Kraj

Wyszkowski: Coś musi tąpnąć

W Polsce bardzo prosto zostać milionerem – wystarczy kupić kilka hektarów lasu i urządzić nielegalne wysypisko śmieci.

Rozmowa z Kamilem Wyszkowskim, dyrektorem biura Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju (UNDP).

Anna Maziuk: Polska to największy truciciel Europy, jeśli chodzi o produkcję CO2?

Kamil Wyszkowski: Taką tezę można by postawić w 1988 roku, ale na pewno nie teraz. Często krytykowany prof. Leszek Balcerowicz wskutek „reformy szokowej” doprowadził do spektakularnego spadku emisji CO2 poprzez ograniczenie produkcji w Polsce – wiele dużych i najbardziej trujących kombinatów upadło. W efekcie od 1989 roku do teraz ograniczyliśmy emisję dwutlenku węgla o 30%, przy utrzymującej się stałej tendencji wzrostowej PKB. Mówienie, że Polska jest największym trucicielem Europy to absurd.

Jak to?

Obecnie polskie kopalnie i polski przemysł energetyczny mają wysokie, dostosowane do standardów UE, normy środowiskowe. Na każdym kominie musi być filtr, każda kopalnia czy elektrownia ma kilka organów nadzoru kontrolujących wydobycie i spalanie węgla w sposób bezpieczny dla ludzi i środowiska. Powinniśmy raczej inwestować w edukację ekologiczną polskiego społeczeństwa, bo znacznie więcej energii tracimy zimą, kiedy nie przykręcając kaloryferów, otwieramy okna, czy przez to, że nie modernizujemy sieci przesyłowych. Zamykanie polskich kopalń z punktu widzenia globalnego bilansu klimatycznego miałoby sens tylko wtedy, gdyby doszło do globalnego porozumienia ograniczającego wydobycie węgla i przejście na energie odnawialne. Lepiej utrzymać ten relatywnie niskoemisyjny przemysł wydobywczy i energetyczny w Polsce, bo zamknięcie naszych kopalń da jedynie taki efekt, że zwiększy się podaż na węgiel ze wschodu – z Ukrainy czy Rosji, gdzie normy środowiskowe i nadzór nad bezpiecznym i ekologicznym wydobyciem jest znacznie niższy.

Tylko że ten „relatywnie niski poziom”, o którym mówisz, wciąż oznacza, że produkujemy najwięcej CO2 w Europie!

To kolejny mit. Polska jest na 22. pozycji w globalnym rankingu krajów emitujących CO2. W latach 80. Polska emitowała blisko 476 milionów ton CO2, podczas gdy w 2012 roku było to o 150 milionów ton mniej, co daje 8,5 tony na jednego mieszkańca. Prawie tyle samo CO2 emituje Wielka Brytania – 8,4 tony na mieszkańca. Znacznie gorzej jest w Niemczech, gdzie produkuje się 815 milionów ton CO2, co daje 10 ton na mieszkańca, czy w Rosji, gdzie liczby te wynoszą aż 1 miliard 704 miliony ton, czyli 12 ton na mieszkańca. Pierwszych sześć pozycji na liście wytwarzających najwięcej CO2 niepodzielnie zajmują kolejno: Chiny, USA, Indie, Rosja, Japonia i Niemcy. Polskiej gospodarki nie stać na to, żeby zamknąć wszystkie kopalnie.

Dlatego tym bardziej powinniśmy myśleć o rozwoju alternatywnych źródeł energii.

Pracujemy nad tym, żeby w Polsce było więcej zielonych technologii, jak najwięcej fotowoltaiki, energii wodnej czy ewentualnie wiatrowej, choć z pewnymi zastrzeżeniami. Już teraz w inicjatywie Ministerstwa Środowiska GreenEvo – Akcelerator Zielonych Technologii uczestniczą 52 polskie firmy, które mają fenomenalne rozwiązania technologiczne związane z ochroną środowiska. Jedna z moich ulubionych przerabia poliwęglany (plastik) na paliwo wysokooktanowe, w proporcji: tona plastiku – 500 litrów paliwa. Trzeba też zadbać o edukację ekologiczną, aby segregacja odpadów, w szczególności plastiku, rzeczywiście się odbywała, żeby nie było dzikich wysypisk śmieci czy palenia plastiku i innych niebezpiecznych substancji w domowych kominkach, co jest katastrofalne dla jakości powietrza, a finalnie – dla naszego zdrowia.

Coś się zmienia w globalnym myśleniu o klimacie?

Żeby decydenci się obudzili, coś musi naprawdę tąpnąć. Na razie społeczności międzynarodowej nie poruszył nawet największy w historii ludzkości – od czasu prowadzenia pomiarów – tajfun na Filipinach.

Podczas warszawskiego szczytu klimatycznego, który odbył się w Warszawie w listopadzie zeszłego roku, najbardziej zaskoczyło mnie stanowisko Chin, które przebudowują swój model rozwojowy, bardzo silnie nastawiając się na zielone technologie. Nam właśnie o to chodzi, żeby pokazać, że na tego typu technologiach można zarabiać, co udowodniły już kraje skandynawskie czy Niemcy.

