Historia

„Heniek ma taką legendę, że jest cudowny, wspaniały, jedyny i niezastąpiony”

Henryk Wujec

W sobotę dowiedzieliśmy się o śmierci Henryka Wujca, legendy opozycji, wrażliwego polityka i zaangażowanego społecznika, najskromniejszego z bohaterów. O opozycji i Wujcu z jego żoną kilka lat temu rozmawiał Michał Sutowski. Publikujemy fragment książki „Wujec. Związki przyjacielskie”, wywiadu rzeki z Ludwiką Wujec.


Michał Sutowski: Kiedy zaczyna się fala strajków latem 1980, macie przeczucie, że to jest początek czegoś wielkiego?

Ludwika Wujec: Tak, mamy takie przeczucie i ciężko pracujemy, żeby to przeczucie się sprawdziło. Jacek Kuroń już na tyle zapracował na naszą firmę, że jak tylko coś się gdzieś dzieje, to do niego spływają informacje. Na telefon mieszkania na Mickiewicza, słynne 39-39-64. Ludzie dzwonią albo przychodzą do niego, a on te kontakty przekazuje do nas albo do Romaszewskich. Z ich Biurem Interwencyjnym redakcja „Robotnika” ściśle współpracuje z oczywistych powodów – wspólnoty poglądów i zajmowania się podobnymi sprawami. Opracowujemy instrukcję strajkową drukowaną w ulotkach, ale także czytaną przez Wolną Europę. Zgodnie z tą instrukcją powstają komitety strajkowe.

Po drugie, strajki odbywają się w zakładach i nie przechodzą w demonstracje uliczne, przez co trudniej jest je spacyfikować. Na wejście do zakładu i pacyfikację władza nie jest przygotowana ani logistycznie, ani mentalnie.

Po trzecie, pewne postulaty zaczynają się powtarzać w kolejnych zakładach. Jak się pojawił gdzieś postulat demokratycznych wyborów do rad zakładowych, to przez to ulotkowo-gazetowo-radiowe powielanie zaczynamy go za chwilę słyszeć gdzie indziej. Jeździmy do strajkujących zakładów. Do Świdnika i do Lublina jeżdżą Wojtek Onyszkiewicz i Heniek [Wujec – przyp. red.]. Znają już z wcześniejszej działalności niektórych ludzi z lokomotywowni w Lublinie – tej, od której zaczęły się niepokoje w mieście. Mamy tam też swoich ludzi związanych z KOR czy ROPCiO, jak Wojtek Samoliński i całe środowisko „Spotkań”. Krótko mówiąc, pracujemy mocno nad tym, żeby jakoś tę energię strajkową jeszcze podsycić.

Jak się okazało, skutecznie, bo już za chwilę wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej. Obserwowaliście na bieżąco, co się dzieje?

Na samym początku nie, ponieważ akurat w sierpniu dostałam ze szkoły pierwsze w życiu wczasy pracownicze. Dopóki byliśmy w Warszawie, pilotowaliśmy te wszystkie strajki; a kiedy jechaliśmy na wakacje do Darłówka, odprowadzał nas Janek Lityński, któremu Heniek jeszcze przekazywał ostatnie polecenia, bo Janek właśnie przejmował dyżur. Za nami jechały dwa samochody, a na samym dworcu było mnóstwo tajniaków.

Wiedzieliście, że was obserwują?

Oczywiście, bo rozstawili się i jawnie robili nam na dworcu zdjęcia. Słowo „tajniak” nie do końca precyzyjnie opisuje tę sytuację. W pewnym momencie podjechał pociąg – a w wakacje na dworcach się po prostu kłębiło. Wsiąść do pociągu i jeszcze się na miejsce załapać to nie była prosta sprawa. Więc jak podjechał skład, to Heniek wskoczył do zwalniającego już wagonu na stopień. Zaroiło się – ubecy natychmiast pobiegli w tamtą stronę, po czym okazało się, że ten skład w ogóle się nie zatrzymał, tylko pojechał dalej z Heńkiem na tym stopniu. A ja z Pawełkiem i z walizami zostałam na peronie i jeszcze do tego za chwilę lunął deszcz. Zaciągnęłam z dzieckiem walizy pod jakiś daszek. Stoimy i nie wiemy, co dalej robić. Po chwili patrzę: biegną, wracają, a jeden ubek wbiegł pod ten daszek do mnie i mówi: niech się pani nie denerwuje, mąż już wraca. Bo to był skład roboczy, który jechał na bocznicę.

