Muzyka

„No tomorrow” w czasach brexitu

„To straszne” – odpowiedział Andrew Fearn na pytanie moderatorki, co duet sądzi o brexicie. „Brzmi to jak nazwa sprzedającego mrożone półprodukty sklepu z lat 80.” – dodał Jason Williamson.

Brexit. W ciągu ostatnich lat nie wyszło zbyt wiele recenzji brytyjskich płyt, które nie zawierałyby tego zaklęcia. Jak gdyby brexit miał wytłumaczyć wszystko: od powrotu folku na scenę alternatywną po sukces ostatniego grime’owego hitu podbijającego listy przebojów. Ogólnospołeczny temat w rękach publicystów muzycznych i samych muzyków staje się kliszą, za pomocą której usiłują opisać Wielką Brytanię ostatnich trzech lat. Pod tą kliszą nie skrywa się nic innego niż bezradność i pustka ideowa. Postpunkowy duet Sleaford Mods z Nottingham wstępuje do opisanej atmosfery z jedenastym albumem Eton Alive. Również on dowodzi, że twórców nie obchodzi, kogo w dobrze zaplanowanym momencie oplują czy kopną. Bolączki, które w ten sposób odkrywają, są coraz bardziej wyraźne, a twórczość Sleaford Mods jest coraz bardziej niepokojąca.


Już od samego początku Sleaford Mods są nazywani aktywistami politycznymi, przede wszystkim z powodu tekstów wokalisty Jasona Williamsona. To zrozumiałe, Sleaford Mods zaczynali jako projekt Williamsona. Na scenie, w nieskończonym strumieniu świadomości, przetwarzał codzienne doświadczenia przeciętnego Brytyjczyka, który żyje od wypłaty do wypłaty i od jednej puszki taniego europejskiego piwa do drugiej.

Ich twórczość jest przesiąknięta polityką, ale nigdy nie pragnęli wykonywać wielkich patetycznych gestów ani nie starali się nazwać wszystkich problemów społecznych. Bowiem do wyrażenia skomplikowanych odczuć osób z różnych peryferii społecznych Williamsonowi wystarczy zazwyczaj kilka słów. „To jest ludzka rasa / UKIP i wasza hańba / odrąbane głowy na ulicach Londynu / a wy wszyscy zombie tylko tweetujecie, tweetujecie, tweetujecie” – wykrzykuje w albumie Divide and Exit. Natomiast na płycie sprzed dwóch lat English Tapas konstatuje z powściągliwością: „Zjadłem ekologicznego kurczaka / był gówniany”.  Bezlitosne skróty znajdziemy także na najnowszej płycie. Sleaford Mods są coraz bardziej zjadliwi, ale jednocześnie często też bardziej apatyczni i introspektywni.

Brexit – handel mrożonymi półproduktami

„Jak powiedziałem, to koniec / nie ma nic, co musiałbyś robić / jesteś coraz starszy / coraz wolniej dochodzisz do punktu / w którym będziesz do niczego” – fałszuje melancholijnie Williamson w refrenie Firewall. Wraz z utworem Substraction czy końcowym Negative Script stanowi część płyty, w której Sleaford Mods zdejmują maski bezczelnych komentatorów dziwactw życia codziennego. Zamiast tego pozwalają całkowicie pochłonąć się marności codziennego znoju, mówiąc: „Nie chcę przebudzenia / nie wierzę w zabawę / wolałem stać obok / ale zostałem oszukany przez własny, mały rozumek”. Delikatna introspekcja oraz rozbrajające przyznanie się do własnego zmęczenia i poczucia marności robią większe wrażenie niż pełne wkurzenia napadanie na wszystko wokół, do którego nas przyzwyczaili. Williamson nie rezygnuje ze swojego talentu obserwacyjnego, dzięki któremu stał się nieoficjalnym rzecznikiem brytyjskiej klasy robotniczej, tylko w niektórych momentach nakierowuje go na własne poczucie niepewności. Jakby mimowolnie opisuje ducha czasu Wielkiej Brytanii roku 2019, wyczerpanej nieskończonymi dyskusjami na temat tego, jak właściwie będzie wyglądać to słynne wystąpienie z UE.

Stosunek Sleaford Mods do wielkiej polityki jest paradoksalny. W swoich tekstach zawsze skupiali się raczej na rejestrowaniu małej polityki, banalnych problemów i konfliktów, które widzą wokół siebie. Nigdy nie bali się powiedzieć, co drażni ich w utarczkach ekipy rządzącej, ale jasne deklaracje swoich poglądów politycznych zachowują na wywiady, w których nie szczędzą krytyki całemu obozowi probrexitowemu. Ich światopogląd wyraźnie doszedł do głosu również w niedawnym profilowym wywiadzie dla BBC (który symptomatycznie umieszczony został w politycznej sekcji strony). „To straszne” – odpowiedział Andrew Fearn na pytanie moderatorki, co duet sądzi o brexicie. „Brzmi to jak nazwa sprzedającego mrożone półprodukty sklepu z lat 80.” – dodał Jason Williamson. Narzucać może się to, że jego poglądów nie podziela ogromna większość bohaterów jego kronik życia klasy pracującej, zresztą rozmowa wkrótce na to zeszła: „A co z tymi wszystkimi ludźmi, którzy głosowali za brexitem? Co byś im powiedział?” – dopytywała moderatorka. „No, szczerze mówiąc, to niewiele można na to powiedzieć. Wielu z nich wciąż jara się brexitem. «No-deal, my chcemy no-deal» – mówią [najostrzejsza wersja brexitu bez porozumienia z UE – przyp. aut.]. Niedawno w kolejce na lotnisku jeden taki koleś powiedział mi, że głosował za brexitem z powodu imigrantów, ale chyba wyemigruje, bo no-deal nie dojdzie do skutku. Cóż dodać?”