Na warszawskim COP-ie udało się ustalić między innymi, że będziecie oddolnie wpierać dialog pomiędzy urzędnikami a biznesem. Dlaczego to tak istotne?

Bo w Polsce rozmowy urzędników z przedstawicielami biznesu idą opornie. Przykładem jest polski przemysł drzewny, który jest zainteresowany skupem drewna do produkcji papieru, mebli czy energii. Polskie lasy są pod dobrą ochroną leśników, jest ich dużo i dzięki temu, że prowadzi się kontrolowane wycinki, nie ma kłopotu z dostarczeniem drewna odbiorcom. Mamy dobrą sytuację, jeśli chodzi o poziom zalesiania. Po II wojnie światowej zalesienie wynosiło jedynie 20% powierzchni kraju. W tej chwili blisko 30% jego powierzchni jest pokryte lasami, średnia unijna zaś wynosi 32%. Problem leży gdzie indziej. Lasy Państwowe są monopolistą rynku drzewnego, a aukcje drzewne są nieprofesjonalnie prowadzone. W efekcie drewno w Polsce jest na tyle drogie, że odbiorcy decydują się kupować tańsze drewno na przykład z Ukrainy, a tam panuje rabunkowa wycinka lasów. Nieważne, czy drzewo jest stare i chore, czy zdrowe, wycinają jak leci.

Z punktu widzenia globalnej walki o środowisko, granice administracyjne nie są istotne. Las po obu stronach granicy jest ten sam i ma tę samą wartość dla przyszłych pokoleń.

Paradoks polega na tym, że problem braku zaufania pomiędzy biznesem a administracją w Polsce przekłada się na znikanie lasów na Ukrainie.

W Polsce mamy duży problem z nielegalnymi wysypiskami śmieci, a przecież temu można zapobiegać.

I taki mamy zamiar. Bazując na zdjęciach satelitarnych NASA, razem z Narodowym Funduszem Środowiska i Generalną Dyrekcją Ochrony Środowiska będziemy starali się stworzyć coś w rodzaju „księgi wstydu” – mapy pokazującej, w których gminach i w czyich lasach znajdują się dzikie wysypiska śmieci. W Polsce bardzo prosto zostać milionerem – wystarczy kupić kilka hektarów lasu, urządzić nielegalne wysypisko śmieci i nieoficjalnie ogłosić, że przyjmie się śmieci w każdej ilości, bez względu na ich specyfikację. Polski paradoks to zwiększona konsumpcja i zmniejszająca się ilość odpadów. Skalę zjawiska obrazuje branża reklamowa. Tylko w wyniku rebrandingu i remodelingu, czyli tego, co wiąże się ze zmianą marki, rocznie powstaje kilkaset ton odpadów, także tych niebezpiecznych. Są to przede wszystkim kleje, folie, plastiki, aluminium, świetlówki, a w nich rtęć etc., które trzeba składować we właściwy sposób. Utrudnia to szukanie przez firmy oszczędności i konstrukcja ustawy o zamówieniach publicznych, w której przy organizowaniu procedur przetargowych króluje kryterium ceny. Zgodnie z prawem w momencie podpisania umowy odpowiedzialność przechodzi na tego, kto odpady przejmuje. A ten jedzie z nimi do lasu.

Nie ma odpowiednich narzędzi kontroli?

Zawodzą organy nadzoru, między innymi wojewódzkie i powiatowe inspektoraty ochrony środowiska. Poważnym problemem jest także niska świadomość ekologiczna Polaków. Częste zmiany prawa nie pomagają w edukacji ekologicznej. Prawo ochrony środowiska i akty pokrewne były nowelizowane częściej niż ustawa o podatku dochodowym czy prawo budowlane.

W konsekwencji niewiele osób wie, że jeśli wyleją litr oleju silnikowego na leśnej łące, to spowodują katastrofę ekologiczną w mikroskali, zanieczyszczając wody gruntowe (ok. 2-3 km sześciennych) i destabilizując lokalny ekosystem.

Żeby poradzić sobie z problemem dzikich wysypisk śmieci, uruchomiliśmy w Polsce w ramach Inicjatywy Sekretarza Generalnego ONZ Global Compact Program „Brandbility”, w ramach którego pracujemy z firmami nad zmniejszeniem ilości odpadów, które powstają w procesie demontażu reklam, kasetonów i tych elementów wyposażenia biur czy sklepów, które są poddawane odświeżeniu czy renowacji związanej ze zmianą marki danej firmy. Jedna z polskich firm, decydując się na zmianę swojego logotypu i w efekcie konieczność wymiany elementów elewacji zewnętrznej na swoich siedzibach, wygenerowała 65 ton odpadów, których znaczna część to tzw. odpady niebezpieczne bądź wymagające specjalnego składowania, a cała reszta to trudno biodegradowalne plastiki czy toksyczne folie i kleje. A te śmieci nie tylko rozkładają się po kilkaset lat, ale dodatkowo wpływają na przykład na to, że ptaki zamieszkujące wyspy oceanu Spokojnego umierają w męczarniach. Giną masowo na skutek połykania toreb foliowych, plastikowych nakrętek czy jednorazowych sztućców, które mylą z rybami.

