Kultura

Londyn zamienia się w bananową republikę

Watch Dogs: Legion. Fot. Ubisoft

„Watch Dogs: Legion” to wirtualny postbrexitowy Londyn. Czy dystopijna rzeczywistość w tej grze jest warta sprawdzenia i oferuje graczom coś poza czystą rozrywką? Wszystko zależy od tego, jak dużo czasu spędzimy… na ulicy.

Ubisoft wyspecjalizował się w tworzeniu gier z otwartym światem, czyli dużym obszarem z mnóstwem aktywności pobocznych, symulujących „prawdziwe życie”. Czasami mam wrażenie, że francuska korporacja jest w stanie losowo wygenerować wysokiej jakości świat – czy to będzie San Francisco, Egipt czy Londyn. Wśród graczy i recenzentów powstał nawet termin ubigame, czyli gra z otwartym światem właśnie, w której gracz musi wykonywać kolejne zadania, pokonywać bossów i odblokowywać kolejne obszary. Do ubigame zalicza się seria Watch Dogs. To gry osadzone w niedalekiej dystopijnej przyszłości, w której hakerski kolektyw DeadSec mierzy się z zagrożeniami ze strony korporacji i innych hakerów.

Dotąd na rynku pojawiły się trzy gry z tej serii: Watch Dogs (osadzone w Chicago), Watch Dogs 2 (dziejące się w San Francisco) oraz najnowsze Watch Dogs: Legion (akcja rozgrywa się w Londynie). Średnie oceny w serwisie Metacritic oscylują między 70 a 80 proc. W oczach krytyków są to gry dobre, ale nie rewelacyjne. Moją ulubioną częścią serii jest Watch Dogs 2. To fajna gra z młodzieżowym, luźnym klimatem. Jak w porównaniu z nią wypada Ubisoftowa nowość?

Postbrexitowy Londyn i złe korporacje

Watch Dogs: Legion to pierwsza gra w serii, której akcja osadzona jest poza Stanami Zjednoczonymi. Miejscem, w którym tym razem będą działać agenci DeadSecu, jest postbrexitowy Londyn. Po raz pierwszy w grze nie ma głównego bohatera. To dość radykalny i ryzykowny krok. Gry akcji najczęściej zbudowane są wokół jednej postaci, która ma swoją biografię i motywacje, wpływające na działania gracza. Główny bohater jest centrum gry przygodowej, bo wokół niego tkana jest fabuła i wszystkie związane z nią zabiegi narracyjne. Jego brak charakterystyczny jest raczej np. dla gier sieciowych, gdzie poprzez swoje działania gracz tworzy jego fikcyjną biografię na polu bitwy.

W Watch Dogs: Legion rozgrywkę zaczynamy, wybierając jedną z zaproponowanych nam postaci. Każda posiada okrojoną biografię, profil zawodowy i listę atrybutów, które mogą przydać się nam w trakcie gry. Gdyby była to gra karciana, to nasz pierwszy wybór byłby naszą kartą startową. Bo w Watch Dogs: Legion budujemy swoją własną siatkę agentów, naszą rewolucyjną talię.

W trakcie gry możemy wybrać opcję permanentnej śmierci. Kiedy zdecydujemy się na taką formę rozgrywki, to śmierć agenta będzie nieodwracalna. W obliczu takiej możliwości w grę wchodzą dwie postawy graczy. Pierwszą jest totalny brak przywiązania do bohaterów i budowania zespołu z zapasem. Trochę jak w przypadku drużyny sportowej – czyli na każdą pozycję mamy kilku zawodników w razie kontuzji (w przypadku WD: Legion – śmierci). Druga postawa jest zgoła inna i bardziej oparta na odpowiedzialności za nasz zespół. Teoretycznie możemy budować konkretną strategię na daną misję, ale to bardziej kosmetyka, bo nie ma wpływu na zmiany w fabule. Każdy sposób jest skuteczny. Watch Dogs od samego początku serii opiera się na bardzo prostym schemacie zadań.

