Nauka

Kopalnie na asteroidach, na Księżycu hel-3. Kolonizacja kosmosu możliwa jeszcze za naszego życia

Nadchodzące przełomy w astronomii i naukach pokrewnych są niebywale ekscytujące i kluczowe dla zrozumienia, kim my właściwie jesteśmy i czym jest planeta Ziemia. Choć lewica absolutnie nie powinna wchodzić w rolę pana marudy, niszczyciela dobrej zabawy, to za imponującym horyzontem odkryć naukowych kryją się też nowe zmartwienia.

Wiele wskazuje na to, że ludzkość 2021 rok również spędzi uwięziona w domach, ale nie przeszkodzi jej to w bezprecedensowej eksploracji kosmosu. Mimo szalejącej na świecie pandemii koronawirusa udało się w 2020 roku w przestrzeni kosmicznej sporo osiągnąć. Stany Zjednoczone, Chiny i Zjednoczone Emiraty Arabskie wysłały na Marsa badawcze roboty, Japończycy przywieźli na Ziemię próbki materiału z asteroidy, a Chińczycy – z Księżyca. Ponadto naukowcy odkryli w chmurach Wenus obecność fosfiny (co skłoniło do rozważań o tym, czy istnieje tam życie, na razie nierozstrzygniętych), NASA upewniła się, że na Księżycu jest woda – i to sporo, a SpaceX – dziecko Elona Muska – wysłała ludzi na Międzynarodową Stację Kosmiczną jako pierwsza prywatna firma w historii.

Ale po roku 2021 możemy spodziewać się jeszcze więcej – i to nie tylko dlatego, że pandemia niektóre plany na 2020 opóźniła. Jeśli do tej pory nieszczególnie śledziliście odkrycia astronomiczne, polecam zacząć.

Wiadomo – dla szaraczków brzmi to zwykle tak, że naukowcy coś odkryli, ale niespecjalnie wiadomo co, i że to coś zgadza się z obliczeniami, ale nie z eksperymentami, albo na odwrót, a w ogóle żeby coś z tego zrozumieć, trzeba odszukać swój stary zeszyt do fizyki. Wygląda jednak na to, że wielkimi krokami zbliżamy się do epoki eksploatacji i kolonizacji kosmosu – może to nastąpić jeszcze za naszego życia. A to pociągnie za sobą społeczno-ekonomiczne konsekwencje, które nawet najbardziej zatwardziałym humanistom trudno będzie ignorować.

Na Marsie robi się tłoczno

Pandemia nie pokrzyżowała planów wysyłki kolejnych ustrojstw na Marsa – gdyby nie zrealizowano ich w połowie ubiegłego roku, dałoby się to zrobić dopiero za ponad dwa lata. Tzw. okno startowe – czas, w którym trzeba wystartować z Ziemi, by wykorzystać odpowiednie ustawienie obu planet – w przypadku Ziemi i Marsa „otwiera się” bowiem raz na 26 miesięcy. Misje amerykańska (Mars 2020), arabska (Emirates Mars Mission) i chińska (Tianwen-1) mają dotrzeć na miejsce w lutym tego roku.

Najbardziej zaawansowana jest ta amerykańska: na Marsa poleciał nie tylko (piąty już) łazik o nazwie Perseverance, ale i dołączony do niego minihelikopter zasilany słońcem. Chiny też wysłały łazika i podobnie jak Zjednoczone Emiraty Arabskie – sondę. Na samą orbitę Marsa udało się dostać dopiero czterem agencjom: NASA, rosyjskiemu Roskosmosowi, Europejskiej Agencji Kosmicznej oraz Indyjskiej Organizacji Badań Kosmicznych.

5 przełomowych osiągnięć naukowych 2020 roku

Trudniej niż wejść na marsjańską orbitę jest jednak na Marsie wylądować: udało się to mniej niż połowie wysłanych tam robotów – i to wyłącznie amerykańskim. Jeśli teraz wszystko pójdzie zgodnie z planem, łaziki amerykański i chiński zbadają nieznane dotąd tereny planety, a chińska i arabska sonda dostarczą danych na temat jej atmosfery. Co być może pozwoli ludzkości wreszcie odpowiedzieć na pytanie, czy na Marsie istnieje jakieś życie, a jeśli nie, to czy istniało w przeszłości. A 3,5 miliarda lat temu ta toksyczna dla nas planeta była najprawdopodobniej przyjazna życiu w znanej nam dzisiaj formie.

