Kraj

Ogólnopolski Strajk Kobiet potrzebuje tańszych mieszkań

Ruch feministyczny nie jest i nigdy nie był jednolity. Dyskusja o głosowaniu nad Funduszem Odbudowy przypomniała o istnieniu jego dwóch wyraźnych odłamów: liberalnego i socjalnego. Obydwa ścierają się w Ogólnopolskim Strajku Kobiet.

Zacznijmy od początku. Fundusz Odbudowy to dodatkowe unijne pieniądze przeznaczone na odbudowę gospodarki krajów Unii Europejskiej po pandemii. Polska miałaby otrzymać łącznie ok. 250 mld złotych. By do tego doszło, wszystkie kraje UE muszą ratyfikować decyzję o zwiększeniu zasobów własnych, a także przygotować Krajowy Plan Odbudowy, czyli dokument wyznaczający cele i sposoby odbudowy gospodarki.

Przy głosowaniu nad ratyfikacją PiS nie mógł liczyć na poparcie Solidarnej Polski. Zwrócił się więc w stronę Lewicy. Przedstawiciele i przedstawicielki Klubu Lewicy na spotkaniu w tej sprawie z premierem Morawieckim postawili sześć warunków, a wśród nich: co najmniej 30 proc. środków dla samorządów, 400 mln euro na branże, które wykazały największy spadek obrotów podczas pandemii, co najmniej 75 tysięcy nowych tanich, czynszowych, energooszczędnych mieszkań na wynajem i 1 mld euro na dofinansowanie szpitali powiatowych, a także komitet monitorujący wydatkowanie środków i transparentność.

PiS przystał na te warunki.

I się zaczęło. Od tego momentu w obozie liberalnym zawrzało. Publicyści i politycy strofowali Lewicę jak krnąbrne dzieci, które chcą zrobić dorosłym na złość. Padały oskarżenia o zdradę, sprzedawanie kraju, a nawet o atak na osoby LGBTQ czy kobiety – mimo że często ludzie Lewicy jako jedyni stali po ich stronie (czego o KO powiedzieć nie można).

Olaboga! Lewica poparła PiS, czyli meltdown, jakiego dawno nie było

O postulatach Lewicy czy sposobach wydatkowania pieniędzy z Funduszu rozmowy nie było. Jakby nie do końca o to chodziło.

To jest wojna?

Do festiwalu strofowania Lewicy dołączył Ogólnopolski Strajk Kobiet. Na swoim Facebooku OSK pisał, że PiS ma to głosowanie przegrać, a następnie postawił Lewicy ultimatum: albo w ciągu 24 godzin wycofa się z rozmów, albo osoby z OSK będą „do każdego i każdej z Was zwracać osobiście z pytaniem, czy macie zamiar wrócić na stronę Bodnara i Tuleyi, czy pozostać po stronie Pawłowicz i Piotrowicza. Z władzą, która nienawidzi ludzi. Z władzą, która nienawidzi nas‼️”. Wszystko było opatrzone hasztagami #ToJestWojna #ZakazHandluGodnością.

Strajk Kobiet pisze do posłów i posłanek opozycji z żądaniami. Lewica odpowiada

Identycznie osoby z OSK działały podczas październikowych protestów. Problem w tym, że wówczas na ulice wyszły setki tysięcy ludzi, a ultimatum było wyrazem ich zbiorowego sprzeciwu. W tej chwili ultimatum było decyzją kilku osób, które mają władzę w strukturach OSK i arbitralnie zdecydowały o poczynieniu bardzo radykalnych kroków.

Politycy PO, PSL i Nowoczesnej w latach 2015–2018 głosowali wspólnie z PiS w 50–60 proc. spraw. Całe ich partie podobnie.

Róża Thun: Jestem wkurzona na całą opozycję 

W żadną z tych spraw nie zaangażował się Ogólnopolski Strajk Kobiet. Ani razu nie dał posłom ultimatum, żeby się wycofali z poparcia.