W końcu pojechaliśmy do tego Darłówka, mieszkaliśmy w kwaterach, jedliśmy w stołówce, nie słuchaliśmy wiadomości. W normalnym radiu nic nie było, a Wolnej Europy tam nie było słychać. Dopiero w drodze powrotnej, jak przejeżdżaliśmy przez Gdańsk i na dworcu zobaczyłam milicyjną nyskę w nietypowym miejscu, to zorientowałam się, że coś się dzieje. Ledwo weszliśmy do domu i postawiliśmy walizki, a tu telefon: Alinka Pieńkowska zaczyna opowiadać, że w związku z toczącymi się rozmowami… A ja nic nie rozumiem – to tak, jakby ktoś nagle zaczął opowieść od środka. W ogóle nie wiedziałam, o co chodzi. Powiedziała, że chodzi o strajk na Wybrzeżu i wkrótce potem, w składzie KOR-owsko-robotnikowym, na kanapie u Jacka kombinowaliśmy, co robić. W ten sposób dowiedziałam się o strajku w Stoczni, bo jeszcze na początku działały telefony, potem je wyłączyli.

Zerwali łączność z Wybrzeżem?

To też, ale wyłączyli telefon również nam. Na początku telefony działały, ale były na podsłuchu – rozmowy były rozłączane. Niektórzy nawet sobie żartowali, sprawdzali, na jakie słowa ubecy reagują rozłączeniem rozmowy. Jak słyszeli „strajk”, to od razu przerywali. Oczywiście można było zmyłki robić, używać zastępczych słów, ale nie dało się normalnie rozmawiać. A potem po prostu wyłączyli ten telefon. Informacje zdobywaliśmy przez zaprzyjaźnionych dziennikarzy zachodnich, którzy tam krążyli, ale także przez Wojtka Celińskiego, brata Andrzeja, który wtedy pracował w lotniczym pogotowiu lekarskim i stamtąd miał informacje. W kolejnych dniach strajków zaczęto nas niestety bardzo nieprzyjemnie nękać.

Zaczęli zamykać potencjalnych „pomocników wichrzycieli”?

Zatrzymywali głównie facetów – Darka Kupieckiego, Witka Łuczywo, Heńka. Wychodził człowiek z pracy, zgarniali go i wieźli na komendę, nawet niekoniecznie robili rewizję w domu. Na komendzie trzymali przez  czterdzieści osiem godzin, potem wypuszczali i po chwili zwijali znowu. Wieźli na inną komendę i tam zamykali na następne czterdzieści osiem, bez potrzeby sankcji prokuratorskiej. Formy trzeba było zachować, bo to było państwo prawa przecież. Z Heńkiem też tak było – zatrzymali go na czterdzieści osiem godzin i wypuścili. Przeszedł kilka metrów, znowu go zwinęli i zawieźli na komendę na Cyryla i Metodego. Tam go posadzili. I jak go wypuścili znowu, to wiedział, że ten numer mogą powtórzyć, więc przy wyjściu z budynku się nachylił, niby żeby sobie but zawiązać, po czym z tego skłonu wystartował biegiem, co ich kompletnie zaskoczyło. Oni do samochodu i za nim. A Heniek biegł środkiem jezdni. Pytałam: – Heniu, jak to mogło być, dlaczego biegłeś środkiem jezdni? On mówi: – Tylko tak nie mogli mnie przegonić, bo przecież mnie nie rozjadą, a z boku nie mogli wyminąć. Biegł więc tym środkiem jezdni i w pewnym momencie skręcił w zaułek, w który oni nie mogli się zmieścić, między blokami. Tam był ciąg garaży, jeden był trochę uchylony i Heniek tam wskoczył. Powiedział jakiemuś panu, że jest z KOR-u, że go goni milicja, i zapytał, czy on może go przechować…

Wujcowie: Nie robiliśmy znowu takiej strasznej konspiry

czytaj także

Ludzie pomagali w takich sytuacjach?

Nie wiem, czy facet wiedział, co to jest KOR, ale w każdym razie się zgodził. Heniek tam trochę posiedział, a oni biegali wokół i go szukali. Jak już pojechali, Heniek położył się z tyłu na podłodze samochodu i ten facet go wywiózł. Heniek wtedy pognał do przyjaciół na Bielany, do Maryli Pernach, która pracowała z Heńkiem w Państwowym Komitecie Normalizacji Miar, i do jej męża Waldka. Ktoś przyszedł do mnie i podał karteczkę z informacją, gdzie on jest. Niedługo potem jakiś młody człowiek chciał się koniecznie dostać do naszego mieszkania, mówiąc, że jest kolegą Heńka, ale po stylu i po języku można było poznać, że raczej jest z resortu. W każdym razie go nie wpuściłam, a jak wyjrzałam przez okno, to zobaczyłam schowany samochodzik – panowie chcieli sprawdzić, czy Heniek jest w domu, tylko im to nie wyszło. A ja sama, jak jeździłam do szkoły, to już z dwoma samochodami za mną.

Ogon?

Obstawa. Prowadziłam lekcje matematyki na pierwszym piętrze w szkole na Sadowej, dziś księdza Skorupki, i przez okno widziałam te samochody z panami, którzy czekali tam przez cały dzień lekcyjny. Czasem udawało mi się urwać i spotkać z redakcją „Robotnika”. Zdołaliśmy wtedy zrobić na przykład instrukcję strajkową. Byliśmy też w stałym kontakcie z ludźmi z Ursusa: zbieraliśmy informacje, przekazywaliśmy dalej – trwała normalna praca. Heniek miał niestety problem, ponieważ był człowiekiem pracy, musiał mieć zwolnienie lekarskie z przychodni rejonowej. Poszedł do tej przychodni i dostał zwolnienie na tydzień. Przez ten czas zajmował się konspirą, a ja szłam do pracy. Raz mnie nawet w nocy odwiedził – miał swoje techniki – wszedł inną klatką schodową, przeszedł piwnicami i wyszedł przed szóstą. Panowie byli zdyscyplinowani, nie wchodzili do mieszkania wcześniej. Kiedy przyszli, Heńka już nie było.

Ale w końcu męża zamknęli.

Kończyło mu się zwolnienie lekarskie i trzeba było je przedłużyć. Mówię: – Heniu, idź do lekarki do domu, adres jest na pieczątce. A on, że nie wypada. Poszedł do przychodni i oczywiście go zwinęli. Wręcz rzucili się na niego, wywiązała się szarpanina, w efekcie wyleciał mu z kieszeni notes. Obezwładnili go i skuli, ale on im się wyrwał. Tylko jak się biegnie i ma się skute z tyłu ręce, to trudno utrzymać równowagę, więc w końcu go dogonili, wywrócili i zapakowali do samochodu. Wiele osób to widziało, to była sensacja, o której potem gadano w okolicy. Jakieś lekarki podniosły ten notes i znalazły telefon do mnie do pracy. Zadzwoniła kobieta, płacząc, że właśnie męża zabrali i że tak brutalnie. A ja w takim normalnym ludzkim odruchu zaczęłam ją pocieszać. Mówiłam: – Proszę pani, niech się pani nie martwi, wszystko będzie dobrze…

Wujec: „Blondyneczka” za kubek mleka

To musiało być już w połowie strajku – skoro dwa razy siedział na czterdzieści osiem, a potem miał tydzień zwolnienia. Co pani wtedy robiła?

Pamiętam, że przybiegła do mnie Ania Bazyl, nasza współpracowniczka z Łodzi, z pytaniem od Helenki, czy nie mogłabym przyjść pomóc robić numer „Robotnika”, bo towarzystwo się częściowo rozjechało, częściowo siedziało, a trzeba było robić kolejny numer. Ten, który później stał się słynny, bo zawierał kalendarium strajków w Polsce. To było absolutnie imponujące jak na możliwości informacyjne podziemia. Rozchodził się w ogromnym nakładzie, ciągle były dodruki, nawet po podpisaniu porozumień. Miałyśmy ten numer robić w jakimś wysokościowcu na Saskiej Kępie. Przyszłam tam wieczorem. Siedziała Helenka i Zenia Łukasiewicz, kolejna współpracowniczka z Łodzi. Robiłyśmy makietę na ogromnej płachcie brystolu; rysowało się szpaltki i naklejało paseczki z wypisanymi na maszynie informacjami o kolejnych strajkach. I tak siedziałyśmy w ciszy, naklejałyśmy. I w pewnym momencie mówię: – Heńka zamknęli. A Helenka: – O Boże, wolałabym Witka.

Mieli jakiś kryzys małżeński?

Nie. Chodziło o przydatność. Mimo że przydatność Witka była ogromna, ale zupełnie innego typu. Ona patrzyła na to jak redaktor, który potrzebuje człowieka do pracy. Poza tym Heniek ma taką legendę – która mnie czasami złości, choć w zasadzie się z nią zgadzam – że jest taki cudowny, wspaniały, jedyny i niezastąpiony. W końcu zrobiłyśmy ten numer, w nocy, a rano musiałam iść do szkoły. I w pracy mnie wołają: – Ludka, Ludka, chodź, posłuchaj, coś ważnego. A tam leci w radiu, że w Szczecinie podpisano porozumienie.

Czuła pani radość, euforię?

Nie, raczej wewnętrzny szloch! Bo pomyślałam sobie: No tak, zdradzili, zostawili Gdańsk na lodzie. Zdradzili, to pierwsza myśl. A druga – teraz już ich nie wypuszczą. Czyli tych wszystkich siedzących naszych przyjaciół. Koleżanki troszkę zdziwione na mnie patrzyły, bo myślały, że zobaczą radość z podpisania porozumienia, a reakcja była dokładnie przeciwna. Wtedy się przeraziłam, pomyślałam sobie, że to może być nawet kilka lat. I naprawdę wielka chwała Gajce Kuroń za tę jej jazdę do Gdańska z listą siedzących. No i Andrzejowi Gwieździe, i Alince Pieńkowskiej za to, że tak twardo postawili tę sprawę – że nie wolno ich zostawić samych. Z drugiej strony miałam wtedy żal – dziś już chyba nie mam – do Waldka Kuczyńskiego, który był naszym bliskim kolegą i przyjacielem Helenki, współpracownikiem „Robotnika” i był w tej grupie eksperckiej w Gdańsku. On wydawał się taki nasz, taki z nami zżyty… A wtedy uważał, że to straszny błąd to upieranie się przy kwestii wypuszczenia więźniów politycznych. Uważał, że trzeba podpisać porozumienie i potem wrócić do rozmów. Mówił: – Lepiej, żeby oni teraz miesiąc posiedzieli niż żeby wszystkich mieli na Sybir na całe lata wywieźć. A ja wiedziałam, że jak podpiszą porozumienie bez gwarancji wypuszczenia, to przecież ich nie wypuszczą! Waldek był przekonany o realnej groźbie wejścia wschodniego sąsiada czy pacyfikacji. I uważał, że nie można przeciągać struny.

A wy mieliście przekonanie, że raczej „nie wejdą”?

Nie myśleliśmy tymi kategoriami. Z pewnością nie panikowaliśmy tak jak on. Może z niewiedzy. Bo były sygnały, że jest zewnętrzne zagrożenie, że wojsko radzieckie stoi w pobliżu. Myśmy o tym nie wiedzieli. Za to wiedzieliśmy jedno: że jak ta masa ludzi już wyjdzie ze strajku, to władza przestanie się bać – bo strajkująca stocznia to jest siła, a do tej jednej sprawy nie ściągnie się jeszcze raz tych samych robotników, wymęczonych strajkiem, z poczuciem zagrożenia. Więc uważaliśmy, że póki władza jest na musiku, to trzeba dociskać.