Hakerzy hakują, bo tak został stworzony świat

Hakerzy hakują, a żeby hakować, muszą dostać się na zastrzeżony teren, żeby dokonać dywersji lub zdobyć dane. Dlatego elementy skradankowe w tej serii są dominujące, a samo hakowanie jest banalnie proste (na pewno o wiele bardziej niż w wydanym kilka tygodniu temu Cyberpunku 2077). Do dostania się na zastrzeżony teren możemy wykorzystać drony, roboty, kamery lub cokolwiek mechanicznego, co da się zhakować. W ostateczności możemy wbić się tam w stylu Rambo i po prostu rozwalić wszystkich wrogów (mamy wybór – paralizatory lub broń z ostrą amunicją). A jeżeli możemy po prostu wszystkich rozjebać, to cała strategia jest zbędna jak zmienne ubranie, które nic nie daje naszej postaci. Bo ubigame ma bawić, a nie być wyzwaniem. W tych grach chodzi o zagubienie się na mapie, dzięki czemu przejście gry zajmie nam znacznie więcej niż szacowany czas związany z głównym wątkiem fabularnym. A w Watch Dogs: Legion można wsiąknąć w trakcie rekrutacji nowych agentów.

„Cyberpunk 2077”: Rewolucja nie działa

czytaj także

Ale w zasadzie dlaczego hakujemy, po co zbieramy naszą drużynę i z kim walczymy? W tej serii naszym głównym przeciwnikiem jest najczęściej korporacja i konkurencyjne „złe” grupy hakerskie. Watch Dogs: Legion zaczyna się od wielkiego wybuchu, a w zasadzie od kilku wielkich wybuchów. W prologu kierujemy działaniami agenta służb specjalnych, który jest tak naprawdę agentem DeadSecu (lol).

Niestety nasza misja w parlamencie kończy się niepowodzeniem. W Londynie dochodzi do synchronicznych zamachów bombowych, komórka DeadSec zostaje zlikwidowana, a paramilitarna korporacja przejmuje obowiązki państwa i policji. Londyn zamienia się w bananową republikę, w które monopol na przemoc zostaje oddany przez polityków prywatnej firmie. W grach komputerowych bardzo często „tym złym” są właśnie prywatne firmy paramilitarne – to bezpieczny sposób opowiedzenia historii o słabości struktur państwowych bez atakowania konkretnych państw czy rządów. Wygodnie i pojemnie. Oczywiście takie korporacje działają na styku polityki i świata przestępczego. Tak żeby nie było wątpliwości, że problemem nie jest słabe państwo, ale źli biznesmeni.

Korporacja to czarujący psychopata [rozmowa]

czytaj także

Korporacja to czarujący psychopata

Transnational Institute

Jak już wspomniałem wcześniej – każdy agent ma swoją biografię, a oprócz tego rekrutacja nowego członka naszego rewolucyjnego hakerskiego teamu wymaga wykonania jakiegoś zadania, które ma na celu pomoc naszemu rekrutowi. Sedno tych zadań jest dokładnie takie samo jak większości zadań w tej serii. Musimy kogoś uratować, zdobyć jakieś dane albo je wykasować itd. Ale żeby to zrobić, musimy ruszyć w miasto, żeby poznawać ludzi. Tak, w tej grze nie można być aspołecznym. No a Londyn obfituje w ciekawe persony. Nie każdy da się zrekrutować, ale każdego możemy troszkę podejrzeć. Tak wyglądają przykładowe karty postaci:

Watch Dogs: Legion
Watch Dogs: Legion/mat. własne

Gdzie pracują rewolucjoniści?

Przez kilkanaście godzin spędzonych w grze zwiedzałem wirtualny Londyn i z ciekawości sprawdzałem, czym zajmują się wirtualni mieszkańcy i mieszkanki tej dystopijnej wersji stolicy Wielkiej Brytanii. To miasto tętni życiem (w przeciwieństwie do cyberpunkowego Night City) i na jego ulicach naprawdę możemy spotkać ciekawe postacie – analityków politycznych, youtuberki, agentów specjalnych, polityczki, projektantów mody czy płatne zabójczynie, niezależnie, czy będzie to Camden, czy City Center. Pod względem reprezentacji kobiet w różnych zawodach wirtualny Londyn jest pięknym równościowym przykładem.