To z kolei nie tylko pociągnie za sobą większe zrozumienie naszego miejsca w kosmosie, ale wywoła też kolejną kwestię: co zrobić, by jakieś życie, mimo niesprzyjających warunków, tam wysłać? Słowem – jak skolonizować planetę. W tym celu wysłane na Marsa urządzenia zarówno będą szczegółowo badać jego klimat, geologię itd., jak też wykonają obiecujące eksperymenty. Łazik Perseverance wyposażony jest mianowicie w instrument, którego zadaniem jest wyprodukowanie tlenu z dominującego w atmosferze Marsa dwutlenku węgla. Misje powiedzą nam też więcej o marsjańskiej wodzie, uwięzionej w lodzie na biegunach planety i pod jego powierzchnią.

Na Księżycu gorączka złota już się zaczęła

To jasne, że Mars robi dziś największe wrażenie, bo przecież na Księżycu człowiek postawił stopę ponad 30 lat przed wynalezieniem smartfonów, ale to właśnie nasz satelita jest kluczem do dalszej eksploracji kosmosu. USA straciły nim zainteresowanie na początku lat 70., po wygraniu – przynajmniej zdaniem Amerykanów – zimnowojennego wyścigu kosmicznego. Dziś na powrót Księżycem interesują się nie tylko USA i Rosja, ale i Chiny, Japonia, Indie, Izrael oraz Europa, a także podmioty prywatne – w tym SpaceX.

Najaktywniejsze na Księżycu od jakiegoś czasu są Chiny, które w ciągu kilku ostatnich lat trzykrotnie wylądowały tam bezzałogowo. W tym samym czasie NASA skupiało się na transporcie ludzi i towarów na bliższą Ziemi Międzynarodową Stację Kosmiczną, ale teraz ma się to zmienić. W tym roku na Księżycu wylądować mają dwa zakontraktowane przez NASA lądowniki transportujące aparaturę, która ma pomóc w kolonizacji Księżyca; rozpocznie się też imponujący program NASA (we współpracy z prywatnymi firmami i Europejską Agencją Kosmiczną) – Artemis.

Celem Artemis jest ponowne wysłanie ludzi na Księżyc (a w dalszej perspektywie – na Marsa) i założenie tam stałej bazy. Jego pierwszy punkt – bezzałogowy lot pojazdu kosmicznego Orion na orbitę Księżyca – ma się odbyć jeszcze w tym roku. Lądowanie astronautów przewidziane jest za trzy lata. Co ciekawe, na każdym etapie programu w załodze będzie przynajmniej jedna kobieta. Przypomnijmy, że bogini Artemida (in. Artemis) była bliźniaczką Apollina. To gest wykonany w kierunku niedocenianej, a ogromnej roli kobiet w rozwoju współczesnej astronomii. Ponadto załogi mają składać się przede wszystkim z naukowców, a nie – tak jak kiedyś – wojskowych.

O wysłaniu na Księżyc lądownika w przyszłym roku, a ludzi w najbliższych latach przebąkuje też Rosja. Z kolei Indie planują w 2021 posadzić na Księżycu łazik – w zeszłym roku się to niestety nie udało.

Skąd ten powrót zainteresowania Księżycem po latach? Ano stąd, że w międzyczasie wiele na jego temat odkryto – przede wszystkim obecność wody. Wodę trudno się transportuje w kosmos, a ta potrzebna jest nie tylko astronautom do picia: posłużyć może do produkcji tlenu oraz paliwa rakietowego. A to daje możliwość uczynienia z Księżyca kosmicznej stacji przesiadkowej, skąd będzie można polecieć dalej w głąb Układu Słonecznego.

Ponadto – i co być może najważniejsze – na Księżycu znajdują się atrakcyjne surowce: przede wszystkim hel-3 (rzadko występujący na Ziemi izotop helu, który pozwala na produkcję ogromnej ilości czystej energii), a także złoto, platyna i inne rzadkie pierwiastki wykorzystywane w technologii i elektronice. Naukowcy przypuszczają, że to właśnie na Księżycu rozpocznie się era kosmicznego górnictwa – jeszcze bogatsze w surowce asteroidy wydają się na razie większym wyzwaniem.

Tam, gdzie łazik nie sięga

2021 przyniesie też najprawdopodobniej przełom, jeśli chodzi o obserwacje Wszechświata również poza Układem Słonecznym. Najprawdopodobniej, bo planowane wyniesienie na orbitę teleskopu Jamesa Webba – następcy Kosmicznego Teleskopu Hubble’a – przekładano już wiele razy z powodu problemów technicznych, finansowych i oczywiście pandemii.

Najnowszy teleskop NASA ma rekordowe rozmiary i pozwoli na badanie tworzenia się i ewolucji galaktyk, systemów planetarnych i gwiazd, w tym obserwację pierwszych gwiazd powstałych po Wielkim Wybuchu. Naukowcy za jego pomocą spodziewają się odkryć więcej egzoplanet (planet pozasłonecznych) i spróbować odpowiedzieć na pytanie – tak, zgadliście – czy istnieje na nich życie.

