Wzmożenie, jakie wywołała informacja o „urlopie menstruacyjnym”, jaki przyznaje się kobietom zatrudnionym w jednej z polskich instytucji państwowych, jest tyleż kuriozalne, co symptomatyczne dla społeczeństwa, które dało się wpędzić w wojnę płci.
Gdyby kobiety i mężczyźni angażowali się w walkę o prawa pracownicze z takim zacięciem, z jakim wzajemnie rzucają się sobie do gardeł przy każdej sposobności, żylibyśmy już co najmniej we w pełni zautomatyzowanym, luksusowym komunizmie. Tymczasem związki zawodowe ledwo zipią, wszyscy jesteśmy coraz bardziej wypaleni i przemęczeni, a w czasie wolnym spalamy resztki energii na całkowicie jałową nawalankę w internecie ku uciesze kapitalistycznych wyzyskiwaczy, którym ta polaryzacja i antagonizacja zapewnia nie tylko rozrywkę, ale przede wszystkim przetrwanie.
Liberałom zależy na zrównaniu (biednych z biednymi i bogatych z bogatymi)
„Jeśli potwierdzi się to, co tu jest napisane, to jest to szokujące na wielu płaszczyznach. Szokujące jest przede wszystkim bezprawie” – czytamy na facebookowym profilu Stowarzyszenia na rzecz Chłopców i Mężczyzn (SChM). To udostępniony wpis posła Marcina Józefaciuka informujący o kontroli, jaką ten przeprowadził w Komendzie Głównej Ochotniczych Hufców Pracy (OHP) w związku ze wprowadzonym tam dodatkowym dniem wolnym w miesiącu, z którego skorzystać może każda zatrudniona kobieta.
Józefaciuk asekuracyjnie zaznaczył, że nie walczy z dostrzeżeniem problemu bolesnej menstruacji ani empatycznym traktowaniem pracownic. Oburza go jednak fakt, że o ile wszystkie zatrudnione w instytucji kobiety – bez względu na to, czy miewają bolesne okresy, a nawet czy w ogóle je miewają, bo mowa także o tych po menopauzie – mogą skorzystać z dodatkowego, w 100 proc. płatnego wolnego, o tyle dla mężczyzn nie przewidziano równoważnego rozwiązania.
Wbrew temu, co sugerowano potem w licznych prześmiewczych komentarzach, poseł nie domagał się „urlopu menstruacyjnego” dla mężczyzn, a propozycji odpowiadającej na ich specyficzne potrzeby (np. związane ze statystycznie krótszym życiem, w Polsce – aż o osiem lat). Spotkało się to z niezrozumieniem i nic dziwnego, bo po stronie feministycznej o potrzebach mężczyzn wciąż mówi się niewiele – jeśli już, to nierzadko umniejszając, relatywizując i zrzucając odpowiedzialność na jednostki. Albo po prostu wykpiwając.
Z taką właśnie reakcją spotkał się zarówno Józefaciuk, jak i SChM, które zaangażowało się w menstruacyjny skandal, a także osoby podzielające ich oburzenie czy zwyczajnie sceptyczne wobec dodatkowych 12 dni urlopu w skali roku tylko dla kobiet. Wszystkich oskarżono o chęć „zaglądania do cipek” – zwracali bowiem uwagę, że pracodawca nie weryfikuje przecież, czy biorąca wolne pracownica rzeczywiście cierpi w wyniku skurczów macicy – i wyśmiano za urojoną dyskryminację.
Słuchaj na Spotify
Jednocześnie coraz trudniej uwierzyć w zapewnienia promęskich działaczy, że zależy im na przeciwdziałaniu polaryzacji, a interesy mężczyzn i kobiet uważają za wspólne. „Nie chcemy licytować się na krzywdy” nie brzmi wiarygodnie, jeśli w kolejnych zdaniach zaczyna się wyliczanie „kobiecych przywilejów” i przeciwstawianie ich przykładom „dyskryminacji mężczyzn”. Wyliczanie w sensie dosłownym, bo SChM podaje, że tylko w ubiegłym roku z „przywileju menstruacyjnego” skorzystano 13 tys. razy. „Licząc po stawce 40 zł/h, oznacza to 4,15 mln złotych (!!!) dodatkowych benefitów pracowniczych niedostępnych dla mężczyzn” – czytamy w jednym z emocjonalnie nacechowanych wpisów.
Główny problem SChM polega na tym, że przekonując o własnej apolityczności, a de facto będąc liberałami, jak wprost mówi o sobie prezes stowarzyszenia Jakub Chabik (określa się też jako chadek), stoją na straży status quo – podobnie zresztą jak liberalne feministki, z którymi toczą regularne internetowe boje – zaś unikając języka walki klasowej, chcąc nie chcąc kierują społeczną frustrację w stronę konfliktu genderowego.
Kapitalizm musi opierać się na nierównościach oraz wyzysku większości przez mniejszość i jednych kosztem drugich. SChM nie ma ambicji kontestowania zastanego systemu, chce jedynie drobnej korekty na rzecz mężczyzn. Męskie krzywdy interesują ich tylko o tyle, o ile wiążą się z jakimś rodzajem uprzywilejowania – realnego bądź wyimaginowanego – kobiet. Nie chodzi więc o to, by mężczyznom żyło się lepiej, tylko żeby kobiety nie miały od nich pod żadnym względem mniej przekichane.
Efekt widać w komentarzach pod ich wpisami – choć te jawnie mizoginistyczne są zwykle usuwane, to niemal wszystkie pozostałe składają się na smutny obraz wzajemnego niezrozumienia i antagonizmu między kobietami i mężczyznami, walczącymi o ochłapy z pańskiego stołu, jak dodatkowy dzień urlopu na żądanie w miesiącu w razie złego samopoczucia. Nie ma mowy o tym, by zewrzeć szyki i ten stół przewrócić, dzieląc się tym, co wspólnie wypracowane. Na przykład dając sobie krótszy czas pracy za tę samą płacę albo kilka dodatkowych dni w roku pełnopłatnego urlopu regeneracyjnego dla wszystkich.
Podobny zarzut mam do Józefaciuka, uduchowionego neoliberała z Platformy Obywatelskiej, której najświeższym dokonaniem jest wykastrowanie projektu reformy Państwowej Inspekcji Pracy i coraz odważniejsze zaloty do skrajnie antypracowniczej Konfederacji. Dużą naiwnością byłoby wierzyć, że kieruje nim troska o dobro pracujących mas mężczyzn – robi po prostu to, co robią przedstawiciele elit, gdy trzeba przekierować słuszny gniew społeczny tam, gdzie nie będzie im zagrażał. Wygląda to raczej na wstęp do kampanii, w której celem jest pozyskanie sfrustrowanych młodych mężczyzn, według których „feminizm zaszedł za daleko” i należy się odkuć – koniecznie kosztem kobiet. To łatwiejsze niż oddolna organizacja i sprzeciwienie się mniejszości posiadającej realną władzę i nieskończone przywileje, stojącej nad nami z batem.
Wszyscy zasługujemy, by pracować mniej
Afera z OHP otworzyła dyskusję o możliwości wprowadzenia urlopu menstruacyjnego w skali kraju, a jako pozytywny przykład takiego rozwiązania wskazywana jest najczęściej Hiszpania. Od czerwca 2023 roku tamtejsze pracownice mogą otrzymać zwolnienie lekarskie z powodu „wtórnej, obezwładniającej menstruacji”, czyli bardzo silnych dolegliwości związanych na przykład z endometriozą, mięśniakami czy zespołem policystycznych jajników. Wymagana jest jednak ocena lekarza, a nie tak, jak w OHP – sama deklaracja pracowniczki.
Dla (prawie) wszystkich oczywiste jest, że mocny, utrudniający funkcjonowanie ból – nieważne, z czym związany – powinien być wystarczającą przesłanką do zwolnienia lekarskiego. To doskonała okazja, by podbić stawkę i domagać się 100 proc. płatnego L4 czy wrócić do tematu niedofinansowania NFZ, zamiast wykłócać o w pełni płatny urlop menstruacyjny w jednej instytucji.
Osoby, które co miesiąc przechodzą okres na tyle bolesny, że znacznie utrudnia im funkcjonowanie, powinny mieć więc zapewnione dodatkowe dni wolnego. Co do zasady nie jest to jednak naturalny stan fizjologiczny, a sytuacja wymagająca diagnostyki i pomocy lekarskiej. Kobiety cierpiące na schorzenia powodujące bolesną menstruację posiadają takie samo prawo do zwolnienia lekarskiego jak pracownicy mający problemy np. z jelitami. Sprawę komplikuje fakt, że lekarze często ignorują kobiecy ból, zbywając pacjentki mądrościami typu „taka pani uroda” czy „po ciąży przejdzie” (i to jest feministyczna walka, jaką warto podjąć).
Nie wydaje mi się jednak, by rozwiązaniem było 12 dodatkowych dni urlopu w skali roku – prawie połowa wolnego przysługującego po dziesięciu latach pracy – dla wszystkich kobiet i tylko dla kobiet. Choć nawet 90 proc. osób menstruujących odczuwa mniejszy lub większy ból, w większości przypadków sprawę załatwiają odpowiednio dobrane leki. Co więcej, nie skończyłoby się to dobrze dla samych pracownic – w Polsce wciąż nie rozwiązaliśmy problemu wykluczenia pracujących matek i dyskryminacji kobiet w wieku produkcyjnym przy rekrutacjach, a dodatkowy urlop ze względu na menstruację (12 dni to o dwa więcej niż przysługuje osobom z umiarkowaną i znaczną niepełnosprawnością) może przysporzyć kolejnych trudności kobietom szukającym pracy.
Biologia dyskryminuje ze względu na płeć. Mężczyzn też, tylko inaczej
W dyskusji powraca argument, jakoby to biologia dyskryminowała kobiety, co miałoby uzasadniać „pozytywną dyskryminację” w postaci urlopu menstruacyjnego. Wyobraźmy sobie jednak, że państwowa instytucja publiczna wprowadza choćby pięć dodatkowych dni urlopu tylko dla mężczyzn ze względu na fakt, że średnio żyją krócej niż kobiety, a dłużej pracują zawodowo. Wszyscy potrafimy sobie wyobrazić, jak silny opór wywołałoby to po stronie feministycznej – i słusznie.
Liberalne feministki lubią podnosić w tym miejscu argument, że „mężczyźni sami to sobie robią”, bo więcej piją i palą, szybciej jeżdżą i częściej popełniają samobójstwa – ale rzecz się na tym nie kończy. Obok faktu społecznego – że wszystko to jest efektem patriarchalnej kultury i socjalizacji, w której reprodukowaniu kobiety także aktywnie uczestniczą, a która mężczyzn po prostu zabija szybciej – istnieje fakt biologiczny, bo średnio krótsze życie mężczyzn jest także uwarunkowane przez samą biologię (badacze wskazują zwykle na rok do dwóch).
Mężczyźni zatem również doświadczają „biologicznej dyskryminacji”. Współczesna nauka ma na ten temat wiele hipotez, związanych z wpływem chromosomów płciowych, różnicami hormonalnymi i większą odpornością kobiet na liczne choroby. Cispłciowe kobiety mają dwa chromosomy X, więc jeśli na jednym wystąpi szkodliwa mutacja, drugi może częściowo kompensować jej skutki. Mężczyźni nie posiadają takiej „kopii zapasowej”, co może wpływać na proces starzenia i śmiertelność. Inne czynniki to estrogen, który u kobiet działa ochronnie na układ krążenia, czy fakt, że przed menopauzą kobiety mają znacznie niższe ryzyko chorób sercowo-naczyniowych.
Polska należy do krajów o najwyższej średniej różnicy w długości życia kobiet i mężczyzn w Europie. Już samo zestawienie z innymi państwami na tym samym kontynencie prowadzi do wniosku, że nie jest to kwestia indywidualnych decyzji, a efekt znanych, splecionych ze sobą czynników zewnętrznych, w tym konkretnych decyzji politycznych.
Czy zatem nie byłoby sprawiedliwiej – i korzystniej dla wszystkich, bez względu na płeć – gdyby także pracującym mężczyznom zaproponować dodatkowe, dostosowane do potrzeb rozwiązania, na przykład nastawione na promocję dbania o zdrowie? Socjalizacja według stereotypowych ról płciowych sprawia, że mężczyznom przychodzi to trudniej, a ich problemy psychiczne wiążą się z większą stygmatyzacją, przez co rzadziej sięgają po pomoc. Nie wspominam o tym po to, by dołączyć do „licytacji na krzywdy”, a żeby zwrócić uwagę na wielowymiarowość nierówności związanych z płcią.
Więcej solidarności, mniej zawiści i nieufności
Choć sama afera wokół urlopu menstruacyjnego w OHP przypomina raczej burzę w szklance wody, to narracje, jakie się w niej pojawiają, wiele mówią o kondycji polskiego społeczeństwa i społeczeństw późnokapitalistycznych – czy już technofeudalnych – w ogóle. Słuszny gniew związany z pogarszającymi się warunkami życia i pracy zostaje przekierowany na wojnę płci, w której kobiety i mężczyźni mają walczyć między sobą o symboliczne przywileje zamiast wspólnie domagać się realnej poprawy własnego położenia.
Burza wokół urlopów menstruacyjnych w Komendzie Głównej Ochotniczych Hufców Pracy pokazuje, że mężczyźni często nie mają pojęcia o problemach, które dotykają głównie kobiet, jak bolesne miesiączki czy lekceważenie kobiecego bólu przez system ochrony zdrowia. Z drugiej strony wiele kobiet nie interesuje się problemami typowymi dla mężczyzn, takimi jak wyższa śmiertelność, częstsze samobójstwa czy trudności w korzystaniu z pomocy psychologicznej. Nie wynika to jednak z naturalnej wrogości między płciami, lecz z faktu, że znacznie łatwiej przekonać ludzi do wzajemnych pretensji niż do wspólnego działania na rzecz zmiany warunków społecznych.
Zwycięzcą tej konfrontacji nie są ani kobiety, ani mężczyźni. Są nim ci, którzy korzystają z rozproszenia społecznego niezadowolenia. Dopóki spieramy się o to, kto otrzymał kilka dni wolnego więcej, nie rozmawiamy o niskich płacach, przeciążeniu pracą, kryzysie ochrony zdrowia, niedostępności mieszkań czy rekordowych nierównościach majątkowych. Dopóki dyskutujemy o tym, która płeć ma gorzej, nie zadajemy pytania, dlaczego rzesze ludzi – każdej płci – pracują coraz więcej, a żyje coraz mniej stabilnie.
Być może zamiast zastanawiać się, czy dodatkowe wolne należy się wyłącznie kobietom albo wyłącznie mężczyznom, warto postawić pytanie bardziej fundamentalne: dlaczego wszyscy mamy go tak mało? W społeczeństwie, które jest bogatsze niż kiedykolwiek wcześniej, postęp techniczny powinien przekładać się na większą ilość czasu wolnego, lepszy dostęp do opieki zdrowotnej i wyższy komfort życia dla wszystkich. Jeśli zatem z całej afery wokół urlopu menstruacyjnego miałaby płynąć jakaś wartościowa lekcja, to właśnie taka, że więcej solidarności i mniej wzajemnej nieufności przysłużyłoby się zarówno kobietom, jak i mężczyznom.



!["Odwagi! [o zaangażowaniu młodych]" Dominika Lasota](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/04/odwagi-plomienie-okladka-173x267.jpg)



![Utracony kompas [o europejskiej lewicy]](https://krytykapolityczna.pl/wp-content/uploads/2026/03/plomienie_utracony_kompas-171x267.jpg)


Komentarze
Trolle, boty, ścieki zostawiamy platformom. U nas możesz wziąć udział w sensownej dyskusji. Ale najpierw zapoznaj się z jej regulaminem!