„Jeśli zawierzymy naszej sile, damy radę skończyć z dyktaturą komunizmu; jeśli starczy nam determinacji, zmusimy partię do poddania się procedurze wolnych wyborów; jeśli nie zapomnimy o ideałach 1956 roku, uda nam się wyłonić rząd, który rozpocznie natychmiastowe negocjacje w sprawie jak najszybszego wycofania radzieckich wojsk” – mówił w czerwcu 1989 roku 26-letni Viktor Orbán, wchodząc z impetem do węgierskiej polityki w momencie, gdy dotychczasowy ład chwiał się w posadach. W ostatnią niedzielę jego kariera doczekała się spektakularnej klamry – po ujawnieniu w czasie kampanii, że na przestrzeni 40 lat Orbán zweryfikował swój stosunek do Rosjan, niegdysiejszy idol europejskiej prawicy poniósł klęskę, która wywołała i huk, i skomlenia.
Wielu zapyta: a jakie to ma znaczenie? Węgry to biedny, zacofany i w gruncie rzeczy nieistotny kraj, który już teraz chce przycebulić na eurozrzutce dla Ukrainy. Świeżo wybrany neofideszowiec Magyar kręci nosem na pomysł wejścia Ukrainy do UE, ale gdy w tym tygodniu Wołodymyr Zełenski ogłosił, że „pierwszy raz w historii” armia ukraińska zajęła pozycje rosyjskie bez wykorzystania ludzi, przy pomocy dronów i platform bezzałogowych, można było się zastanawiać, czy Węgrzy mają choćby ułamek tego know-how, co Ukraińcy. Czy pogrążony w ruinie Magyarstan nie jest dla Europy większą kulą u nogi niż innowacyjna, odpierająca ataki Rosjan i zdeterminowana do współpracy z UE Ukraina?
Nieistotność Węgier i ich nowego premiera nie przekreśla jednak ładunku symbolicznego, związanego z końcem szesnastoletniej ery Orbána. Niedzielne wybory pokazały też, że dwa lata wystarczyły startującemu właściwie od zera politykowi-buntownikowi na całkowite rozmontowanie propagandowej machiny, betonowanej przez cztery kadencje. Wielu polityków w Europie chciałoby się podpiąć pod sukces Magyara, a inni sugerują, że jego wygrana to znak, że Trzaskowski mógł wygrać rok temu, gdyby nie Biejat, Hołownia czy Zandberg. Ja widzę to nieco inaczej.
Kalendarz wyborczy nie jest korzystny dla solidaruchów
Najbliższe wybory parlamentarne w Polsce odbędą się najprawdopodobniej w listopadzie 2027 roku i choć do wymiecenia co najmniej kilku wyskakujących dziś z lodówki polityków z życia publicznego zostało jeszcze sporo czasu, można dostrzec w tym szansę. Od wielu lat kalendarz wyborczy nie sprzyjał tak bardzo nowym ruchom politycznym, nowym koalicjom czy promowaniu polityków przed czterdziestką; nie grał na korzyść środowisk marzących o wypracowaniu sposobu na wysłanie rządzących krajem solidaruchów na polityczną emeryturę.
W ostatnich dniach wiele frajdy sprawił wszystkim pożar w PiS. Mimo niezwykle trudnej do przejrzenia gry Kaczyńskiego i spółki, w ramach której partia rzuciła się do obrony przegranych spraw, większość Węgrów nie uległa lobby pisowców popierających Orbána. O dziwo niepokorni madziarzy nie posłuchali Nawrockiego, Morawieckiego, Ziobry czy Romanowskiego, którzy po wszystkim wyglądali strasznie głupio z tym całym zaangażowaniem. A smutny wieczór wyborczy w Pisneylandzie był dopiero początkiem przykrości.
Trudno bowiem nie dostrzegać, że całkowicie już pogubiony pod koniec kampanii Viktor Orbán, będąc bezdyskusyjnie głównym, niemal autorytarnym rozgrywającym Fideszu, stał się dla niego również największym obciążeniem. Raczej nie umknęło to starszemu o blisko piętnaście lat Jarosławowi Kaczyńskiemu, który we wtorek spod opadających powiek i ze slackerską dykcją, za którą pokochały go miliony, opowiadał skołowanym polskim dziennikarzom duby smalone o tym, że Magyar ugotował szczeniaka w mikrofali i bił żonę.
O dekadę starszy niż Jaruzelski w 1989 roku Kaczyński, mieszkający kątem u kuzyna i podgryzany za kulisami przez licznych pretendentów do tronu, nie wydaje się politykiem, który zaczyna dzień od pogłębionej prasówki – farmazony o upieczonym psie najpewniej podsunęli mu pod nos młodzi politycy PiS. Nie żebym wątpił w ich bezwarunkową lojalność, ale wydaje się, że dla 76-latka półtora roku użerania się z idącymi na noże ludźmi Nawrockiego, Morawieckim, Czarnkiem, Foglem czy czekającymi na procesy po powrocie do Polski ziobrystami to nie musi być najłatwiejsza rozgrywka życia.
KO pod wezwaniem prowincjonalnego homofoba
Świetne informacje płyną do nas także z obozu rządzącego. Galopujący Major przekonuje, że wpływy Giertycha w KO są tak duże, że były szef LPR i członek Opus Dei może już zacząć myśleć o przejmowaniu partii od (warto zaznaczyć, że również starszego od Orbána) Donalda Tuska, który dziś co prawda może cieszyć się z prowadzenia w sondażach, ale wiecie, jak jest – jeszcze w marcu 2025 roku media ogłaszały, że Trzaskowski na 99 proc. zostanie prezydentem.
