Film

„Cząstki kobiety”: Dlaczego walą się mosty?

Vanessa Kirby Cząstki kobiety

„Cząstki kobiety” to opowieść o tym, jak sobie radzić z tragediami, których nie rozumiemy, z czasem, którego nie możemy cofnąć, ze światem, w którym coś nie idzie zgodnie z planem.

Zbliżenie na brzuch, którego dotyka ręka, obca ręka. Tak poznajemy Marthę (Vanessa Kirby), główną bohaterkę filmu w reżyserii Kornéla Mundruczó na podstawie scenariusza Katy Wéber. Na początku dostajemy dobrze znaną historię – para spodziewa się dziecka, zdjęcia płodu, gotowe łóżeczko, większy samochód, tort z podobizną zdrowego różowego noworodka. Kiedy dochodzi do tragedii, jest już tylko przed i po.

Reżyser pokazuje poród z całym jego znojem, paniką, wstydem. Nie przypominam sobie innego filmu, w którym bohaterka beka, przeprasza, że beka, w którym boi się, że za chwilę zrobi kupę. Mundruczó niezwykle intensywnie obrazuje sytuację, przed którą nie możesz zrobić próby, pokazuje brak doświadczenia, przepaść pomiędzy teorią a praktyką, wyobrażeniem a tym, co się naprawdę wydarzy. Bo skąd masz wiedzieć, czy jest okej? Czy „to wszystko” nie trwa już za długo? Czy „dobrze ci idzie”?

Poród u Mundruczó jest doświadczeniem granicznym, momentem, w którym kobieta jest z jednej strony samotna w swoim lęku i bólu, z drugiej zdana na pomoc i umiejętności innych, obcych ludzi. Cząstki kobiety doskonale obrazują moment ucieleśnienia, a zarazem transgresji. Martha musi się poddać i jednocześnie wziąć odpowiedzialność za walkę (tak, walkę), którą toczy ze swoim ciałem. Przeżywamy tę długą, mocną, wyczerpującą scenę całym swoim ciałem. Jeśli jesteśmy kobietami, nagle czujemy macicę, czujemy te wszystkie mięśnie, słabość naszych własnych ciał, zaczyna nas boleć kręgosłup. Nieuchronnie pojawia się pytanie: czy ja dałabym radę?

Jednak najgorsza jest chyba ta chwila ogromnej radości, kiedy po zwierzęcym strachu pojawia się ulga – dziecko zaczyna płakać, ma oczy, włosy i rączki. Ale umiera. Na zawsze. I wtedy wszystko się kończy i zaczyna.

Dziecko Marthy i Seana umiera chwilę po porodzie i świat nie pozwoli rodzicom (niedoszłym rodzicom?) o tym zapomnieć. Wkraczają w codzienność, w której każde zdanie zaczyna się od „Tak mi przykro”. W tle nieustannie majaczy niewypowiedziane poczucie winy. Para zdecydowała się na poród domowy, może gdyby podjęli inną decyzję, wszystko skończyłoby się inaczej? Może popełnili błąd? Tylko raz, podczas jednej z awantur, matka Marthy (Ellen Burstyn) wykrzyczy jej to w twarz.

Opowieść o tragedii bohaterów staje się opowieścią o każdej tragedii, o sytuacji, w której trzeba znaleźć winnego, przyczynę, trzeba odpowiedzieć na pytanie „dlaczego?”. Absurdalna jest scena, kiedy matka, która jako dziecko przeżyła Holocaust, wykłada swojej córce martyrologię swojej matki, swoją. Nie da się porównać doświadczeń wcześniejszych pokoleń, ich losy nam nie pomogą, ich traumy nie są dla nas żadnym lekarstwem, nie zbawią nas, nie przyniosą ulgi. Na emocjonalny wykład starej matki o tym, że była silna, walczyła, przeżyła, możemy odpowiedzieć tylko: I co z tego?

Mężczyźni też doświadczają gwałtów. A w „Bridgertonach” gwałt na mężczyźnie to taka małżeńska kłótnia

Zawierucha, nerwy, uderzenie pięścią w stół, przemoc, krzyki. To Sean (Shia LaBeouf), partner Marthy, nieokrzesany, agresywny, reprezentujący inną klasę społeczną niż rodzina ukochanej. To właśnie dzięki niemu w filmie pojawia się metafora mostu, którego budowa trwa zbyt długo, który łączy, ale też oddala, który nagle się wali. Sean płacze, przekracza granice (także cielesne, seksualne) Marthy, nie panuje nad sobą. Sean zmusza nas do refleksji o prawie do emocji. Czy mężczyzna ma prawo wpadać w histerię? Nie godzić się ze stratą? Tęsknić i rozpaczać, kiedy kobieta chce już zapomnieć i kiedy mówi: „Nie mamy dziecka”? Trudno jest pozbyć się myśli: „uspokój się”, mieszaniny współczucia i niechęci do Seana. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do męskich reakcji w tym stylu. Ani w kinie, ani w życiu. A może jesteśmy jak matka (nie sposób uciec od tej postaci) Marthy – bardziej od biedy Seana przeszkadza nam jego brak kompetencji kulturowych, ogłady. No i kto ma większe prawo do żałoby po utraconym dziecku? I do kogo bardziej należy jego ciało? Martha przekonuje się, że jej ciąża, jej ciało, jej dziecko nigdy nie należały do niej. Pewnie podobne emocje towarzyszą Seanowi. Okazuje się to w momencie walki o niebyt, o wspomnienie, o ideę dziecka.

Martha wybacza położnej, darowuje jej winy. Wybacza matce. Nie znajduje w sobie gniewu, woli zemsty. To właśnie wiara w dobre intencje, w niemożność znalezienia przyczyn, zawieszenie sądu okazują się największym buntem.

Rodzić po węgiersku

czytaj także

Rodzić po węgiersku

Jerzy Celichowski

Reżyser ofiaruje widzom katharsis. Wciąż powracający symbol jabłka i ostatnia, zbyt sielankowa scena mają przynieść nam ulgę. Po łzach (tak, są łzy) mamy nabrać powietrza, odetchnąć. Martha nie idzie na terapię (chociaż jest do tego namawiana), ale odnajduje spokój, myje naczynia, wraca do życia. I możliwe, że tego właśnie potrzebuje widz, że właśnie to dostaje w postaci zakończenia – lekarstwa, zakończenia – pocieszenia. Taką właśnie terapię ofiarowuje nam Kornél Mundruczó. Most w Tucoma zawalił się bez widocznego powodu. A przecież ludzie dalej budują mosty.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Emilia Konwerska
Emilia Konwerska
Publicystka, krytyczka literacka i filmowa
Doktor nauk humanistycznych w dyscyplinie literaturoznawstwo, publicystka, krytyczka literacka i filmowa. Współpracuje z "Magazynem Osiem Dziewięć" i "Krytyką Polityczną". Mieszka w Olsztynie.
Zamknij