Kinga Dunin czyta

Matka noce całe musi tańczyć, pić. Bo ma dziecko małe, krew wypruwa z żył

Bezmatek recenzja

Nie przepadam za literaturą funeralną. I kiedy zorientowałam się, że „Bezmatek” jest o tym, jest wyznaniem – „moja mama umarła” – i temu wyznaniu jest poświęcony, nie przypuszczałam, jak bardzo powiem tej książce: tak! Kinga Dunin czyta „Bezmatek” Miry Marcinów, „Mama zawsze wraca” Agaty Tuszyńskiej i Iwony Chmielewskiej i „Wierzyliśmy jak nikt” Rebecki Makkai.


Mira Marcinów, Bezmatek, Czarne 2020

Bezmatek recenzjaLekcja matki: na oczko w rajstopach najlepszy jest lakier do paznokci. Żeby nie poszło dalej. Jak już rajstopy muszą być cieliste, to tylko w zimnym odcieniu, wtedy nogi wyglądają zgrabniej. Ciepły pogrubia. I nikt nie może się dowiedzieć, że jestem próżna.

Nie przepadam za literaturą funeralną. Pewno dlatego, że budzi lęki, dotyka bolesnych miejsc. Każdy z nas kogoś stracił, starsi – siłą rzeczy – rodziców, nie zawsze dobrze radzimy sobie ze świadomością własnej śmiertelności. Pomysł autorki, żeby powstały grupy Anonimowych Śmiertelników, gdzie uczymy się abstynencji – od tych wszystkich myśli – jest tyleż zabawny, co niemożliwy do realizacji. Nie mówię o grupach, tylko o pozbyciu się takich myśli.

I kiedy zorientowałam się, że Bezmatek znów jest o tym, jest wyznaniem – „moja mama umarła” – i temu wyznaniu jest poświęcony, nie przypuszczałam, jak bardzo powiem tej książce: tak! Widzę w niej nowy język, zupełnie inny sposób opowiadania niż ten, do którego przyzwyczaili nas, pozostańmy przy najnowszych pozycjach, Wicha czy Bieńczyk.

Muszę się pozbyć książek [fragment książki Marcina Wichy]

Autorka robi to z pełną świadomością, że takie książki mieszczą się w szufladce „wyznanie”. Mogą ocierać się o narcyzm, biorą czytelnika na zakładnika, bo jak można krytykować taką szczerość. A jednak udało jej się powiedzieć coś, co wydaje mi się bardzo prawdziwe. Czasem wbija nóż w serce, a czasem pozwala schronić się w poczuciu humoru. Trudno będzie zapomnieć scenę, w której córka ubiera i maluje matkę po śmierci. Naprawdę zabawny jest długi pośmiertny dialog zmarłej matki z innymi umarłymi, w którym chwali się swoją eko, naturalną śmiercią, a wszystko przypomina rozmowę młodych matek o naturalnych porodach. Córka śpiewa w pogrzebowym kondukcie „Dobry jeżu, a nasz panie, daj jej wieczne spoczywanie”…

Bezmatek to rój pszczeli pozbawiony matki (trudno nie przypomnieć innej książki z pszczelą metaforą w tytule, Zimowli Dominiki Słowik. Pszczoły stały się modne?). Czyli jest to opowieść o braku, który jest bardziej wypełniony matką niż wtedy, kiedy żyła. O żałobie, która nie może się skończyć. Żałobie, w której robi się też rzeczy głupie, i jest w niej miejsce na alkohol, dragi, promiskuityzm. O śmierci zbyt wczesnej – matka umiera przed sześćdziesiątką, córka jest ledwo po trzydziestce, sama właśnie została matką.

Cukier, szkło i frankenstein [Dunin o „Zimowli”]

W czasem dłuższych, czasem krótszych, niekiedy jednozdaniowych fragmentach, takich rzutach na kartkę, autorka tworzy migotliwy, dziurawy portret matki, która miała jej kiedyś o sobie opowiedzieć, ale, jak to zwykle bywa, nie zdążyła. Kobiety żywiołowej, może zbyt jaskrawej, umiejącej cieszyć się życiem i jednocześnie niekochającej siebie. Matka wstydziła się, że przerwała studia i nie przerwała ciąży. Trzech mężów, samotne macierzyństwo, dzieci z różnych ojców – ileż to kłopotów z nazwiskami! Nieudana bizneswoman, często bez pieniędzy, która robiła w życiu tysiąc rzeczy. Kochała papierosy, alkohol i ostre przyprawy. „Była źródłem największych przyjemności i największych przykrości”.

Taka piosenka, recytacja wykonywana w kabaretowym stylu, towarzyszyła im, kiedy bohaterka byłą dziewczynką, i powraca kilkakrotnie w książce:

Matka!
Ciało ma zwiotczałe, goni resztką sił.
Czemu? (Tę kwestię wypowiadała córka).
Bo ma dziecko małe, krew wypruwa z żył.

Po latach córka znajduje oryginał, z którego matka korzystała, tworząc swoją piosenkę. Zaczyna się trochę inaczej:

Matka noce całe
musi tańczyć pić…

To piosenka teatrzyku Bim-Bom z filmu Do widzenia, do jutra Janusza Morgensterna.

Ciekawa jest relacja, która łączyła córkę z matkę. Uzależnienie? Czy to córka matkowała swojej mamie? Jest w tym – nawet po śmierci, w żałobie – coś toksycznego, a jednocześnie pięknego i niesamowicie intensywnego. I nie wiadomo, co jeszcze mieści się w rożnych niedopowiedzeniach i rozdzielających kolejne fragmenty pustych miejscach na kartkach powieści.

Bezmatek jest dla mnie historią niedo-opowiedzianą – i za to też ją cenię.