Po co było to ultimatum? Jaka jest rola OSK w kwestii Funduszu Odbudowy?

Z pewnością wiele uczestniczek protestów kobiet ma swoje zdanie na temat Funduszu. Ale dokładnie o to chodzi – to ich zdanie, nie wspólne. Marta Lempart mogła napisać to ultimatum na swoim prywatnym profilu. Ale wykorzystywanie ruchu społecznego setek tysięcy kobiet, by zamanifestować swoje prywatne poglądy na kwestie niezwiązane z aborcją – to nie wygląda zbyt uczciwie.

„Współtworzę Radę OSK. Nie po to, żeby z OSK robić sprywatyzowaną grupę wsparcia dla sejmowych debili z PO”

Ultimatum na stronie OSK nie odzwierciedla poglądów uczestniczek Ogólnopolskiego Strajku Kobiet. Według badania IBRIS dla „Rzeczypospolitej” tylko 2,7 proc. Polaków i Polek było za tym, by opozycja zagłosowała przeciwko ratyfikacji Funduszu Odbudowy. Trudno zakładać, że te 2,7 proc. osób to akurat uczestniczki październikowych protestów. Wskazują na to także wypowiedzi samych uczestniczek, a nawet osób zaangażowanych w budowanie Rady Konsultacyjnej przy Ogólnopolskim Strajku Kobiet.

Marta Rozmysłowicz na Facebooku zamieściła post „MARTA LEMPART ma odejść”:

„Lempart, #zostanieszsama, bo twoja neoliberalna krucjata jest #niewnaszymimieniu. Brałyśmy pełną odpowiedzialność za protesty kobiet, byłyśmy bite, pryskane gazem, czy jak wczoraj stwierdził sąd, porywane przez policję. Współtworzę Radę OSK. Nie po to, żeby z OSK robić sprywatyzowaną grupę wsparcia dla sejmowych debili z PO. Nie po to, żebyś banowała moje przyjaciółki na profilu OSK. Czym twoje obecne dyktatorskie zapędy różnią się od TVPiS, od Ziobry czy Giertycha?! Partyjny bełkot to nie głos ruchu!

Prawda jest taka, że dziś powinnyśmy się spierać, czy Lewica ma żądać 75, czy 750 tysięcy mieszkań. A nie iść pod rączkę konserwatywnych krawaciarzy z pseudoopozycji, co oddali kraj w ręce biznesu i są gotowi zniszczyć nam przyszłość byle dorwać się do koryta”.

Marta wchodzi w skład Zespołu ds. Praw Pracowniczych Rady Konsultacyjnej przy Ogólnopolskim Strajku Kobiet. Ten zespół wydał swoje stanowisko dotyczące oświadczenia Lewicy o warunkach poparcia ratyfikacji Funduszu Odbudowy, odcinając się od wpisów na profilu OSK:

„Nie zgadzamy się ze stanowiskiem OSK w tej sprawie. Odbieramy je jako nieodpowiedzialne i niezgodne z wolą i interesem osób, które brały udział w protestach Strajku Kobiet oraz tych, którzy działają w ramach Rady Konsultacyjnej OSK. Obowiązkiem WSZYSTKICH polityków jest nam zapewnić dostęp do lepszych warunków życia. […]

Fundusz Odbudowy jest bezprecedensową szansą na otrzymanie wsparcia, które może zmienić życie w Polsce na dekady. Nie każdego stać na odrzucenie pomocy, nawet za cenę godności i własnych przekonań”.

„Tak, jebiemy PiS, ale wolałabym, żeby ktoś nie jebał też mnie, w dodatku w moim własnym imieniu”

Po opublikowaniu postu przez OSK dziesiątki uczestniczek i uczestników październikowych protestów wyrazili swój sprzeciw w komentarzach pod nim. Ich komentarze były kasowane, a konta – blokowane przez profil OSK.