Sami strajkujący opowiadali później, że nie mieli wtedy poczucia zagrożenia, tylko poczucie siły: bo już nie tylko Stocznia strajkowała, ale wiele stoczni, różne zakłady, całe Trójmiasto. Za chwileczkę stała cała Polska…

Zanim jeszcze zobaczyłam moment podpisywania porozumień w telewizji, to zadzwonił telefon. Znaczy, podłączyli. Podnoszę słuchawkę – mówi Mirek. Chojecki był pierwszym, którego wypuścili. A następnego dnia wypuścili pozostałych. Więc bardzo przeżywałam transmisję z podpisywania porozumienia, w odróżnieniu od innych, którzy sobie kpili: – Ach, ten wielki długopis… Mnie się to podobało, mówiłam, że to symboliczne, że specjalnie wziął taki duży, żeby cały świat widział, że podpisuje. Niesłychana ulga. Bo to rzeczywiście wyglądało groźnie. Właściwie do tej pory nie opowiadałam o tych momentach grozy…

Mówiła pani o uciążliwościach, kłopotach – ale nie o grozie. Tak jakby zawsze było poczucie, że „na Syberię przecież nie wywiozą”.

Wiedzieliśmy, że w tym strajku władza jakoś robotnikom odpuści. A zapis był nieprecyzyjny – stąd późniejsza wojna o interpretację – co to właściwie znaczy „tworzenie związków zawodowych samorządnych i niezależnych”? Czy w całej Polsce? A może tylko w Trójmieście? Czy można się jednoczyć w centrale, a może to mają być tylko zakładowe związki? To trzeba było dopiero wycisnąć od władzy. Miałam poczucie, że oni chcą szybko podpisać porozumienie, żeby tylko przerwać strajki. A zarazem wyaresztować zaplecze intelektualne, ludzi, którzy mają doświadczenie, pomagają porządkować, systematyzować żądania, ustawiać je w logiczną, spójną całość, z której wynika coś więcej niż podwyżka o dwa tysiące. Baliśmy się, że im się ten plan uda, że tu napięcie opadnie, a tamci w Warszawie zostaną w więzieniach – i wtedy już będą siedzieć latami.

To był pierwszy raz, kiedy pani się naprawdę bała?

Nie, przecież już wcześniej mi Heniek przyszedł pobity z wykładu TKN-u. Jak potem jego twarz puchła i granatowiała, byłam naprawdę przestraszona. Wiadomo, że jak siniak jest już granatowy, to właściwie najgorsze mamy za sobą, ale wyglądało to koszmarnie. I mogło się skończyć dużo gorzej, prawda? Były momenty strachu, na przykład po śmierci Pyjasa.

Myśmy zresztą sądzili, że to był raczej wypadek przy pracy esbeków – ciągle zresztą wydaje mi się, że to jest najbardziej prawdopodobna wersja. Później było jeszcze niezrozumiałe utonięcie jego przyjaciela Pietraszka, który przecież nie lubił wody i nie pływał. To też było przedziwne.

A na co dzień? Nie było grozy?

Nie. Tym bardziej że jak na przykład wtedy zamknęli Heńka, to widziałam, że mi cała przychodnia kibicuje. Wszystkie lekarki nagle były gotowe wypisać zwolnienie lekarskie. To się łączyło oczywiście z atmosferą strajków na Wybrzeżu. Przedtem ludzie w takiej sytuacji też by pewnie sympatyzowali, ale nie zawsze mieliby odwagę tak wyraźnie to okazać. W czasie strajków takich zachowań było bardzo dużo.

**

Fragment książki Wujec. Związki przyjacielskie, wywiadu rzeki, który z Ludwiką Wujec przeprowadził Michał Sutowski.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.