Stawiszyński: Umarł jej

*
Agata Tuszyńska, Iwona Chmielewska, Mama zawsze wraca, Dwie Siostry 2020

Mama zawsze wraca recenzjaNazywa się Zuzia. Moja laleczka. Moja córeczka.

Iwona Chmielewska, wymieniona słusznie jako współautorka, zilustrowała mądrze i z wielką wrażliwością tę opowieść – bo to książka tekstowo-obrazowa. I to dopiero tworzy ją jako całość.

Kolejną jej autorką jest Zosia Zajczyk (Jael Rosner), która o sobie opowiedziała Tuszyńskiej. Jest to jedna z autentycznych holocaustowych opowieści, które mają zwykle ze sobą wiele wspólnego, a jedno zawsze – opowiadają Ocaleni, bo kto inny mógłby? Czyli główna bohaterka przeżyje, wyjedzie do Izraela…

Co wyróżnia te historię? Punkt widzenia dziecka. Zosia urodziła się tuż przed wojną, Znalazła się w getcie, ukryta w piwnicy, gdy miała dwa lata. Kiedy dzieci w jej wieku poznają świat, ona nie ma innego niż piwnica, matka i jej opowieści. I lalka Zuzia zrobiona z odpadków. Matka często znikała na długo, ale zawsze wracała. Była dla córki naprawdę wszystkim. Jak dalej potoczyły się ich losy? Były trudne, dramatyczne, ale wiemy, że Zosia przeżyła.

W moich żyłach płynie bardzo dużo Auschwitzu

czytaj także

*
Rebecca Makkai, Wierzyliśmy jak nikt, przeł. Sebastian Musielak, Wydawnictwo Poznańskie 2020

Wierzyliśmy jak nikt recenzjaTrzydzieści kilometrów od Belden, trzydzieści kilometrów na północ, zaczynała się msza pogrzebowa.

Jest rok 1985, pogrzeb młodego geja, który umarł na AIDS w czasach, kiedy nie było na to żadnego lekarstwa, a chorobę przedstawiano jako karę za grzechy. Wiązano ją z jedną grupą, gejami, których wówczas rzeczywiście przede wszystkim dotknęła. Stali się przez to też bardziej widoczni i bardziej podatni na dyskryminację.

Zamieszki w Stonewall w 1969 roku są symbolicznym początkiem ruchu wyzwolenia gejów, czy ogólnie mniejszości. Epidemia AIDS pojawiła się na początku lat 80. i też dorobiła się swojej literatury i mitologii – jako plaga. Dla jednych takie plagi nie pojawiają się przypadkiem – Bóg je spuszcza na rozmaite Sodomy – dla innych są punktem znaczącym drogę w historii zbiorowości, bardzo ważnym dla samookreślenia pewnego ruchu i środowiska. Będą przywoływane i upamiętniane, tak jak upamiętniamy rozmaite dramaty kształtujące naszą tożsamość, tradycję, jednocześnie budując na tym oczekiwanie szacunku i zrozumienia ze strony innych.

Kim są „superroznosiciele”?

czytaj także

Piszę o tym na wstępie, bo z kulturoznawczego punktu widzenia epidemia AIDS była „wydarzeniem” i ma ono już wypracowane toposy opowiadania o nim. I jakoś w tym kontekście czytałam tę powieść. Czytałam, bo lubimy piosenki, które znamy. Czytałam, bo wpada w ucho. Jednocześnie czytanie to nie tyle mnie nudziło, co ciągnęło się i ciągnęło. Nawet to niezłe – ale kiedy będzie koniec?

Z powodów opisanych wyżej autorka postanowiła historię miłosno-niemiłosną pary gejów i ich przyjaciół w czasach zarazy rzucić na szersze tło. Bo to dodaje znaczenia. Mnie by usatysfakcjonowała sama ta historia, wzruszająca, wiarygodna psychologicznie. Chicago. Koloryt miejscowy. Boystown, dzielnica, gdzie geje mogą czuć się w miarę swobodnie. Dwóch mężczyzn żyjących w związku deklaratywnie monogamicznym, ale AIDS testuje tę deklarację. Ich przyjaciele, znajomi. Autentyczne, wzorowane na autentycznych, periodyki gejowskie, demonstracje, Reagan. Lekarze, szpitale, testy… Pogrzeby i stypy. Wygląda to wszystko bardzo realistycznie – jak to w amerykańskich powieściach.

AIDS towarzyszyła panika i lęki, które ujawniają się również teraz

Jest jednak jeszcze skok w przeszłość. Paryż, lata 20. ubiegłego wieku. Trauma po Wielkiej Wojnie, koniec dawnej bohemy. Stara kobieta, dla której były to najważniejsze lata w życiu i wciąż nimi żyje. Wiecie, o jaką analogię chodzi, prawda?

I w przyszłość. Rok 2015. Tym, co wydarzyło się w latach 80. i 90., wciąż żyje Fiona. Opiekowała się umierającym na AIDS ukochanym bratem, potem jego partnerem, w końcu przyjacielem, w którym się kochała. Przez to nie nawiązała właściwej relacji z córką, która dość szybko uciekła od matki. Fiona jedzie szukać jej do Paryża, mieszka u artysty, który przygotowuje wystawę związaną z latami 80.

Wszystkie wątki splotą się ze sobą. I już wiemy. Epidemia AIDS to był koniec pewnego świata, tak jak wojna. Skutki tych wydarzeń i traumy trwają nadal i odbijają się również na kolejnych pokoleniach. (I ostatecznie wygląda na to, że to kobiety cierpią najbardziej – ale chyba ten wniosek dopisuję autorce). Robi się epicko, więc czytelnikom lubiącym epicki oddech – polecam. Innym może też, ale ostrzegam, że przyda się trochę cierpliwości.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".