Kraj

Urbański: Nie maskujmy różnic klasowych [polemika]

A do tego właśnie służy powoływanie się na klasę średnią w naszym ustroju.

Maciej Gdula postanowił spojrzeć na moją książkę (Prekariat i nowa walka klas) krytycznym okiem. Wydaje mi się jednak, że recenzent z pewnymi swoimi wnioskami się zagalopował. Wyolbrzymił znaczenie klasy średniej w ogóle, a w stosunku do politycznego znaczenia ruchu pracowniczego w szczególności.

W pierwszej kolejności trzeba zaznaczyć, iż obaj reprezentujemy różne środowiska polityczne (mam na myśli Krytykę Polityczną i Inicjatywę Pracowniczą), które powstając ponad dziesięć lat temu, przyjęły inne teoretyczne perspektywy i inne strategie działania. Choć oczywiście oba uchodzą za część szeroko rozumianej lewicy, a ze swojej strony dodałbym nawet, że lewicy w jej odnowionym kształcie. Główna według mnie różnica, jaka nas dzieli, skrywa się przede wszystkim za odpowiedzią na pytanie: z którą częścią społeczeństwa jesteśmy (czy czujemy się) w sensie zarówno strukturalnym, ale przede wszystkim politycznie, związani? Której części społeczeństwa interesy wyrażamy?

Krytyka Polityczna przyjęła perspektywę, że kluczową klasą jest klasa średnia czy inteligencja, do której to etosu się odwołuje. Inicjatywa Pracownicza odwołuje się do szeroko rozumianej klasy pracowniczej, szczególnie tej jej części, która jest najbardziej systemowo – ekonomicznie i politycznie – upośledzona. Oczywiście oba zbiory mogę na siebie w pewnych miejscach nachodzić. Klasa średnia to pojęcie socjologicznie dość pojemne i niedookreślone. Nie będę się w tym miejscu jednak zagłębiał w naukowe zawiłości i wyjaśnienia. Jest jednak rzeczą znamienną, że Maciej Gdula, po kilku komplementach, jakimi obdarzył moją pracę (za co wypadami mi podziękować), swoją krytykę rozpoczyna od stwierdzenia, że nie zauważyłem statystycznego wzrostu znaczenia klasy średniej w Polsce i przywołuje dane Polskiego Generalnego Sondażu Społecznego, według którego od 1988 do 2005 roku klasa średnia rozrosła się z 11,5% do 23,6% ogółu społeczeństwa. A wzięcie tego pod uwagę – pisze dalej Gdula – „mogłoby prowadzić do wymyślenia scenariuszy zmiany politycznej”. Oczywiście takich, które dałyby zadość przyjętym przez Krytykę Polityczną założeniom, upatrującym w klasie średniej „motoru” emancypacyjnych zmian.

Problem polega na tym, że twierdzenie dotyczące liczebnego wzrostu klasy średniej i możliwości awansu do niej jest neoliberalnym mitem, coraz częściej krytykowanym.

Wspominam o tym w mojej książce, odwołując się do ustaleń jednego z głównych orędowników klasy średniej, ale jednocześnie uznanego badacza stratyfikacji społecznej, Henryka Domańskiego (patrz str. 229). Przedstawione powyżej przez Gdulę dane dotyczące wzrostu klasy średniej na przestrzeni kilkunastu lat oznaczałyby de facto zmianę skokową, jakościową. Tymczasem w jednej ze swoich ostatnich prac Domański stwierdził, że ostatecznie badania socjologiczne nie potwierdzają tezy, iż polska struktura klasowo-zawodowo uległa, w wyniku zmian politycznych i ekonomicznych, istotnym przeobrażeniom (patrz: H. Domański, Zmiany stratyfikacji społecznej w Polsce, str. 296). Może o tym zaświadczać utrzymująca się liczebność klasy robotniczej. Na podstawie badań Juliusza Gardawskiego (powołującego się częściowo na Domańskiego) możemy się przekonać, że odsetek „typowej” klasy robotniczej (brygadziści, pracownicy fizyczni wykwalifikowani, pracownicy fizyczni niewykwalifikowani w produkcji, pracownicy fizyczni usług) na przestrzeni lat 1982–2006 w Polsce nie tylko nie spadł, ale wzrósł  z 37,7% do 39,9% (patrz np. J. Gardawski Polacy pracujący i kryzys fordyzmu, str. 90). 

Nawiązywanie do klasy średniej ma w naszym ustroju istotną funkcję ideologiczną, polegającą na maskowaniu ujawniających się na co dzień głębokich różnic klasowych. Trzeba podchodzić zatem z dużą ostrożnością do oficjalnych statystyk. Kilka lat temu w jednym z moich artykułów zwracałem uwagę, że w sukurs socjologicznym poszukiwaniom dominacji klasy średniej i upadku klasy robotniczej idą zmiany w sposobach agregowania danych. Dotyczy to m.in. Głównego Urzędu Statystycznego. Zmiany metodologiczne mają dowodzić, iż w potransformacyjnej Polsce systematycznie poszerza się sektor zatrudnienia w handlu i usługach (jako oczywiście bardziej naturalnego dla różnego rodzaju profesjonalistów klasy średniej), a kurczy sektor produkcji (środowisko pracowników fizycznych). Nie będę tu się dłużej zatrzymywał nad tym problem i pozwolę sobie odesłać zainteresowanych do mojego artykułu Proletariat peryferii – końca pracy nie będzie („Ha!art” nr 26/2007). Ważniejsze wydaje się podkreślenie, że często nie zauważa się tendencji przeciwnej, kiedy szereg zawodów ulega deprecjacji – ich ranga spada, pracownicy i pracownice ulegają pauperyzacji. Mamy z tym do czynienia m.in. w handlu i edukacji. Wątkowi temu poświęciłem w swojej książce – wydaje mi się – dość miejsca.

W tym poszukiwaniu klasy średniej i jej form walki Maciej Gdula wyraźnie się zagalopował, zaliczając do niej pielęgniarki.

Mają one przynależeć do tej klasy „ze względu na charakter pracy, styl życia i aspiracje”. Po pierwsze do klasy średniej aspirują także mechanicy samochodowi, kasjerki z supermarketów i hydraulicy. Od ponad sześćdziesięciu lat socjologiczne badania przeprowadzone w Europie i USA niezmiennie wykazują, że znakomita większość danego społeczeństwa aspiruje do klasy średniej, w tym zwykli pracownicy i pracownice. Kojarzy się im ona bowiem (nie bez kulturowej otoczki i nacisku) z awansem materialnym i większym prestiżem. Mechanizm to dobrze znany, opisany z różnych teoretycznych stanowisk, choćby teorii grupy odniesienia. Ma się on jednak nijak do erupcji i przebiegu klasowych walk. Po drugie: rodzaj i poziom konsumpcji (która jest ważnym, jeżeli nie najważniejszym wskaźnikiem stylu życia), jak też wysokość uzyskiwanych zarobków, a zwłaszcza rodzaj pracy (zwykle nadzorowanej, wykonywanej w warunkach braku kontroli nad jej przebiegiem, nie mówiąc już o braku własności „warsztatu pracy”), absolutnie nie czynią z pielęgniarek (zdecydowanej większość z nich) przedstawicielek klasy średniej.

To prawda, co wytyka mi recenzent, że nie opisałem „białego miasteczka”, zapewne ważnego protestu pielęgniarek. Teraz tego trochę żałuję. Ale nie wspomniałem także o innych istotnych walkach, które wybuchły w tym samym mniej więcej czasie, np. strajku listonoszy czy strajku w Kopalni Węgla Kamiennego „Budryk”. Nie na wszystko starczyło czasu i miejsca. Inna kwestia podnoszona przez Gdulę: czy protesty pielęgniarek i „białe miasteczko” zakończyły się sukcesem? W pewnym zakresie zapewne tak. Ówczesny protest służby zdrowia, w którym uczestniczyli też lekarze (o czym z kolei Gdula wydaje się zapominać), niestety przyspieszył też podziały w łonie pracowników służby zdrowia: „techniczni” (salowe, sanitariuszki, kucharki itd.) pracują często na outsourcingu; pielęgniarki i tzw. średni personel medyczny (np. sekretarki medyczne) na umowy o pracę, coraz częściej zastępowane umowami cywilnoprawnymi czy przez samozatrudnienie, wreszcie „arystokracja służby zdrowia”, czyli lekarze, prowadzą często własne praktyki i pracują na  „kontraktach”.

Podziałowi temu towarzyszy rozkład publicznej służby zdrowia. Wiele zakładów opieki zdrowotnej od czasu „białego miasteczka” sprywatyzowano. Prawdziwymi beneficjentami zostali właściciele kapitału inwestujący w prywatną służbę zdrowia i – właśnie – lekarze, często uwłaszczający się na tym, co po publicznej służbie zdrowia pozostało. Dowodzą tego wciąż wybuchające protesty pielęgniarek, jak ostatnio w Środzie Wlkp. czy w zeszłym roku w Kostrzynie nad Odrą (wspomnę tylko dwa). Oba przypadki dobrze ilustrują problem, o którym tutaj piszę. W tym miejscu należy zapytać: jeżeli pielęgniarki to klasa średnia, to kim są w takim razie lekarze i właściciele klinik? Jak założenie Gduli ma się do realnego składu klasowego pracowników tego sektora? Uważam, że ma się nijak.