– Mam 22 lata, z aktywizmem mam do czynienia od prawie dziewięciu lat. Byłam na większości protestów kobiet. Dziś dostałam bana za napisanie prawdy na ich fanpage’u – mówi mi jedna z nich. Inni też nie kryją rozczarowania:

Już żadnej z nas nie zawstydzicie! Reportaż z polskich ulic

– Gdy miałam 18 lat, wyszłam z patologicznej rodziny tylko z plecakiem. Chodziłam czasem głodna i mieszkałam kilka miesięcy kątem u kogoś. Dzięki temu, że miałam obok siebie kilka pomocnych dłoni, teraz jest mi lepiej. Po co ktoś ma mieć tak samo ciężko jak ja? Nie chcę tego dla nikogo, bo wiem najlepiej, ile to kosztuje. I jakie potrafi wyrządzić szkody w człowieku. Byłam na strajkach samochodowych z mężem i małym synkiem. Rzucali we mnie petardami pod kościołem w Łodzi. Ban od OSK to jakbym w twarz dostała.

– Przez działania aktywistyczne mam wyrok oraz sprawę sądową w toku. I uważam, że aktualne działania Lempart i spółki to próba zbicia kapitału politycznego na naszej walce o prawa do aborcji.

Jestem nieuleczalnie chora na chorobę rzadką, potrzebuję badań i pilnego dostępu do lekarzy specjalistów, więc zależy mi na jak najszybszym postawieniu na nogi sektora medycznego. Zwyczajnie nie stać mnie na leczenie prywatne, a bez leczenia nie jestem w stanie funkcjonować. Tak samo jak miliony innych ludzi. Bez pieniędzy z Funduszu to krzyżyk na drogę.

U mnie w mieście jest bar, którego właściciel pod koniec roku popełnił samobójstwo. Zostawił rodzinę, nie był w stanie się utrzymać, wygrzebać z długów. Myślę o tym, mając przed oczami oskarżenia OSK o „bratanie się z oprawcą”, bo część opozycji chce zdobyć pieniądze dla poszkodowanych obywateli. Rzucanie się o to, że politycy chcą zdobyć pieniądze dla ludzi w obecnym kryzysie, jest absolutną głupotą, która w dodatku niszczy i dzieli ruch aborcyjny.

– Jestem studentem. Fundusz w przyszłości ułatwiłby mi pomoc mamie, głównie, jeśli chodzi o mieszkanie i ochronę zdrowia. Podczas pandemii starałem się dorabiać na magazynie. Niestety, z końcem umowy na zlecenie nie dostałem propozycji o przedłużenie – zwyczajnie dlatego, że zamówienia spadły o jakieś 80 proc. i nie mieli potrzeby trzymania tylu pracowników. Teraz mam wsparcie ze strony mamy i alimenty od ojca. Fundusz daje możliwość głównie młodym ludziom na zauważenie perspektyw w Polsce na życie. A to jest nam bardzo potrzebne.

– Mieszkam w Nowym Tomyślu. Jestem w wieku, w którym chciałabym zacząć się usamodzielniać. Póki co mnie na to nie stać. Dlatego czuję się zażenowana stanowiskiem OSK. Dla mnie strajki kobiet otworzyły drzwi do pewnej wspólnoty, której wcześniej mi brakowało. Tak, jebiemy PiS, ale wolałabym, żeby ktoś nie jebał też mnie, w dodatku w moim własnym imieniu.

– Byłam na prawie każdym proteście w Warszawie i dawno nie czułam się tak zawiedziona. Wreszcie jest na horyzoncie plan, który daje odrobinę nadziei po tej pandemii. Mamy stracić te pieniądze albo dostać za kilkanaście lat? Pieniądze, których potrzebujemy już? Bo może coś się uda ugrać? To jest po prostu nie do pomyślenia, że ktoś, kto dawał nam nadzieję w ciężkich chwilach, teraz skreśla szansę na lepsze życie.