Niektórzy wciąż przekonują, że gwałtownych zmian klimatycznych nie ma. Jest się czego bać?

My bijemy na alarm już od ponad 20 lat. Ale dopiero niedawno zaczęto nas słuchać. Wciąż są całe rzesze lobbystów, którzy twierdzą, że zmiany klimatyczne to jakiś wymysł. Jest taki piękny film dokumentalny Chasing Ice, który pokazuje, jak szybko postępuje ocieplenie klimatu. Jego twórca, amerykański fotograf James Balog, twierdzi, że lodowce bezpowrotnie znikają na naszych oczach. Lodowce stopniowo topniały od 1900 roku do początku wieku XX, ale w tak wolnym tempie, że nie było to dla ludzi zauważalne. To, co wcześniej zajęło ponad 100 lat, teraz zadziało się w niespełna dziesięć! Według raportu IPCC (Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu) 4 lodowce zwiększyły swoją objętość, 24 zniknęły całkowicie, a pozostałe, czyli jakieś 200, zmniejszyło swoją objętość w sposób znaczny. To bardzo niepokojące dane.

Przyczyniamy się do ocieplenia klimatu, jak jeszcze destrukcyjnie wpływamy na środowisko?

Na przykład – produkując mięso. Pomijając warunki, w jakich to się odbywa, w celu wyprodukowania jednego kilograma wieprzowiny marnotrawione są ogromne ilości wody. Zjawiskiem, o którym w tym kontekście się nie mówi, jest degradacja biologiczna Bałtyku. Duża część polskich świniarni umiejscowiona jest w województwie Zachodniopomorskim. Natomiast gnojowica, czyli odchody świńskie z tych zakładów, zrzucane są prosto do rzek i trafiają do Bałtyku. Gnojowica jest znakomitą pożywką dla sinic, które poprzez niekontrolowany rozrost swojej populacji skutkują zaburzeniem struktury nasycenia wody tlenem i w efekcie 23% powierzchni Bałtyku stanowi morska pustynia, gdzie nie ma już właściwie życia biologicznego, z uwagi na brak bądź dramatyczne zmniejszenie ilości tlenu.

Jak to możliwe?

W Polsce działa bardzo silne lobby chroniące polską produkcję wieprzowiny jako de facto polski produkt narodowy. Duże jej ilości wysyłamy do Rosji. Dlatego nie mówi się o tym, jaki koszt w związku z produkcją mięsa wieprzowego ponosi środowisko.

A na przebudowie polskiego rolnictwa tak, aby było ono ekologiczne, moglibyśmy przecież zarobić.

Tak jak moglibyśmy zarobić na rodzimej produkcji, na przykład lnu. Szczególnie, że uprawy bawełny tradycyjnej mają dewastujący wpływ na przyrodę.

Produkcja bawełny, a także innych upraw wielkopowierzchniowych (kukurydza, soja, rzepak) wpływa na degradację środowiska w związku z wycinką lasów pod te uprawy, ale i coraz mniejszymi zasobami wodnymi na świecie. W przypadku bawełny zużywa się ogromne ilości wody. Polska na przykład ma jeden z najniższych zasobów wodnych w Europie, mówiąc wprost – pustynniejemy. U nas oczywiście upraw bawełny nie ma, ale w ramach globalnego bilansu – pobyt na bawełnę wzrasta, a wody pitnej jest coraz mniej. Jednym z rozwiązań jest produkcja lokalnych odmian, jak choćby polski len, który jest nie tylko trwałą tkaniną, ale i jego uprawa wymaga zużycia mniejszych ilości wody.

Powinniśmy inwestować w lokalność?

Tak, na przykład wrócić do tradycyjnego budownictwa naszych dziadków. Budownictwo naturalne to zarówno budynki mieszkalne, jak i użyteczności publicznej, często wielkogabarytowe (hale, kościoły, biurowce, hotele) zbudowane ze słomy, gliny i drewna. Jeżeli chcemy ograniczyć wielkie żelbetonowe odpady, to świetna alternatywa, w dodatku oparta na technologiach naszych pradziadków. Przy czym dzisiaj one są doskonalsze. Dom z wielkiej płyty ma gwarancję żywotności około 70 lat. Dom z gliny, drewna i słomy – ponad 300 lat. Dzięki glinianemu pokryciu ścian jest niealergizujący. Jest też niepalny, bo użyta do budowy słoma jest tak gęsto sprasowana na bloczki, że nie ma w nich dostępu tlenu. Jest w nim ciepło w zimie, a chłodno i przyjemnie latem. Ale przede wszystkim, jeśli taki budynek chcemy rozebrać i postawić nowy, to nie ma żadnych odpadów, które by się nie rozłożyły, bo wszystkie elementy są naturalne. I wreszcie, taki dom jest o około 20-30% tańszy. Jedyne co trzeba zmienić, to mentalność i zacząć takie domy w Polsce stawiać, tak jak to się robi w Niemczech, całej Skandynawii czy u naszych sąsiadów z południa – Czechów.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać