Kraj

Hit sezonu wiosennego, który zostanie z nami na dłużej

Wiosna była potrzebna po to, żeby Marcelina Zawisza i Włodzimierz Czarzasty podali sobie ręce. Dzięki temu dziś zamiast trzech partii lewicowych, każdej pod progiem wyborczym, mamy Koalicyjny Klub Parlamentarny Lewicy. Przy odrobinie optymizmu można powiedzieć, że bunkrów nie ma, ale też jest fajnie. Choć jeszcze nie zajebiście.

W piątek 11 czerwca zgromadzenie ogólne Wiosny podjęło uchwałę o rozwiązaniu partii. Wszystkie żarty o tym, że wiosna w tym roku skończyła się, zanim przyszło lato, i podobne docinki o porach roku nikogo nie powinny dziwić, bo do partii – nie tylko ze względu na jej nazwę – przykleiło się już określenie „sezonowa”. I jak to sezonowość nakazuje, partia przemija, ale z sezonami jest też tak, że każdy przynosi coś nowego, a kiedy się kończy, otwiera przestrzeń na kolejne zmiany.

„Na konwencji ruchu Biedronia naprawdę powiało wiosną – wątek budzenia się ze złego snu, odnowy i energii rozwijany był konsekwentnie w przemówieniu lidera, pojawiał się w motywach muzycznych i wizualizacjach, ale pełno go było przede wszystkim w emocjach 7 tysięcy ludzi, którzy szczelnie wypełnili warszawski Torwar” − pisała w lutym 2019 roku Elżbieta Korolczuk.

Biedroń potrafi wzbudzać nadzieję

O programie Wiosny Ela napisała wtedy, że „to w zasadzie klasyk lewicowej agendy”. To nie program w tamtym momencie wyróżniał Wiosnę na tle politycznej lewicy, ale forma, rozmach, zasięg, które widać było choćby w konwencji na Torwarze. Eventu z taką ilością konfetti, ale też taką energią i czystą radością na lewicy od tamtej pory nie było (i nie jest temu winien tylko koronawirus).

W lutym 2019 roku polityczna nowość skupiła uwagę. Robert Biedroń miał bardzo dobre notowania sondażowe, więc wiązano z nim duże polityczne nadzieje. Szybko ostudził je jednak wynik wyborów do Europarlamentu i dyskusja o tym, czy Biedroń powinien oddać mandat, jak zapowiadał, a ostatecznie kubłem zimnej wody okazały się wybory prezydenckie. „Po wyborach europejskich było już oczywiste, że Biedroń nie zostanie polskim Macronem, że Wiosna nie zrewolucjonizuje polskiej sceny politycznej, nie wyprowadzi nas poza stare podziały polityczne (PO–PiS, postkomuna–postsolidarność, prawica–lewica), nie stanie się platformą pozwalającą radykalnie upodmiotowić obywateli wobec zawodowej klasy politycznej” – pisał w marcu Jakub Majmurek.

Idzie nowe

Piątkowa decyzja Wiosny o rozwiązaniu to kolejny etap łączenia jej i Nowej Lewicy, czyli dawnego SLD. Proces ten trwa od kilkunastu miesięcy, zapowiedziano go po wyborach parlamentarnych w 2019 roku. Niespodzianek więc nie ma. W marcu Włodzimierz Czarzasty poinformował o uprawomocnieniu się decyzji sądu o rejestracji partii Nowa Lewica. W partii tej będą dwie frakcje – starej Wiosny i starego SLD.

Teraz dokumenty o rozwiązaniu Wiosny trafią do Państwowej Komisji Wyborczej i Sądu Okręgowego w Warszawie. Członkinie partii Wiosna przepisują się do Nowej Lewicy. To znaczy przepisuje się ten, kto chce. Członkinie SLD nie muszą się nigdzie przepisywać, bo ich partia po prostu zmieniła nazwę. Muszą jednak zadeklarować, do której frakcji w NL chcą należeć.

A kiedy już się frakcje policzą, Nowa Lewica zorganizuje kongres, na którym wybierze władze na szczeblach województw, powiatów, miast. W międzyczasie Wiosna rejestruje fundację, co podobnie jesienią ubiegłego roku zrobiło SLD. Fundacje te mają chronić nazwy i znaki graficzne. Tak na wszelki wypadek, żeby w przyszłości nikt inny ich nie wykorzystał. Brzmi trochę jak intercyza przedmałżeńska – wiecie, teraz tworzymy nowe, ale to, cośmy dotychczas wypracowali, zabezpieczymy.

Zbudowanie nowej partii na gruzach dwóch byłych formacji to nie lada wyzwanie. Zresztą już w piątek widać było, że politycy związani z Wiosną albo nie komentują decyzji o rozwiązaniu partii, albo piszą o tym raczej jako o końcu czegoś dla nich ważnego niż o wspaniałym kolejnym etapie. Poseł Maciej Kopiec poinformował, że uchwałę o rozwiązaniu Wiosny podjęto „niejednomyślnie”, i dodał taga właściwego raczej nagrobkom niż świadectwu narodzin: „#Wiosna 2017-2021”.

O tym, że „historia Wiosny dobiegła końca”, napisał też sekretarz generalny tej partii Krzysztof Gawkowski:

I Gawkowski, i paru innych polityków wspomnieli, że teraz czas na nowe. Niby więc jest entuzjazm, ale starego trochę żal. Posłanka Beata Maciejewska napisała, że Wiosna „przywróciła lewicę parlamentowi”. Coś w tym jest.

 

Małżeństwo z rozsądku

Połączenie Wiosny z dawnym SLD to dla obu partii małżeństwo z rozsądku. Podobnie było wcześniej ze wspólnym z partią Razem startem w wyborach parlamentarnych. Jeszcze parę lat temu taka koalicja wydawała się totalnie niemożliwa. Polityka to jednak kompromisy, a czasem, żeby mogło do nich dojść, potrzeba nowych okoliczności. W 2019 roku Wiosna była tą sezonową okolicznością, która sprawiła, że możliwe było dogadanie się Razem z SLD (choć na pewno pomógł też Schetyna, który nie wziął SLD na listy do wyborów, za co lewica powinna mu po dziś dzień dziękować).

W lutym tego roku, kiedy Wiosna obchodziła drugie urodziny, Robert Biedroń pisał na łamach Krytyki Politycznej, że „Wiosna okazała się ugrupowaniem, które postawiło tamę «prawicyzacji» polskiej opozycji. Okazaliśmy się głosem, który pcha debatę po demokratycznej stronie ku postępowym wartościom”.

Zawsze będę zazdrościć Biedroniowi optymizmu, ale tak na serio to ten jego optymizm, wiara i energia były wtedy lewicy potrzebne. Dziś już one nie wystarczą – o czym lewicę boleśnie przekonał wynik Biedronia w wyborach prezydenckich. To nie optymizm jednego z liderów zjednoczenia lewicy będzie hitem Wiosny, jaki z nami zostanie, ale pragmatyzm polityczny, którym on i inni na lewicy się wykazali.

Biedroń pisał też przy okazji urodzin Wiosny o zjednoczeniu przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku: „SLD i Razem istniało już wcześniej i miało swoich wiernych wyborców, ale to Wiosna była brakującym elementem, który pozwolił otworzyć się na nowe elektoraty i stworzyć liczące się ugrupowanie”.

Robert Biedroń: Wiosna, ach, to ty

czytaj także

Wiosna była potrzebna po to, żeby Marcelina Zawisza i Włodzimierz Czarzasty podali sobie ręce i żeby zamiast trzech lewicowych partii, każdej pod progiem wyborczym, istniał dziś Koalicyjny Klub Parlamentarny Lewicy. Czy taki był cel Roberta Biedronia kilka lat temu, w momencie zakładania swojej formacji politycznej? Nie. Przy odrobinie optymizmu można jednak powiedzieć, że bunkrów nie ma, ale też jest fajnie. Choć jeszcze nie zajebiście.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agnieszka Wiśniewska
Agnieszka Wiśniewska
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka naczelna strony KrytykaPolityczna.pl, w latach 2009-2015 koordynatorka Klubów Krytyki Politycznej. Absolwentka polonistyki na UKSW, socjologii na UW i studiów podyplomowych w IBL PAN. Autorka biografii Henryki Krzywonos "Duża Solidarność, mała solidarność" oraz wywiadu-rzeki z Małgorzatą Szumowską "Kino to szkoła przetrwania". Redaktorka książek filmowych m.in."Kino polskie 1989-2009. Historia krytyczna", "Polskie kino dokumentalne 1989-2009. Historia polityczna".
Zamknij