Kultura

Szelewa: Koniec Zachodu już był?

Z sondażu Eurobarometru, którego wyniki opublikowano kilka dni temu, wynika, że oto pierwszy raz ponad 50 proc. obywateli Unii Europejskiej uważa, że członkostwo w niej jest „czymś dobrym”. I to mimo kryzysu! A może właśnie dzięki kryzysowi? Barbara Szelewa recenzuje książkę The End of the West. The Once and Future Europe.


„Dla walczących z Persami starożytnych Greków
było oczywiste, że bronili cywilizacji przed barbarzyńcami, wolności przed
tyranią” – pisze David Marquand w książce The End of the West. The Once and Future
Europe
. I od tamtego czasu niewiele się w kwestii
podziału na Wschód i Zachód zmieniło. Zachodnie poczucie wyższości to
oczywiście sprawa znana. Ciekawe u Marquanda jest to, że krytykując tę postawę,
wskazuje, że Europa, gdyby tylko zechciała uznać fakt, że dominacja Zachodu
odchodzi w przeszłość i pozbyła protencjonalnej postawy wobec Wschodu, mogłaby odnaleźć klucz do rozwiązania swoich aktualnych
problemów.

 

Nieważne, że książkę opublikowano w zeszłym
roku, napisana została oczywiście jeszcze wcześniej. Diagnozy kryzysu Unii
Europejskiej są w niej jednak dokładnie takie, jak te, które pojawiają się w
debacie publicznej teraz. Problemem numer 1 jest niedobór demokracji –
obywatele Unii nie mają kontroli nad tym, co dzieje się w oddalonej,
zbiurokratyzowanej Brukseli. A że władze krajowe, które i tak niewiele już
mogą, każdy sukces przypisują sobie, a każde niepopularne rozwiązanie – Unii,
trudno zbudować jej pozytywny wizerunek.

 

Polubić
barbarzyńców

 

Europejczycy odwracają się od Unii i w obliczu
kryzysu gospodarczego szukają oparcia w państwach narodowych, w siłę rosną
populiści i faszyści – grzmią komentatorzy. Marquand proponuje ciekawe
wyjaśnienie trendu rzekomego „odwracania się od Unii”. Inicjatorzy integracji
europejskiej postawili sobie za cel, by po II wojnie zorganizować kontynent
tak, by uniemożliwić konflikty narodowościowe. Rozwijająca się europejska
wspólnota zapewniła długi okres pokoju, narodowość stała się sprawą wstydliwą i
groźną. Kwitł wzrost gospodarczy, ludzie kształcili się i bogacili w takim
kapitalizmie, który nikogo nie pozostawiał na pastwę tzw. niewidzialnej ręki.
Mimo że stała się tabu, pisze autor, tożsamość narodowa nie zniknęła. Trochę
tak, jakby ktoś siłą lub groźbą pozmuszał kiedyś różne grupy etniczne, by
wpasowały się w istniejące struktury, a teraz struktury te pękały. I to wcale
niekoniecznie dlatego, że człowiek biedny, niewykształcony zawsze da się uwieść
ksenofobicznym czy separatystycznym argumentom polityków. Marquand ustawia ten
argument odwrotnie: pozwólcie im być sobą, a wtedy narodowa czy religijna
tożsamość nie wyrodzi się w nic niebezpiecznego. Słowem: wyzbądźcie się
protekcjonalnej postawy wobec swoich przyjaciół ze wschodu (każdy ma jakichś
własnych bardziej lub mniej na wschód wysuniętych barbarzyńców).

 

Argumentację tę można zastosować też w
stosunkach między europejską elitą a obywatelami. Czy ktoś wyobraża sobie
wyższy stopień dyplomacji niż zakładanie wspólnot europejskich? Ojców Europy
można zrozumieć – działali niedługo po wojnie, byli jegomościami starej daty,
starej dyplomacji, dlatego mogli sobie sami zaplanować struktury współpracy
członków pierwszych europejskich wspólnot, nie oglądając się specjalnie na
zdanie reszty obywateli. Wymyślili np., że w ramach odideologizowania stosunków
w Europie władza przejdzie w ręce niezależnych funkcjonariuszy. Brukselscy
urzędnicy mieli być nieskazitelnie niezależni, ich „polityki” fachowe,
pragmatyczne, skuteczne. I, choć jak słusznie podkreśla Marquand, od tamtej
pory Unia żyje właściwie polityką na najniższych poziomach, zdominowaną przez
działalność urzędników, którzy nie myślą o zmienianiu biegu historii, to jednej
tego konsekwencji Ojcowie Założyciele się pewnie nie spodziewali.

 

Oj dzieci, dzieci

 

Kiedy skończyły się wspaniałe lata wzrostu, a
coraz swobodniejszy rynek zaczął panoszyć się w Europie w latach 90.,
Europejczycy zapragnęli powiedzieć „sprawdzam” i wtedy okazało się, że rządzili
nimi technokraci – będący ekspertami, a nie politykami. Jak wiadomo, eksperci
nie pytają o zdanie wyborców, tylko ewentualnie innych ekspertów. Wyborca zaś
staje się coraz bardziej „wschodni”, barbarzyński i nie rozumie coraz bardziej
skomplikowanego świata.

 

W odpowiedzi na problemy z niedoborem
demokracji w Unii słychać wezwania do powołania nowego konwentu
konstytucyjnego. To samo działo się mniej więcej 10 lat temu. Wtedy okazało
się, że mowa o demokratycznym procesie pisania konstytucji dla Europy, która
miała pomóc narodzić się konstytucyjnemu patriotyzmowi europejskiemu, to była
wielkiej wody ściema. Kilku starszych panów ustaliło wszystko w kuluarach –
przez chwilę mogli się poczuć, jak ci dawni nobliwi dyplomaci z czasów tuż po
wojnie. Społeczeństwa zostały potraktowane jak dzieci.

 

Tymczasem z sondażu Eurobarometru, którego
wyniki opublikowano kilka dni temu, wynika, że oto pierwszy raz ponad 50 proc.
obywateli Unii uważa, że członkostwo w niej jest „czymś dobrym”. I to mimo
kryzysu! A może właśnie dzięki kryzysowi? Europejczycy uważają, że to Unia
powinna zająć się naprawą gospodarki, przede wszystkim bezrobociem i
przywróceniem wzrostu. Ze wszystkich unijnych instytucji najlepiej kojarzą
Parlament Europejski, w którym czują się najlepiej reprezentowani. Co ciekawe, w
tym samym badaniu zmniejszył się odsetek tych, którzy identyfikują się przede
wszystkim z Europą, a zwiększył tych, którzy utożsamiają się przede wszystkim
ze swoją narodowością. Czy o to chodziło Marquandowi?

 

David
Marquand, The End of the West. The Once and Future Europe, Princeton University
Press 2011

 

 

 

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.