To rozdarcie jest charakterystyczną cechą ostatnich kilku lat kariery Sleaford Mods. Projekt, który pierwotnie inspirował się sceną DIY i alkoholową kulturą no tomorrow klasy robotniczej, znalazł się na celowniku mediów światowych, podpisał umowę z wielką wytwórnią Rough Trades i dostał się na listy przebojów. W nakręconym przez Christine Franz dokumencie Bunch of Kunst widzimy, jak próbują poradzić sobie z nowym statusem. W filmie śledzimy zespół jeżdżący olbrzymim autobusem na koncerty do wielkich europejskich hal sportowych. W autobusie siedzą Williamson i Fearn, a trzecie siedzenie zajmuje już tylko trzynastocalowy laptop, z którego Fearn puszcza beaty. Jednak wątpliwości co do autentyczności ich starań najlepiej rozwiewa wydany właśnie przez sam zespół album Eton Alive.

Pożryjcie ich żywcem

Sleaford Mods kontynuują to, co robią przez całą swoją karierę: obserwują to, co dzieje się wokół nich, i zwracają uwagę na każdy zauważony absurd współczesnego świata. Ich środki wyrazu, status kulturowy i odbiorcy, do których się zwracają, subtelnie się zmieniają, ale sami zostają w istocie tacy, jak byli. Błędem byłoby starać się wcisnąć ich poglądy w ideologiczne kategorie, które ułatwiają nam interpretację nieprzejrzystej polityki brytyjskiej. Williamson atakuje każdego, kto akurat znajduje się w pobliżu. Według niego nie trzeba szukać bohaterów, którzy naprawiliby obecną ponurą sytuację, bo wszyscy są częścią problemu, z którego nie ma innej możliwości ucieczki niż sarkastyczna dekonstrukcja obecnego społeczeństwa i jego bolączek. Dlatego w jednym z najlepszych momentów albumu, energicznym utworze Flipside, pluje do mikrofonu „Graham Coxon wygląda jak lewacki Boris Johnson!” pod adresem gitarzysty Blur.

Humor, seks i nowa muzyka?

czytaj także

Humor, seks i nowa muzyka?

Monika Pasiecznik

Aż dziw, jak dobrze udaje się Sleaford Mods łączenie momentów poruszającej osobistej spowiedzi z legendarnymi już dzisiaj tyradami. Olbrzymią zasługę ma w tym produkcja Andrew Fearna. Na Eton Alive w pełni widać, że nie jest już tylko dziwnym kolesiem, który na koncercie będzie zapętlać dźwięki gitary basowej i prymitywnych instrumentów perkusyjnych, po czym z puszką piwa z oddali obserwować, jak Williamson deklamuje swoje teksty. Beaty są wciąż minimalistyczne i nawiązują do brytyjskiego postpunka, ale Fearn stał się pełnowartościowym producentem, który potrafi do utworów wkomponować dyskretne nawiązania do Mr. Oiza (Kebab Spider), połączyć dezorientujący syntetyzator z naiwnymi flecikami (Big Burt) czy w otwierającym sample’u stworzyć atmosferę, której spodziewalibyśmy się raczej na albumie króle grime’u Wileya (Discourse). Dzięki niepozornej, eklektycznej produkcji Fearna Sleaford Mods mogą przekraczać używane dotąd schematy, nie brzmiąc przy tym jak zespół, który stracił własne brzmienie.

Tytuł płyty, Eton Alive, odwołuje się do prestiżowej szkoły z internatem Eton, która wyprodukowała dziewiętnastu premierów Zjednoczonego Królestwa. Gra słowna dobrze wpisuje się w szereg dalszych dowcipów i kuksańców, jakimi naszpikowany jest album. Mimo iż ukazuje się w czasie, kiedy sytuacja brytyjskiego społeczeństwa i samych autorów jest dość trudna, wciąż dostarcza przede wszystkim rozrywki, mierząc się z  poczuciem beznadziei i wszechobecnym absurdem. Dowodzi, że zespół jest w szczytowej formie, i zapewnia tak bardzo potrzebne katharsis. Kiedy w połowie przerażająco brzmiącego utworu O.B.C.T. zaczyna buczeć kazoo, instrument, którego chyba nie da się traktować poważnie, na chwilę zapominamy, że jeszcze kilka minut temu Williamson komponował nihilistyczny obraz polityki jako nigdy niekończącego się procesu manipulacji. Tak jak w prawdziwym życiu, wkrótce wraca poczucie beznadziei, ale te parę sekund wyzwalającej rozrywki jest tego warte.

**
Tekst ukazał się na stronie A2larm. Tłumaczyła Olga Słowik.

Wpłać na Krytykę #pozdrowGlinskiego

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.