Ponadto w tym roku swoje „pierwsze światło” (pierwszą obserwację) uzyskać ma chilijskie obserwatorium im. Very C. Rubin, którego otwarcie planowane jest na 2023 rok. Obiekt wyposażony będzie w największy na świecie aparat cyfrowy, zdolny zrobić zdjęcie piłeczki golfowej z odległości 25 kilometrów w rozdzielczości 3200 megapikseli. W praktyce będzie wykonywał panoramy nieba, które nie tylko pozwolą rozszerzyć wiedzę o naszej Galaktyce – Drodze Mlecznej, ale być może również „przyjrzeć się” ciemnej energii i materii – hipotetycznym bytom, które dominują we Wszechświecie i wpływają na jego kształt, choć właściwie nic o nich nie wiemy.

Notabene, to właśnie patronka obserwatorium, czyli Vera Rubin, dostarczyła światu jeden z najważniejszych dowodów na istnienie ciemnej materii. Zapewne nas nie zaskoczy, że w młodości namawiano ją, żeby zamiast astronomią zajęła się malowaniem obrazów o tematyce kosmicznej, a Uniwersytet w Princeton pod koniec lat 40. nie przyjął jej ze względu na płeć. Tak czy inaczej – Rubin utorowała drogę do astronomii wielu innym wybitnym kobietom.

Mały krok dla człowieka, potencjalny problem dla ludzkości

Jest oczywiście za wcześnie, by dywagować nad etycznymi dylematami, które pociągnie za sobą np. ewentualny kontakt z pozaziemską cywilizacją. Warto jednak – szczególnie w kontekście nadchodzącej eksploatacji Księżyca – zacząć zadawać sobie pytania o reguły podboju przestrzeni kosmicznej przez człowieka.

Nie chodzi mi oczywiście o prawo pyłu na Księżycu do leżenia na Księżycu – przynajmniej na razie, przy obecnym stanie wiedzy, bo być może i tego rodzaju pytania będziemy sobie kiedyś musieli zadawać (a już dziś możemy zacząć się martwić o śmieci dryfujące w kosmosie). Rzecz w tym, kto na tym podboju kosmosu skorzysta – bo na razie nie zapowiada się, by była to cała ludzkość.

Wyścig kosmiczny czasów zimnej wojny skończył się nie tylko dlatego, że ZSRR odpuścił – lata 70. przyniosły też Stanom początek neoliberalnej ery, w której nie do pomyślenia – również dla opinii publicznej – stało się finansowanie przez państwo tak kosztownych przedsięwzięć jak podbój kosmosu, zwłaszcza jeśli celem byłby abstrakcyjny rozwój nauki. To było możliwe tylko w latach 50. i 60., kiedy górna stawka podatku dochodowego wynosiła 91 proc., a później 70 proc. Jak bowiem pisze Wojciech Orliński, „projekt Apollo był pamiątką po tym, co najlepsze i najgorsze w tamtym modelu kapitalizmu”. Najlepszy był „gigantyczny skok technologiczno-cywilizacyjny” (w tym wynalezienie komputera, internetu czy pigułki antykoncepcyjnej), najgorsze było zaś to, że projekty NASA regularnie kończyły się „przekroczeniem pierwotnego kosztorysu i harmonogramu”.

W swoim arcyciekawym tekście Orliński opisuje regres, jakiego dokonał późny kapitalizm w budowie silników rakietowych: kiedy kilka lat temu amazonowy miliarder Jeff Bezos postanowił zainwestować w tę branżę, zainicjował ekspedycję w poszukiwaniu na dnie oceanów… resztek starych rakiet. Przypomina to czasy średniowiecza, gdy „artefakty i manuskrypty pozostawiane przez Greków i Rzymian i tak przewyższały wszystko, co potrafili wyprodukować potomkowie barbarzyńców”. Orliński sugeruje, że ten smutny wniosek rozciągnąć można na całą branżę lotniczo-kosmiczną, czego dowodem jest wyprodukowanie przez Boeinga (czy raczej zlecenie tanim podwykonawcom) bubla w postaci pasażerskiego 737 MAX. Już zresztą po publikacji tekstu Orlińskiego Boeing zaliczył kolejne dwie poważne wpadki ze swoim statkiem kosmicznym Starliner.