Musiałam się wyprowadzić od rodziców, a jestem na studiach medycznych. Dorabiam, jak się tylko da – a to nieraz zaważyło na nauce. Nie ma szans na wprowadzenie się z powrotem, więc muszę jakoś iść do przodu. A chciałabym zrobić doktorat, a nie wybierać między pracą a marzeniami. Nie będę ukrywać: dla mnie mieszkania to duża nadzieja.

Sterczewski: Wybierałem między dyscypliną w KO a interesem społecznym. Wybrałem to drugie

– Pochodzę z małej miejscowości pod Wrocławiem, pracowałam w firmie odzieżowej. Niedawno zmieniłam pracę, bo nie byłam pewna, czy zaraz mnie nie zwolnią. Firma wszystkie swoje sklepy ma w zamkniętych galeriach. Teraz zacznę pracę w obsłudze klienta. Wierzę w to, że Fundusz Odbudowy mógłby mi pomoc w usamodzielnieniu się i wyprowadzce od rodziców. Myślę, że Fundusz mógłby przyczynić się też do zbudowania lepszej infrastruktury wokół Wrocławia i w samym mieście, np. w budowie linii tramwajowej do mojej miejscowości.

Brałam udział w każdym możliwym proteście. Teraz straciłam wiarę, że coś się w tym kraju zmieni. Jestem zmuszona stąd wyjechać, bo nie mam sił. Jestem wykończona psychicznie.

20 lat minęło, a świat wciąż nie widzi kobiet

– Od czarnego czwartku 2016 wspieram OSK – obecnością (na pierwszy protest poszłam w siódmym miesiącu ciąży), kasą, zaangażowaniem w mediach społecznościowych i w codziennym uświadamianiu bliskich i dalszych. I jest mi teraz cholernie przykro, czuję, że moja energia została wykorzystana, a teraz garstka osób, która przejęła oddolną inicjatywę i która nawet nie zdaje sobie sprawy z własnego uprzywilejowania, rości sobie prawo do wypowiadania się w moim imieniu.

Mieszkam w małej miejscowości, 10 tysięcy mieszkańców. W tej chwili nie pracuję zawodowo, zajmuję się dziećmi i jestem w trakcie zmiany branży. Właśnie skorzystałam ze szkolenia finansowanego przez UE, na które nie byłoby mnie normalnie stać w tym momencie. W naszej miejscowości powstał żłobek, do którego wkrótce pójdzie mój syn. Dzięki projektowi unijnemu pobyt każdego dziecka jest dofinansowywany. To jest realna pomoc, którą aktualnie otrzymujemy. Nie wyobrażam sobie, żeby miało i jej zabraknąć tylko dlatego, że ***** ***. Jasne, że ***** ale nie każdego na to stać w taki sposób, w jaki przedstawiają to OSK czy KO.

– Mieszkam w Wągrowcu, w mniejszym mieście pod Poznaniem. Jestem tegoroczną maturzystką i dorabiam w gastronomii. Od października będę musiała wynajmować mieszkanie, żeby mieć możliwość podjęcia studiów w Poznaniu. O kupnie, niestety, nie ma mowy, bo ceny mieszkań są z kosmosu. Kredytu również nie dostanę bez stabilnego zatrudnienia. Dla mnie te mieszkania byłyby szansą na dobre warunki do życia i możliwość opuszczenia domu rodzinnego. Po udziale w protestach i ogromnym wsparciu dla OSK czuję teraz złość i rozczarowanie…

– Mieszkam w Krakowie, ale pochodzę z małej miejscowości na Podkarpaciu – moje środowisko tam jest bardzo prawicowe i katolickie. Wyłamując się ze swoim aktywizmem, dosłownie naraziłam się na ostracyzm. Kontakty z rodziną są teraz słabe, bo nie podoba im się to, co robię.