Gdula zarzuca mi, że nie jestem zainteresowany budową politycznych sojuszy i tożsamości. To nieprawda. Dla lewicy nie może się to jednak dokonać przede wszystkim w oparciu o klasę średnią, szczególnie gdy jest ona w Polsce raczej konstruowaną akademicko efemerydą. Projekty emancypacyjne opierające się na takich założeniach kończą się zwykle spektakularną porażką.

Moje środowisko polityczne przekonało się o tym boleśnie na przykładzie Poznania. Budowaliśmy tu od 2005 roku sojusz z grupami, które zapewne spełniały wyobrażenia Gduli dotyczące klasy średniej, tym bardziej że sami zaczęli określać siebie jako „mieszczanie”. W sensie organizacyjnym środowisko to objawiło się najdobitniej w wyborach do samorządu w 2010 roku, zdobywając, jako Stowarzyszenia My-Poznaniacy, 9,5% głosów. Współpraca była intensywna, choć niełatwa (co przyznałyby z pewnością obie strony). Zarzucaliśmy My-Poznaniakom brak ideowej spójności, brak zainteresowania sprawami najbiedniejszych, pracowników, lokatorów. Część tego środowiska dystansowała się od naszych związkowych dążeń, nie mogła zaakceptować pewnym metod walki, np. blokad eksmisji i okupacji czyszczonych kamieniec, które to akcje przeczyły „świętemu prawu własności prywatnej”, co miało wystraszyć domniemanych przedstawicieli klasy średniej – ich potencjalnych wyborców. Ostatecznie My-Poznaniacy rozpadli się w drobny mak, a byli prominentni członkowie Stowarzyszenia w 2014 r. kandydują na prezydenta Poznania z czterech różnych list, w tym z Platformy Obywatelskiej (tu – o ironio! – Jacek Jaśkowiak, były kandydat na prezydenta z ramienia My-Poznaniaków w 2010 r.) oraz Prawa i Sprawiedliwości. Walczą o około jedną czwartą głosów, pozostała część mieszkańców pozostanie bez politycznej reprezentacji. Tak jest zresztą od lat.

Może wyjaśni nam Maciej Gdula, jak w takich warunkach budować polityczne sojusze, a zwłaszcza jak budować polityczną tożsamość z „klasą średnią”?

Z drugiej strony polityczna chwiejność pretendentów do klasy średniej i frustracja drobnomieszczaństwa dotkniętego ekonomicznym kryzysem jest odpowiedzią na pytanie, jakie zadaje w swojej recenzji Gdula: o polityczne mechanizmy oddające władzę w ręce przedstawicieli ugrupowań pokroju Bractwa Muzułmańskiego. Autorytaryzm jest najczęściej nie skutkiem, ale odpowiedzią na rewindykacyjne dążenie klasy pracowniczej i najniżej usytuowanych warstw społecznych.

Kwestia ostatnia. Protesty pracownicze, których opis w mojej książce Gdulę znużył, nie są zapewne bardziej „dołującymi” i pozbawionymi nadziei przykładami walk społecznych niż udział i uzyskiwane wyniki w kolejnych wyborach przez ugrupowania odwołujące się do koncepcji „postępowej nowej klasy średniej”. Wręcz przeciwnie – twierdzę w mojej książce, że ruch protestu pracowniczego jest w tym zakresie o wiele bardziej skuteczny, stając się przyczyną szeregu zmian doraźnych, a bywa, że także ustrojowych. Z pewnością protesty mają bezpośredni wpływ na obalanie czy wymianę kolejnych rządów. Opisałem to na przykładzie Polski. Wiem zatem, co może spowodować akcja bezpośrednia, masowa demonstracja czy strajk. Wielką niewiadomą pozostaje dla mnie zawsze to, czym może skończyć się akcja polityczna. Jest bowiem jasne, że tak jak strajk i protest pozostaje bronią w ręku klasy pracowniczej, tak demokracja przedstawicielska jest bronią w ręku posiadaczy i biznesu. Kartka wyborcza może być – w sprzyjających okolicznościach – co najwyżej uzupełnieniem protestów, lecz nie jest w stanie ich zastąpić. Bez permanentnej presji społecznej nie ma emancypacyjnych zmian.

A wracając do recenzowanej przez Macieja Gdulę książki: prekaryzacja była możliwa z powodu spadku fali protestów pracowniczych, jaki obserwowaliśmy od końca lat 70. XX stulecia do początku XXI wieku. I tylko ponowny jej wzrost może prekaryzację powstrzymać.

Jarosław Urbański jest socjologiem i działaczem społeczno-politycznym.


Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.