Kraj

Opielka: Die Linke – słuszna i anachroniczna

Choć kryzys światowej gospodarki i euro powinien wzmacniać lewicowe poglądy wśród wyborców, niemiecka Die Linke, podobnie jak SLD, traci poparcie. W sondażach goni ją partia, którą można porównać do Ruchu Palikota: Partia Piratów. Sytuację niemieckiej lewicy analizuje Jan Opielka.

Sytuacja niemieckiej lewicowej partii Die Linke przypomina trochę sytuację polskiego SLD. Choć media i opinia publiczna od 2008 roku żyją kryzysem światowej gospodarki i euro, co powinno wzmacniać lewicowe poglądy wśród wyborców, obie partie nie są silnymi graczami. Die Linke, z powodu wewnątrzpartyjnych sporów, słabości przywódców – Gesine Lötzsch ze wschodniej i Klausa Ernsta z zachodniej części Niemiec – i polityki symbolicznej, jaką prowadzi, traci w Niemczech poparcie. Dziś wybrałoby ją zaledwie 6 procent Niemców, podczas gdy w wyborach w 2009 roku miała prawie 12 procent poparcia, dzięki czemu stała się czwartą siłą w Bundestagu. Teraz w sondażach dogania ją nowa partia, którą można porównać do Ruchu Palikota: Partia Piratów.

Zapaść Die Linke to nie tylko efekt działania nieprzychylnych jej mediów mainstreamowych, jak sama się często skarży. I nie tylko wynik faktu, że inne partie częściowo przyswajają jej główne postulaty, np. wprowadzenia płacy minimalnej i podatku od transakcji giełdowych. I w końcu nie tylko skutek tego, że stopa bezrobocia w Niemczech spadła w ciągu roku do poziomu 6,4 procent. Problem Die Linke tkwi przede wszystkim w tym, że partia ta dla dużej części elektoratu nie wydaje się realną alternatywą i kandydatką do rządzenia na szczeblu federalnym. Jej uchwalony zaledwie kilka tygodni temu program zawiera elementy, który powinny przyciągać osoby lewicujące – w tym znacznie się różni od gospodarczo raczej liberalnego SLD – ale wyborcy nie są przekonani, czy Die Linke dąży do władzy, czy też chce na stałe pozostać w opozycji i pełnić, jak dotychczas, funkcję korekcyjną. Partia ta powinna być przyczółkiem ruchów alternatywnych i protestów wobec dominacji rynku – ale nie jest. Z kilku powodów.

Spójrzmy najpierw na jej nowy program. Według niego Die Linke dąży do demokratycznego socjalizmu. System ten ma się składać z silnego państwa, które demokratycznie kontroluje firmy sektora finansowego i energetycznego, a także zarządza systemem zabezpieczeń społecznych, edukacją, siecią wodną i transportową. Die Linke chce także wyższych podatków od osób bardzo zamożnych i ubiega się o ponowne wprowadzenie tzw. podatku od majątku. Inne postulaty obejmują wprowadzenie płacy minimalnej (której w Niemczech dotychczas nie ma), wyższe nakłady na naukę, badania i infrastrukturę publiczną. Uchwalony w październiku program zakłada także dążenie do wystąpienia Niemiec z NATO, wyjścia niemieckich wojsk z Afganistanu i legalizację narkotyków.

Być może najradykalniejszy postulat to przekształcenie dużych, strukturalnie istotnych dla państwa prywatnych przedsiębiorstw w majątek publiczny, komunalny, spółdzielczy lub załogowy – poprzez demokratyczne procedury. W tym bardzo istotnym punkcie brak jednak konkretów, np. doprecyzowania, jakie przedsiębiorstwa są duże i jak miałyby wyglądać te demokratyczne procedury przekształceń własnościowych. Ten postulat, który w gruncie rzeczy kompletnie zmieniłby system gospodarczo-polityczny Niemiec, przedstawiony jest w zaledwie kilku zdaniach.

Die Linke, szczególnie na tle chadeków z CDU i liberałów z FDP, wydaje się na tyle radykalna, że urzędy ochrony konstytucji w niektórych krajach związkowych od lat oficjalnie obserwują tę partię i jej poszczególnych działaczy. Pojawiają się nawet podejrzenia, że Die Linke wspiera lewicowy ekstremizm i łamie konstytucję.

Ale nie to jest prawdziwym problemem Die Linke. Z uwagi na programowe postulaty trudno jej będzie wejść na szczeblu federalnym do możliwej koalicji z SPD i Zielonymi – o ile w ogóle wejdzie do Bundestagu po wyborach w 2013 roku. Problemem są również niektóre jej partyjne osobowości – choćby Oskar Lafontaine. Ten 68-letni polityk, niegdyś członek SPD, dziś uchodzi za przedstawiciela lewego skrzydła w Die Linke. Trudno go sobie wyobrazić we wspólnym rządzie z SPD: jako minister finansów w rządzie Gerharda Schrödera (1995–2005) po zaledwie kilku miesiącach i programowym sporze opuścił macierzystą partię. Następnie wziął udział w budowie nowej lewicowej partii. Finał tej budowy nastąpił w 2007 roku, gdy zachodnioniemiecki ruch wyborczy WASG (powstał po protestach przeciwko reformom rządu SPD i Zielonych, zwanych Agenda 2010) zjednoczył się ze wschodnioniemieckimi postkomunistami z PDS, tworząc właśnie Die Linke.

Jeszcze bardziej na lewo od Lafontaine’a jest Sahra Wagenknecht, wiceprzewodnicząca Die Linke. Dotychczas reprezentowała skrajny nurt komunistyczny, ale wraz z rosnącymi ambicjami nieco tonuje poglądy. Nie odpuszcza jednak ostrej krytyki przedstawicieli świata finansów, wielkich korporacji, rządzącej koalicji, ale i centrolewicowych Zielonych i SPD. Wagenknecht dysponuje przy tym obszerną wiedzą na temat gospodarki, jest merytorycznie doskonale przygotowana i często przygasza w dyskusjach ministrów, przedstawicieli biznesu i innych oponentów politycznych. Nawet konserwatywny, opiniotwórczy dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” opublikował niedawno jej tekst na temat kryzysu euro. Ostatnio Lafontaine wyznał, że oboje łączy więcej niż polityka – powstał więc nowy temat dla brukowców.

Wagenknecht dotychczas nie wykazuje chęci, by jej partia weszła w jakąkolwiek koalicję; słowa „my przeciwko wszystkim” dobrze oddają jej stanowisko w tej kwestii. Niektórzy obserwatorzy oczekują, że w 2012 roku charyzmatyczna Wagenknecht stanie do wyborów na szefową Die Linke. Jeżeli zaryzykuje i wygra, będzie miała trudne zadanie lepszego zintegrowania poszczególnych nurtów w partii.

Bo w Die Linke, która istnieje dopiero cztery lata, dwie wielkie regionalno-ideowe frakcje – wschodnioniemieckiej postkomunistycznej PDS i zachodnioniemieckiej WASG – wciąż się ścierają. Ich doświadczenia i poglądy są odmienne, także wskutek ogromnych różnic gospodarczych i mentalnych, jakie do dziś istnieją między wschodnimi i zachodnimi krajami związkowymi. Początkowe wyborcze sukcesy Die Linke przykrywały te starcia. Po uchwaleniu pod koniec października programu spory między wschodnioniemieckimi pragmatykami, którzy w swoich landach są często drugą co do wielkości partią, a zachodnimi działaczami, którzy (znacznie mniejsi) wolą rolę opozycji niż nadmierną „socjaldemokratyzację”, zostały pozornie zniwelowane. Szef klubu Die Linke w Bundestagu Gregor Gysi przyznał jednak, że partia nadal znajduje się w „wewnętrznym procesie klarowania”.

Nowym konkurentem Die Linke stała się Partia Piratów, anarchistyczno-liberalno-lewicowe ugrupowanie, którego głównymi hasłami były dotychczas ochrona danych osobowych oraz przejrzystość i wolność w sieci. W regionalnych wyborach w Berlinie w październiku tego roku Piraci dostali się do parlamentu, co było sensacją. Ludzie popierający tę partię jako powód wymieniają przede wszystkim niechęć do ugrupowań mainstreamowych. Czy Piraci faktycznie są zwiastunem nowych procesów społecznych i przetasowania na scenie politycznej, pokażą kolejne wybory. Dzisiaj poparcie Piratów w całych Niemczech wynosi 5–7 procent.

Na początku grudnia Piraci uchwalili pierwszy częściowy program, w którym opowiadają się między innymi za silniejszym rozdziałem państwa i Kościołów (chcą skończyć z pobieraniem przez państwo podatku na ich rzecz) i wprowadzeniem tzw. minimalnego dochodu gwarantowanego, czyli świadczenia, jakie państwo ma zapewnić każdemu obywatelowi zamiast dotychczasowe zasiłków socjalnych czy innych dodatków. Jest to mocny zryw Piratów w lewo, co powinno niepokoić lewicowców z Die Linke. Jednocześnie Piraci unikają jasnych klasyfikacji lewica/prawica; mają też dość silną frakcję opowiadającą się za gospodarczym liberalizmem czy wręcz libertarianizmem, która mocno krytykuje ideę minimalnego dochodu gwarantowanego. Notabene to właśnie ta frakcja Piratów przyczynia się do osłabienia liberalnej FDP, która, choć jest koalicjantem w rządzie Angeli Merkel, dzisiaj prawdopodobnie nie dostałaby się do Bundestagu.

Berliński sukces Piratów jest potwierdzeniem, że Die Linke nie jest w stanie przyciągnąć progresywnego, lewicowo-liberalnego elektoratu. Za bardzo kojarzy mu się z partią przegranych lub postkomunistycznym betonem byłej NRD. Niektórych słabo politycznie zorientowanych wyborców od Die Linke odpycha też fakt, że nie jest ona tak „seksowna” i anarchistyczna jak Piraci lub nie czuć w niej powiewu alternatywnej, otwartej nowoczesności jak u Zielonych. Członkowie Die Linke zwracają się do siebie per „towarzyszu/towarzyszko” (jak i w SPD), na zjazdach partyjnych śpiewają Międzynarodówkę i wysyłają pochlebne listy do Fidela Castro. Die Linke nie bardzo też odpowiada tej części młodego pokolenia, której marzeniem niekoniecznie jest jedno stałe miejsce pracy na całe życie; dla wielu brak zawodowej stabilizacji to nie konieczność, tylko wolny wybór. Znamienne, że na zjazdach Partii Piratów niemal każdy z delegatów siedzi przed własnym laptopem lub czymś jeszcze nowocześniejszym, czego duża część działaczy Die Linke chyba nie umiałaby nawet nazwać. „Mamy analogowy program”, stwierdził jeden z czołowych polityków tej partii.

Poszczególne cele Die Linke wyrażone w nowym programie to z punktu widzenia lewicy w dużej mierze słuszne postulaty, ale w całości jawią się one jako utopijny zlepek i nie porywają. Partii brakuje „wielkiej powieści”, szerokiej i przekonującej wizji, pogrąża się za to w sporach personalnych. Jak stwierdził sam Klaus Ernst, Die Linke musi znaleźć „łączność z wewnętrznym światem ludzi”. Na razie to połączenie działa co najwyżej dostatecznie.

*Jan Opielka – niezależny dziennikarz

Już wkrótce rozmowa z Markusem Meckelem z SPD i tekst o niemieckich Zielonych.  

 

Bio

Jan Opielka

| dziennikarz i publicysta
Publicysta piszący dla niemieckojęzycznych i polskich mediów, były stały korespondent z Polski dla dzienników niem. Frankfurter Rundschau i Berliner Zeitung.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.