Organizowałam dwa strajki w Krakowie. Na jednym z nich było nas 10 tysięcy! I to ja zorganizowałam. Ja, zwykła dziewczyna z Podkarpacia.

Po czym dostałam od OSK bana, bo zapytałam, czy opublikowane stanowisko jest stanowiskiem całego OSK, czy było przedyskutowane z liderkami OSK w innych miejscowościach, czy to tylko stanowisko Warszawy.

To MY tworzymy strajk, to MY się wspieramy. Ale to też MY organizujemy te wydarzenia, to nie tylko Marta Lempart i Klementyna Suchanow.

Alkoholizmu nie leczy się głodem

Wszystkie powyższe wypowiedzi to słowa osób, z którymi rozmawiałam w ostatnich dniach. Szkoda, że dla większości liberalnych polityków to zupełnie obca perspektywa, a wysłuchanie głosu obywatelek zdaje się ponad ich siły. Klaudia Jachira, polityczka aktywna podczas październikowych protestów, w dniu głosowania nad Funduszem Odbudowy napisała na Facebooku:

„Takie mnie naszły refleksje przed dzisiejszym głosowaniem w sprawie Funduszu Odbudowy:

W rodzinie jest przemoc, jednak to ojciec pobiera zasiłki z MOPS-u. Na nic są prośby matki, że potem on przepija te pieniądze z kolegami, że brakuje na uczące się dzieci, na remont domu i że ona nie ma czasami co do garnka włożyć.

Czy powinno się dalej wspierać tę rodzinę, czy może trzeba wstrzymać pożyczki i dotacje?”.

Wcześniej Klaudia Jachira dziwiła się, że Lewica walczy o lepszą ochronę zdrowia, kiedy można wykupić sobie prywatne ubezpieczenie zdrowotne za kilkadziesiąt złotych miesięcznie…

Mieszkania, ochrona zdrowia i inne przeżytki z PRL-u. Elementarz dla obrońców konstytucji

Czyżby KO chciała zrezygnować z zasiłków? Zasiłki pozwalają ludziom w trudnej sytuacji przeżyć. Dzięki nim mają co jeść i jak zapłacić czynsz. W wielu sytuacjach wciąż są za niskie. I naprawdę, wie o tym każda osoba, która kiedykolwiek wychyliła nos poza warszafkę i rozmawiała z ludźmi, którzy je pobierają – zamiast robić z nich przemocowców i alkoholików.

Gdy w rodzinie jest przemoc, trzeba reagować i wzmocnić system wsparcia dla osób po przemocy, a nie odebrać zasiłki. Gdy w rodzinie jest problem z uzależnieniem, trzeba reagować i wzmocnić system wsparcia dla osób w uzależnieniu, a nie odebrać zasiłki. I to są obowiązki polityczki, a nie szczucie na ludzi i stygmatyzowanie ich, bo zasiłki pobierają.

Alkoholizmu nie leczy się głodem. Z przemocą w rodzinie nie walczy się przez wyrzucenie rodziny na bruk.

Myślałam, że oczernianie ludzi, bo pobierają 500+, skończyło się kilka lat temu. Że jesteśmy już dalej i nie robimy z niezamożnych osób roszczeniowych alkoholików i przemocowców. Ani alkoholizm, ani przemoc nie dotyczą tylko osób niezamożnych. Co więcej, alkohol nie jest źródłem przemocy – może być jej wyzwalaczem. Wśród osób, które zwracają się o pomoc do Niebieskiej Linii, zaledwie 30–40 proc. zgłasza, że poza przemocą także alkohol jest problemem w ich rodzinie.

Koniec hegemonii 500 plus. Raport z badań

A 500+ sprawiło, że kobiety były w stanie uwolnić się od przemocowych partnerów. I to jest jego realne znaczenie. Można je dostrzec, gdy odrzucimy pogardę wobec osób z niższych klas społecznych, która zaślepia i nie pozwala widzieć ludzi i problemów, tylko polityczną grę.