O dziwo, naprawdę trudno spotkać na ulicach Londynu bezrobotnych lub wykonujących podstawowe i proste zawody. Co ciekawe, w kategorii zatrudnienia wyszczególnione jest włóczęgostwo, co nie jest tożsame z byciem bezrobotnym. Za to mamy nadreprezentację bullshit jobs (influencerzy czy różnej maści analitycy), które tak samo jak w realnym życiu są o wiele lepiej płatne niż znane od lat tradycyjne zawody związane z usługami. Interesujące jest to, że włóczędzy też mają stałe zarobki. Oczywiście wielokrotnie niższe niż na przykład analitycy polityczni. Londyn w grze nie jest miastem na tyle futurystycznym, żeby mógł być całkowicie odklejony od sytuacji na rynku pracy w 2020 roku. To miasto bardzo bliskiej przyszłości rodem bardziej z serialu Black Mirror niż z cyberpunkowych klimatów.

Jeżeli podejdziemy do naszej komórki hakerskiej bezdusznie, możemy dzielić naszych agentów ze względu na przydatność na tych bardziej wykwalifikowanych i na mięso armatnie, które możemy poświęcać w trakcie kolejnych misji. A niestety mniej wykwalifikowani są często bezdomni lub bezrobotni. Gra jednak daje nam możliwość pewnego awansu naszych agentów poprzez wykupywanie kolejnych udoskonaleń technicznych. Czyli nawet włóczęga może nabyć umiejętność kierowania dronami przemysłowymi. Oczywiście wizja mieszkańców Londynu w grze Watch Dogs: Legion jest uproszczona, dostosowana do rozgrywki i jednocześnie tworzy fantazję na temat tego, jak wygląda rynek pracy. W końcu influencer, youtuber czy streamer to zawody, które rozpalają wyobraźnię młodzieży o wiele bardziej niż, powiedzmy, mikrobiolog.

Graeber: Praca bez sensu, praca bez wartości

Realne problemy w wersji soft

Przy tworzeniu fabuły swoich gier Ubisoft często wykorzystuje realne problemy, ale też podaje je w wersji soft, zjadliwej dla masowego odbiorcy. O wiele łatwiej oskarżyć o całe zło korporacje i wojskowych najemników, niż opowiedzieć o tych prawdziwych i przyziemnych problemach, których przyczynami są decyzje polityków. Tak było na przykład w grze Far Cry 5, która opowiadała o sekciarskiej alt-rightowej organizacji, jednocześnie nie podejmując żadnych tematów związanych z funkcjonowaniem antydemokratycznych prawicowych organizacji, a na koniec uciekając w mocno odrealniony finał. Nie zaszkodziło to grze, ale pokazało też pewne opory scenarzystów przed zrobieniem czegoś zbyt serio i zbyt odnoszącego się do tu i teraz.

Na pewno brakuje tu odwagi, którą widać na przykład w tegorocznym hicie Naughty Dog The Last of Us II. Jednocześnie Ubisoft jest progresywny, jeżeli chodzi o wykonywane zawody, strukturę etniczną (tak jak w prawdziwym Londynie możemy spotkać mnóstwo naszych rodaków), gender balance oraz orientacje seksualne mieszkańców i mieszkanek Londynu.

Watch Dogs: Legion Watch Dogs: Legion
Watch Dogs: Legion
Watch Dogs: Legion/mat. własne

Watch Dogs: Legion to gra bardzo poprawna, grywalna i momentami interesująca. Myślę, że twórcy naprawdę świetnie się bawili, tworząc wirtualnych mieszkańców, ich biografie i dając graczom możliwość podglądania ich życia. Jednak kolejny raz widać, że Ubisoft bardzo progresywnie zawiązuje fabułę, ale później traci zęby. Mimo wszystko krytykować za coś takiego mainstreamową produkcję to trochę tak, jakby obrażać się na komiksy superbohaterskie, że opowiadają historie… superbohaterów. Pretensje powinienem mieć raczej do siebie – bo znowu chciałem, żeby gra, w którą gram, była czymś więcej, niż jest.

**

Michał Krawiel – dziennikarz i bloger zajmujący się tematyką związaną z komiksami i grami komputerowymi. Mieszka w Olsztynie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij