zapowiedział, że z Grodnem porządek zrobi wojsko. I w sobotę przyleciał na poligon pod miastem. Następnie w mieście, na placu Lenina o 14 wygłosił przemówienie na zorganizowanym przez władze i naszpikowanym smutnymi panami wiecu.

Sierakowski z Grodna: Powtórka z przemocy

 

Przed Łukaszenką wystąpiła seria odpowiednio dobranych przedmówców: robotnik odrzucający pomysł strajku w swoim zakładzie; wojskowy ze straży granicznej, który domaga się zaprowadzenia porządku w państwie; pani ze Związku Kobiet Białorusi, której nie podoba się, co robią kobiety na ulicach. Na końcu dziecko powiedziało wierszyk (na podobnym wiecu w Mińsku była piosenka). I wtedy na jednej z ulic dojazdowych, jak w amerykańskim filmie, z czarnych limuzyn wysiadł prezydent i jego świta. I poszli w stronę sceny.

Łukaszenka jest bardzo dobrym mówcą, nie można mu tego odmówić. Szczególnie dobrze czuje się wśród swoich. Wśród niechętnych mu robotników stracił rezon, ale w wyreżyserowanym dla niego spektaklu czuł się wspaniale. Zaczął od przypomnienia, jak to od Grodna rozpoczął się jego marsz po władzę w latach 90., a także jaki bałagan panował wtedy w państwie. Odwołał się do mitu wielkiej wojny ojczyźnianej, czyli drugiej wojny światowej, która zaczęła się, jak wiadomo, w 1941 roku. Wszystko po to, żeby ustawić opozycję i jej biało-czerwono-białe flagi jako przedłużenie nacjonalistycznego, faszystowskiego zagrożenia. Szczególne miejsce poświęcił polskim prowokatorom. Tłum krzyczał „Białorusi nie oddamy!”. Łukaszenka zauważył, że przebiegająca niedaleko Grodna granica to nie jest tylko granica Białorusi, ale także Związku Białorusi i Rosji.

Następnie powitał nowego gubernatora (dotychczasowego ministra zdrowia) – starego wyrzucił. Ze strajkującymi polecił zrobić to samo, skoro nie chcą pracować. A funkcjonariuszom z MSW i KGB dał czas do niedzieli, żeby skończyć z demonstracjami. „Od poniedziałku władza ma być władzą!” Podziękował OMON-owi za zaangażowanie i wyrzeczenia. Zebrał wielkie brawa i poszedł. W tym czasie trwało już aresztowanie najaktywniejszych robotników i rozbijanie strajkomów, czyli komitetów strajkowych. Od poniedziałku ludzie mają iść do pracy, inaczej reżim tego nie przetrwa, i bardzo prawdopodobne, że zastraszeni pójdą.

Kontrmanifestacja w Grodnie była niewielka i znajdowała się nie obok wiecu Łukaszenki, ale pod aresztem. Tak w Grodnie, jak w Mińsku wydawało się, że groźby dyktatora działają. Nie ma się co dziwić, skoro słynący z braku skrupułów Łukaszenka polecił wojsku i służbom „skończyć z demonstracjami”. Tylko że znowu nie chciały podporządkować się kobiety. W sobotę na Komarowce w Mińsku o 14 zebrało się ich kilka tysięcy. Poszły pod KGB, co ośmieszyło władze, bo to przecież KGB dostało zadanie spacyfikowania demonstracji. Główna demonstracja zaplanowana była na niedzielę na 14. Ludzie mieli nie iść samemu, tylko zbierać się w grupy i razem przyjść na plac Niepodległości.

Od rana widać było jeżdżące po Mińsku milicyjne suki, samochody z armatkami wodnymi, platformy i różne inne samochody używane przez milicję i służby. Wydawało się, że na placu Niepodległości pojawi się góra kilka tysięcy młodych ludzi. Drogi dojazdowe były zablokowane przez milicję i OMON. Cztery stacje metra zamknięto, wozy porozstawiano po okolicy. Zza plandeki co jakiś czas ktoś wypatrywał, co się dzieje. Na dachach byli snajperzy.

Białoruś jest dziś innym krajem, ale to jeszcze nie koniec

W stosunku do poprzednich, niemal codziennie odbywających się tam manifestacji pojawiło się kilka nowości: z głośników zaczęły lecieć ostrzeżenia wobec protestujących i nawoływania do rozejścia się. Między komunikatami władza serwowała zebranym wybór pieśni radzieckich rozlegający się ze szczekaczek. Nic to nie dało, bo ostrzeżenia były zakrzykiwane, a pieśni wywoływały rozbawienie. W pewnym sensie ta estetyka zgrała się z inną nowością: flagami sowieckimi Białorusi (czyli oficjalnie obowiązującymi, zielono-czerwonymi), które zaczęły pojawiać się na zgromadzeniach opozycji. Najczęściej w towarzystwie biało-czerwono-białych. Sygnał był czytelny: „nie chodzi nam o konflikt”, wyciągamy do was rękę. Przez jakiś czas ludzie w napięciu oczekiwali, co się wydarzy. Władza powiesiła strzelbę w pierwszym akcie, a przed sztuką zapowiedziała, że ta strzelba wypali. Przypomniała o tym jeszcze w czasie zgromadzenia. W mediach niezależnych pojawiła się informacja, że minister spraw wewnętrznych Jurij Karajew ostrzegł, że wojsko wyjedzie na ulice, jeśli demonstracje będą kontynuowane.

Internet znowu wyłączono (państwowa sieć przyznała się do tego z polecenia władz), ale ludzie już dawno nauczyli się zwoływać na Telegramie lub SMS-ami. Może dlatego z czasem liczba demonstrantów urosła do kilkudziesięciu tysięcy, a plac został zajęty w całości. Po dwóch godzinach ludzie ruszyli pod hotel Planeta, znajdujący się obok pomnika Stella. To tam odbyła się pierwsza demonstracja w niedzielę wyborczą 9 sierpnia, rozpędzona przez OMON. I to tam tydzień później zebrało się 200 tysięcy (według innych szacunków dużo więcej) ludzi. Wokół Stelli rozstawione było wojsko i zasieki. Władza zdążyła znaleźć sobie taki pretekst, że zamierza chronić pomniki.

I rzeczywiście pod Stellą stali żołnierze. Z bliska można było zauważyć, że to młodzi poborowi za barykadą z drutu kolczastego. Wyglądali na bardziej przerażonych sytuacją, niż mogli być demonstranci. Ten niekończący się szereg wyglądał komicznie – tak jakby władza też postanowiła zrobić sobie „łańcuszek solidarności”.

Na plac dotarło między 100 a 200 tysięcy ludzi. Wrażenie było podobne jak tydzień temu. A tego się nikt nie spodziewał. Znowu w całym mieście zawyły klaksony, lekarze z karetek pozdrawiali ludzi znakiem V, rozległy się Pieriemien i Mury. Wszyscy byli razem i zamiast strachu zapanował taki sam entuzjazm jak tydzień temu, gdy Łukaszenka leżał na deskach i sypało mu się całe państwo.

Okazało się, że znowu groźby Łukaszenki nic nie dały. Kolumna ludzi postanowiła iść w stronę Pałacu Niepodległości, wielkiej i kiczowatej rezydencji Łukaszenki. Przed nią władza rozstawiła wszystko, czym dysponuje OMON i milicja. Zapowiadało się to na taką samą konfrontację i strzelanie do demonstrantów jak te przy metrze Puszkinskaja. I wtedy znowu doszło do czegoś niespodziewanego. Ludzie podeszli do tych uzbrojonych OMON-owców i spokojnie odeszli. To była demonstracja „siły bezsilnych”.

Wracając, mogli zobaczyć w górze helikopter. To z kałasznikowem w ręku latał prezydent, któremu śni się po nocach los Mubaraka, Ceaușescu, Kaddafiego i Husajna. Tak kończyli ci, którzy nie umieli pogodzić się z utratą władzy. Łukaszence chodziło chyba o pokazanie, że ma nad wszystkim kontrolę, ale wyszło dokładnie odwrotnie. Ten karabin i uzbrojenie nastoletniego syna tworzyły wrażenie, jakby Łukaszenka bał się o swoje życie i nie ufał nawet najbliższym ludziom. Scena, jak podchodzi pod bramę i pyta, czy na pewno nikogo już nie ma, a następnie dziękuje młodym milicjantom, wyglądała jak z maja 1945 roku, gdy oderwany od rzeczywistości przywódca III Rzeszy chce natchnąć do walki ostatnich lojalnych, a wszystko dookoła się wali. Oczywiście Łukaszenka to nie Hitler, a jego siły zbrojne nie są rozbite, ale wrażenie schyłkowości władzy i oderwanego od rzeczywistości dyktatora jest podobne.

Białoruś może być bardzo blisko obalenia dyktatora i o tym nawet nie wiedzieć. Nawet najsilniejszy przywódca traci władzę wtedy, gdy przestaje być słuchany. A przestaje być słuchany, gdy robi się śmieszny.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Sławomir Sierakowski

| Socjolog, publicysta, współzałożyciel Krytyki Politycznej
Współzałożyciel Krytyki Politycznej. Prezes Stowarzyszenia im. Stanisława Brzozowskiego. Socjolog, publicysta. Ukończył MISH na UW. Pracował pod kierunkiem Ulricha Becka na Uniwersytecie w Monachium. Był stypendystą German Marshall Fund, wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, uniwersytetów Yale, Princeton i Harvarda. Obecnie Richard von Waizsäcker Fellow w Robet Bosch Academy w Berlinie. Jest członkiem zespołu „Polityki", stałym felietonistą „Project Syndicate” i autorem w „New York Times”, „Foreign Policy” i „Die Zeit”.