Kobiety to nie tylko panie z Warszawy, które toczą prywatną wojenkę i mają dostęp do prywatnej ochrony zdrowia. Kobiety to także panie z Wągrowca, które potrzebują publicznej ochrony zdrowia i niższych czynszów. I jest ich większość.

Różnica między klasą polityczną a obywatelami

Znacznie bardziej empatyczną strategię argumentacji niż Jachira obrały przedstawicielki OSK w rozmowie z „Gazetą Wyborczą”. Marta Lempart mówiła w niej:

„Na rozmowy poszło trzech tenorów, pytanie, co mieli do powiedzenia zwykli członkowie Lewicy?

To jest pytanie do członków Lewicy.

Natomiast co do partyjnego establishmentu, to myślę, że jeśli ktoś nie jest w takiej sytuacji jak my, kiedy osobiście płaci cenę za bycie opozycją, kiedy od tej pisowskiej władzy nigdy porządnie nie oberwał, przez swój opór nie stracił pracy, nie jest ciągany po sądach i nie ma ogólnie dziś w życiu przerąbane, to może nie rozumieć, że to są gangsterzy. Dopuszczam myśl, że oni naprawdę nie widzą w tej władzy przestępców.

Nasze racje traktują tylko jako pewną retorykę, bo faktyczne zderzenie z władzą i faktyczne czy prawne konsekwencje tego zderzenia nie są w żadnym przypadku osobistym doświadczeniem kogokolwiek z nich. I to jest ta różnica między klasą polityczną a obywatelami”.

Lempart rysuje tu wizję dokładnie przeciwną niż to, co zarzucali jej moi rozmówcy i rozmówczynie. Mówili, że to ona wraz z innymi osobami decyzyjnymi staje po stronie uprzywilejowanych. A według Lempart to ona jest po stronie nieuprzywilejowanych obywateli – naprzeciwko uprzywilejowanej klasy politycznej.

I to jest prawda – politycy mają więcej władzy i często ponoszą mniej konsekwencji protestowania. Jest z klasą polityczną w Polsce problem – bywa zupełnie odizolowana od realnych problemów społecznych. I dobrze, że ten temat się pojawił. Ale to nie oznacza, że w obrębie samego ruchu obywatelskiego nie ma podziałów, a wszyscy mamy równe potrzeby i pozycję. Już sam fakt, że wywiad jest robiony z Martą Lempart, a nie z działaczką OSK z Wągrowca, pokazuje, że nierówności w samym ruchu istnieją. Kreślenie wizji, że ruch jest jednopoziomowy i nie ma hierarchii czy relacji władzy, jest po prostu nieprawdziwe.

I paradoksem jest, że Lempart wytyka wybranemu demokratycznie zarządowi Lewicy, że podjął decyzję dotyczącą Funduszu Odbudowy bez wysłuchania członków. A czy ultimatum postawione Lewicy przez samoczynnie wyłonione twarze ruchu było dyskutowane z ruchem? Z każdą uczestniczką? Albo choćby z Radą Konsultacyjną?

Po reakcji Zespołu ds. Praw Pracowniczych wiemy dobrze, że nie. I tu pojawia się kolejny problem.

Kto będzie walczyć o tańsze mieszkania?

Przez całe lata uznawałam wyrazisty podział na rzeczy poważne i niepoważne. W obliczu autorytarnej władzy poważne są dążenia demokratyczne, niepoważna zaś walka o prawa lokatorek i pracownic. Prześladowania polityczne dotyczą działaczek na rzecz demokracji, natomiast represje i przemoc wobec kobiet w ich miejscach pracy mają być ich sprawą prywatną. Wierzyłam, że najpierw wywalczona zostanie wolność dla całego społeczeństwa, a potem wspólnie i spokojnie zajmiemy się polepszeniem kondycji pracownic i lokatorek.