Tymczasem wystraszony wiedzą swojego polityka i własnego adwokata Tusk coraz bardziej skręca w prawo. We wtorek Anton Ambroziak i Angelika Pitoń opisali w Oko.press, jak premier usankcjonował swoją słynną bezczynność powołaniem specjalnego zespołu, którego zadaniem jest minimalizowanie skutków wyroków TSUE i NSA ws. transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw par jednopłciowych. Znów: można załamywać ręce, że mentalnym przywódcą partii, która w 2023 roku zajęła drugie miejsce w wyborach parlamentarnych, jest były prezes Młodzieży Wszechpolskiej i prowincjonalny homofob, ale z lewicowej perspektywy podlizywanie się konfederatom przez Tuska to chyba najlepszy możliwy scenariusz. Gdyby bowiem Tusk próbował udawać polityka proeuropejskiego, liberalnego i światłego, z pewnością wielu dałoby się znowu nabrać – i to z dobrego serca!
Możliwość nagłaśniania uzależnienia Tuska od Giertycha, sklejania premiera z szemranymi interesami byłego ministra edukacji oraz odległość od wyborów, do których dałoby się rozkręcić jeszcze dziesiątki protestów proaborcyjnych, promigranckich, proklimatycznych czy proeuropejskich, to woda na młyn dla młodych polityków i polityczek. I być może najlepsza szansa na wejście do ogólnopolskiej polityki, zanim okienko zamknie się na kolejne lata, w czasie których rządzący Polską kabaret starszych panów będzie szantażował społeczeństwo koniecznością „taktycznego” głosowania na jednych czy drugich.
Zwiastuny fermentu
Widać już pierwsze sygnały fermentu. Kacper Nowicki, który w 2024 roku z list Nowej Lewicy kandydował do Rady Miasta Poznania, zgrabnie wykorzystał spotkania organizowane przez Patryka Jakiego i Tobiasza Bocheńskiego – polityków mogących uchodzić za młodych jedynie na tle pisowskiego ZBOWiD-u – do zdobycia szerszej rozpoznawalności.
Na wzorowanych na Charliem Kirku pogadankach prawicy skorzystała też stale aktywna Dominika Lasota, autorka książki, która ukaże się w Wydawnictwie Krytyki Politycznej, a która w 2027 roku będzie akurat w wieku, w jakim Orbán był w 1989 roku. Na debatę chłopów w średnim wieku w Kanale Zero Lewica wysyła Zuzannę Piwowar, anarchofeministkę i wiceprzewodniczącą partyjnej młodzieżówki – właśnie temu powinny służyć takie debaty, zwłaszcza w przypadku mniejszych partii.
Pojedyncze jaskółki wiosny nie czynią? Po latach walk ulicznych, aktywizmu, pracy w NGO-sach, organizacji wsparcia dla uchodźców, manif i zrzeszania się jestem przekonany, że wśród młodzieży razemickiej i nowolewicowej, wśród młodych platformersów czy hołowniarzy, a nawet wśród części młodej prawicy od PiS po Konfederację, która nie kupiła w całości hierarchicznych struktur dyktowanych im przez mężczyzn w wieku emerytalnym, buzuje potrzeba symbolicznych ojcobójstw.
Ostatnia dekada w polskiej polityce pokazała, że największe szanse mają projekty w pewnym sensie „pop-upowe” – nawet Wołodymyr Zełenski doszedł do władzy w Ukrainie znienacka, przechodząc ze świata niezbyt wyrafinowanej komedii i nie epatując poglądami, by stać się żywym pomnikiem i jednym z najważniejszych polityków naszych czasów. Kukiz’15, Polska 2050, Nowoczesna, Wiosna – wszystkie te partie, o których zdążyliście już zapomnieć, podobnie jak Magyar skorzystały z bonifikaty „czegoś nowego”, nawet jeśli nowe było głównie opakowanie.
W 2027 roku zapewne będziemy mieli pełno partii udających antyestablishmentowe, które jednak znamy dobrze od wielu lat – i nawet najbardziej zatwardziały młody razemiak czy konfederata będzie musiał stawać na głowie, żeby się na tych „antykoryciarskich” pozycjach uwiarygodnić.
Ale gdy ktoś pyta mnie dziś o prognozę dotyczącą wyniku wyborów w 2027 roku, odpowiadam, że raczej na pewno nie będziemy musieli ograniczać się do opcji, które są na stole dziś, w kwietniu 2026 roku. Czas wysłać postsolidarnościowy ład na śmietnik historii, młodzi towarzysze i towarzyszki. Teraz albo nigdy.



![Piotr Wójcik "Trumponomika [o ekonomii Donalda Trumpa]"](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2022/12/plomienie_trumponomika-okladka-171x267.jpg)

![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)




Komentarze
Krytyka potrzebuje Twojego głosu. Dołącz do dyskusji. Komentarze mogą być moderowane.
Sorry, ale współcześni „ludzie przed czterdziestką” są niedojrzali i niestabilni. Są jeszcze na etapie „odkrywania siebie” i wycieczek do Japonii. Nie wierzę, że cokolwiek są w stanie wysłać na śmietnik. Czy powstał jakiś nowy fantazmat spajający Lachów, a ja tego nie zauważyłem?