Dziś USA z przytupem wracają w kosmos nie tylko dlatego, że jako upokorzony ekslider „wolnego świata” nie mogą znieść imponujących osiągnięć Chin czy wschodzących lokalnych mocarstw, ale dlatego, że można na tym zarobić. Skorzysta na tym jednak głównie biznes. Bo choć np. program Artemis ogłosił w ramach wstawania z kolan Donald Trump (jego poprzednik – Constellation – anulowany został przez Baracka Obamę w czasie kryzysu), to jego podstawą – jak i wielu innych programów NASA – są pieniądze (i ambicje) miliarderów, np. SpaceX Elona Muska, Blue Origins Jeffa Bezosa i wielu innych.

Astrofizyk Neil deGrasse Tyson powiedział kilka lat temu, że pierwszym bilionerem na świecie zostanie człowiek, który zainwestuje w kopalnie na asteroidach. Wtórują mu instytucje finansowe w rodzaju Goldman Sachs. Już dzisiaj zresztą prywatne firmy zarabiają na wynoszeniu dla NASA ładunków i ludzi na Międzynarodową Stację Kosmiczną czy satelitów na orbitę. W przyszłości mają zaś zamiar zgarnąć biliony na kosmicznym górnictwie, turystyce i pokrewnych branżach. Tylko dwa przykłady: na asteroidzie Hebe jest tyle żelaza, że wystarczyłoby go ludzkości na milion lat. Z kolei wartość rynku przekształcania wody z kosmosu w paliwo już dziś szacuje się na 15 miliardów dolarów rocznie.

Swoją działalność prywatne firmy w rodzaju SpaceX nazywają „NewSpace” – co ma odróżnić nową erę podbojów kosmicznych od zimnowojennego, powolnego i uzależnionego od polityków „Old Space”. Ich PR zawiera wprawdzie sporo pustosłowia o nauce i marzeniach ludzkości, ale sami naukowcy już teraz obawiają się, że chodzi wyłącznie o wzbogacenie się najbogatszych tego świata, czyli bańki mniej lub bardziej związanej z Doliną Krzemową. Nie będę dodawać, jak koszmarnie skończy się dla ludzkości dalsze – i dynamiczne jak nigdy dotąd – pogłębianie społecznych nierówności. Mamy o tym w Krytyce Politycznej sporo innych tekstów.

Nie byłoby oczywiście źle, gdyby przy okazji zaspokajania ambicji Bezosów tego świata udało się np. zdobyć paliwo, które mogłoby uratować Ziemię przed katastrofą klimatyczną (wspomniany hel-3). Kłopot jednak w tym, że dalsze uzależnianie się agencji kosmicznych od prywatnych podmiotów z pewnością nie skończy się kosmiczną merytokracją: kluczowe decyzje podejmować będą nie naukowcy, ale inwestorzy.

Inna sprawa, że z perspektywy nauki załogowe loty w kosmos są właściwie bez sensu – dużo więcej i zdecydowanie taniej odkrywa się za pomocą teleskopów, łazików czy sond. Zresztą w dobie pandemicznego kryzysu jakakolwiek eksploracja kosmosu może wydawać się zbędnym kaprysem. To nie czasy zimnej wojny, nie rusza to specjalnie ani polityków, ani społeczeństw. Dlatego też rozbudzone na nowo aspiracje NASA mogą zostać ostudzone przez nowego prezydenta Joe Bidena.

Trudno również twierdzić, że lepszą niż chciwość motywacją do eksploracji kosmosu jest rywalizacja państw – szczególnie że część graczy w nowym kosmicznym wyścigu to naprawdę niegodne zaufania państwa autorytarne. Niby sporo dziś mówi się o tym, że ów nowy wyścig jest pokojowy i oparty na współpracy – w zgodzie z podpisanym w 1967 roku traktatem o przestrzeni kosmicznej, który podkreśla, że eksploracja pozaziemska powinna służyć całej ludzkości (jego stronami jest 110 państw). Jednak ten sam traktat orzeka, że pozyskane w ten sposób surowce należą do tego, kto je wydobył. Innymi słowy – kto pierwszy, ten lepszy. Jeszcze innymi – z tego może wybuchnąć jakaś gruba wojna.

Nie znaczy to oczywiście, że kosmosu nie powinniśmy w ten czy inny sposób odkrywać. Nadchodzące przełomy w astronomii i naukach pokrewnych są niebywale ekscytujące i kluczowe dla zrozumienia, kim my właściwie jesteśmy i czym jest planeta Ziemia.

Lewica absolutnie nie powinna tu wchodzić w rolę pana marudy, niszczyciela dobrej zabawy. Jednak już teraz powinniśmy objąć obserwacją i kontrolą będące dziś w powijakach branże przyszłości. Bo, jak napisała Paris Marx, autorka genialnego podcastu Tech Won’t Save Us – „tak dla eksploracji kosmosu, nie dla kosmicznego kapitalizmu”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kaja Puto
Kaja Puto
Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.
Zamknij