Hongkong w Warszawie, bonanza na giełdzie. Dlaczego mieszkamy w ciasnych klitkach

Brzmi znajomo? To lekko zmienione słowa Marii Janion z Kongresu Kobiet z 2009 roku, gdy opowiadała o tym, jak pod przykrywką niepodległości odbierano prawa kobietom[1].

To działa tak: „Bronimy demokracji! Obrona demokracji jest ważniejsza niż wasze, niezamożnych kobiet, potrzeby. My tu robimy ważne rzeczy, politykę prowadzimy, dążymy do usunięcia PiS-u od władzy. A wasze mieszkania? Wypłaty? To potem. Potem, najpierw musimy obalić PiS”.

A zatem rządów bez PiS-u dożyją tylko najbogatsi.

Wielkie idee okazują się ważniejsze niż realne warunki życia. Tyle że wielkie idee mogą angażować ludzi, gdy ci są najedzeni, wyspani i mają, gdzie mieszkać. Ale gdy tego nie mają – ważniejsze jest znalezienie miejsca do mieszkania czy nakarmienie dzieci.

Czy domaganie się tańszych mieszkań to atak na prawa kobiet?

Fakt, że mamy różne perspektywy, nie jest niczym złym. To zupełnie normalne, nie trzeba się tego wstydzić ani ukrywać. Natomiast robienie z uprzywilejowanej perspektywy tej uniwersalnej jest już bardzo problematyczne – sprawia, że osoby, które mają czas, możliwości i dostęp do mediów, wyznaczają potrzeby całej reszty. A potrzebą tych osób nie jest mieszkanie – bo je mają. I gdy to one uniwersalizują swoją pozycję – a jest to pozycja uprzywilejowanej mniejszości – to wykluczają doświadczenia i pozycję milionów kobiet, które potrzebują tanich mieszkań i wyższych płac nie po obaleniu PiS-u, tylko teraz. Kobiet, których w Polsce jest większość.

Czy mieszkania mogą być tańsze? [rozmowa z Joanną Erbel]

Czy domaganie się tańszych mieszkań to atak na prawa kobiet? Wręcz przeciwnie. To kobiety mieszkające z oprawcami potrzebują mieszkań, by od nich uciec. To kobiety w kryzysie bezdomności potrzebują mieszkań. To kobiety imigrantki potrzebują mieszkań. To kobiety, które robią aborcję, potrzebują mieszkań, by móc ją spokojnie zrobić bez tłumaczenia się rodzicom z pokoju obok czy rodzeństwu z tego samego pokoju.

Domaganie się tańszych mieszkań to element walki o prawa kobiet. Bo ta walka to nie tylko walka o prawa uprzywilejowanych kobiet – które posiadają własne mieszkania – ale wszystkich kobiet.

I nie ma też co ukrywać, że wiele interesów kobiet po prostu się wyklucza. Właścicielka mieszkania na wynajem i wynajmująca nie mają takich samych priorytetów. Właścicielka korporacji i pracownica też nie. A nawet przemocowa akademiczka i studentka, która jest ofiarą przemocy. Nie tylko mają inne interesy – ale często postulaty jednej grupy uderzają w drugą. Obniżenie wynagrodzeń, które zapewni większe zyski właścicielce firmy, dla pracownicy może oznaczać brak możliwości opłacenia żłobka. Podwyższenie kwoty za wynajem, które opłaca się właścicielce mieszkania, dla lokatorki może oznaczać bezdomność. Strajk, który opłaca się pracownicom i pozwala im walczyć o swoje potrzeby, dla właścicielki firmy jest sytuacją kryzysową. I tak dalej.

Kobiety po prostu nie mają wspólnych interesów w absolutnie każdej sprawie. Mamy inne perspektywy i inne priorytety.

Zakończenie władzy PiS-u to ważny postulat. Ale większość kobiet ponosi konsekwencje decyzji politycznych PiS-u w realnym życiu, podobnie jak wcześniej ponosiło konsekwencje rządów PO, które uelastyczniło pracę, zalegalizowało eksmisje na bruk czy napędzało mafię reprywatyzacyjną. Dla tych kobiet nazwiska u władzy z dalekiej Warszawy mają mniejsze znaczenie – po 1989 roku żadna władza nie stała po ich stronie. W codziennym życiu liczy się to, żeby zapłacić za wynajem, zrobić zakupy i mieć chwilę wolnego po pracy. I nie ma w tym nic egoistycznego. To niedostrzeganie tych potrzeb większości społeczeństwa – także większości kobiet – jest egoistyczne i krótkowzroczne.

Feminizm socjalny, a nie liberalny

Cała ta sytuacja przypomniała kilka niezwykle istotnych zarówno dla ruchów społecznych, jak i dla demokracji pytań: czym jest ruch społeczny? Co może? Jak formują się w nim hierarchie i relacje władzy? Kto w nim decyduje? Czy dotyczy wyłącznie kwestii aborcji, czy także innych spraw?

W dyskusji wokół Funduszu Odbudowy wyłoniły się dwa stanowiska, związane z dwoma nurtami feminizmu: liberalnym i socjalnym. W pierwszym priorytetem jest obalenie PiS-u, a w socjalnym – codzienne potrzeby niezamożnych kobiet. Nie zawsze te dwa priorytety są tym samym, często się rozjeżdżają. Wybór jednego z nich to także wybór akcentów i kierunku, w którym pójdziemy.

I takie postawienie sprawy jest uczciwe – trzeba wybrać. Tu chodzi o wybór, wielokrotnie słyszałyśmy to na protestach. Czas wybrać kierunek liberalny lub socjalny. Inaczej pod pozorami uniwersalizmu przemyca się interesy tej grupy, która ma władzę.

Ja także jestem częścią strajków kobiet – i staję po stronie feminizmu socjalnego, Zespołu ds. Praw Pracowniczych i większego udziału perspektywy niezamożnych kobiet spoza Warszawy w procesie decyzyjnym OSK. Ale jeśli „wygra” kierunek liberalny, to kobiety uczciwie będą wiedziały, że w kwestiach pracowniczych czy lokatorskich OSK ich po prostu nie reprezentuje. To nie znaczy, że w kwestii aborcji lub innych nie mogą działać razem. Ale w sprawach socjalnych ich interesy są inne. I do walki o nie potrzeba będzie pewnie innego ruchu.

Mam nadzieję, że to nie będzie konieczne, bo większość kobiet w Polsce potrzebuje co najmniej równie mocno jak obalenia PiS-u – tańszych mieszkań i dostępu do ochrony zdrowia. A w OSK jest mnóstwo osób, które doskonale to rozumieją, bo odczuwają to codziennie na własnej skórze.

[1]Maria Janion mówiła w 2009 roku: „Przez całe lata uznawałam wyrazisty podział na rzeczy poważne i niepoważne. W obliczu zniewolenia poważne są dążenia niepodległościowe, niepoważna zaś walka o prawa kobiet. Prześladowania polityczne dotyczą działaczy niepodległościowych, natomiast represje i przemoc wobec kobiet mają być ich sprawą prywatną. Wierzyłam, że najpierw wywalczona zostanie wolność dla całego społeczeństwa, a potem wspólnie i spokojnie zajmiemy się polepszeniem kondycji kobiet”.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Maja Staśko
Maja Staśko
Dziennikarka, aktywistka
Dziennikarka, scenarzystka, aktywistka. Współautorka książki "Gwałt to przecież komplement. Czym jest kultura gwałtu?". Na co dzień wspiera osoby po doświadczeniu przemocy.
Zamknij