Miasto

Polacy lubią mieszkać „na swoim”

za-zelazna-brama-mural

Prywatyzacja mieszkań spółdzielczych w latach 90. uczyniła z Polaków społeczeństwo właścicieli. Z dr. Mikołajem Lewickim, socjologiem badającym klasę średnią, rozmawia Michał Sutowski.

Michał Sutowski: Badasz mieszkaniowe nawyki polskiej klasy średniej. Czy reprywatyzacja stanowi dla niej temat jakkolwiek interesujący? Stosunkowo niewielu Polaków miałoby co odzyskiwać; zdecydowanie więcej może zostać „odzyskanych”. Czy w ogóle własność – nabyta, utracona, wypracowana – organizuje myślenie naszych mieszczan?

Mikołaj Lewicki: Należałoby chyba zacząć od tego, że w Polsce – podobnie jak w pozostałej części bloku wschodniego – własność prywatna jest dominującą formą zamieszkiwania. Połowę tego stanowią mieszkania w blokach, przede wszystkim dawne mieszkania spółdzielcze wybudowane w okresie PRL, a reszta to różne formy wolno stojące: domki jedno- czy dwurodzinne albo szeregowce. I na tle całej struktury własności jeszcze w 2012 roku mieszkania obciążone hipoteką stanowiły relatywnie niewielki procent.

Czy to znaczy, że Polacy generalnie mieszkają „na swoim”?

Prywatyzacja mieszkań w latach 90. uczyniła z Polaków społeczeństwo właścicieli w sensie strukturalnym. Mieszkanie jest dla nich przede wszystkim domem, traktują je jako ostoję bezpieczeństwa i projektu dobrego życia. W pewnym momencie zorientują się jednak, że wraz z tymi mieszkaniami posiadają aktywa, że mają w nim zamrożony kapitał – i jego znaczenie będzie rosło. Przede wszystkim dlatego, że oczekiwane dzisiaj dochody z pracy są coraz bardziej niestabilne, a innych źródeł kapitału na horyzoncie nie widać. Tymczasem wartość większości sprywatyzowanych mieszkań będzie w mniejszym lub większym stopniu rosła, a jednocześnie będzie też rosła pokusa użycia tego kapitału – banki się o to zatroszczą.

To znaczy?

Zapewne niedługo pojawi się na rynku oferta hipotek już nie na zakup mieszkania czy inne cele budowlane, lecz na konsumpcję. To będzie tani i stosunkowo dostępny kredyt, który będzie służył – tak jak np. w USA – finansowaniu edukacji młodych albo zebraniu środków na rozkręcenie biznesu. Takiego kredytu nie bierze się już na 90 procent wartości mieszkania tylko bliżej 10–20 procent – bo to jedyny wiarygodny kapitał dla banku. Między innymi z tego względu własność miejsca zamieszkania w coraz większym stopniu będzie konstytutywnym elementem statusu członka klasy średniej.

A czy już nie jest? Posiadanie mieszkania, choćby niewielkiej wartości rynkowej, przy obecnym poziomie płac „robi różnicę”, jeśli chodzi o poziom życia.

No właśnie. Odziedziczoną po latach 90. strukturę własności zestawiłbym z faktem, że to „mieszkanie na swoim” łączy się z ogromnym przeludnieniem mieszkań i po prostu ciasnotą. Problemy te dotyczą najbardziej nie tych, którzy mieszkają w dużych miastach, lecz ludzi z ośrodków średnich i mniejszych. Ci, którzy w tych własnościowych mieszkaniach żyją np. z rodzicami, mają małe szanse na samodzielną własność – będą migrować do dużych miast. W dużym mieście z kolei drogi są dwie: albo własność, czyli najczęściej kredyt hipoteczny, albo wynajem. I w tym drugim przypadku obciążenie budżetu domowego jest rzeczywiście duże.

I jak sobie z tym radzimy? Bierzemy kredyt za wszelką cenę? Bo własność mieszkania to opcja domyślna?

Tak. Fala prywatyzacji mieszkań spółdzielczych z lat 90. nie była tylko jednorazowym ruchem tektonicznym – własność, tzn. „mieszkanie na swoim” będzie odtąd dominującym elementem aspiracji kolejnych pokoleń.

 A jak ma się ta prywatyzacja mieszkań spółdzielczych z okresu PRL do reprywatyzacji mienia przez PRL znacjonalizowanego? Z kim solidaryzować się będą beneficjenci tej masowej prywatyzacji z lat 90.? Z dawnymi właścicielami czy dzisiejszymi mieszkańcami? A ci z kredytami hipotecznymi?

Wszystko zależy od tego, jak ci ludzie będą swą własność przeżywać. Moim zdaniem ich doświadczenie własności będzie odczuwane albo w kategoriach „ojcowizny”, albo „mojego, ciężko zapracowanego”. Jeśli moje mieszkanie czy dom to „ojcowizna”, to nikt nie ma prawa tego dotknąć, a ja muszę dbać o utrzymanie własności za wszelką cenę. Myślę, że bardzo szybko zapomniane przez dzieci zostaną informacje i przekazy o tym, że mieszkanie rodziców zostało sprywatyzowane. Sądzę wręcz, że niewielu pamięta, że mieszkanie nie zawsze było „nasze”, a tytuł do niego trzymało w gruncie rzeczy państwo. Wynika to w dużej mierze z faktu, że bardzo wiele (choć nie umiem podać dokładnych danych) z mieszkań komunalnych oraz zakładowych już w czasach PRL-u było dziedziczonych (poprzez tytuł do zajmowania). Sytuacje utraty mieszkania, które formalnie nie były prywatne, zdarzały się chyba relatywnie rzadko. Warto zwrócić uwagę, że ta masowa prywatyzacja nie była w biografiach rodzinnych zdarzeniem wyjątkowym, zaskakującym. Nie sądzę też, żeby „sprywatyzowani” mieli jakoś szczególnie głęboko osadzone poczucie świętego prawa własności – a zatem – identyfikowali się z roszczeniami byłych właścicieli do swych nieruchomości. Z drugiej strony, jeśli uznaję swoje mieszkanie za „ciężko wypracowane własnymi rękami”, to nie czuję solidarności z tymi, którzy swoje mieszkania tracą – dopóki nie pojawi się moje własne doświadczenie jego utraty, np. przez zadłużenie i destabilizację życia zawodowego.

A to nam grozi na większą skalę?

Jak dotąd wśród klasy średniej to doświadczenie nie jest bardzo częste i raczej nie będzie w przewidywalnej przyszłości. Na pewno nie na skalę porównywalną choćby z Węgrami, gdzie własność mieszkań i domów ma inną strukturę, gdzie proporcjonalnie jest dużo więcej hipotek i zadłużonych mieszkań, a do tego obciążenie budżetów domowych wydatkami na mieszkanie jest dużo większe. U węgierskiej klasy średniej doświadczenie utraty mieszkania a przynajmniej niepewności w tej kwestii jest dość upowszechnione.

U nas są frankowicze.

Tak, ale choć to grupa liczna, widoczna, a nawet zorganizowana, ich problemy nie stanowią formującego doświadczenia klasy średniej (mimo że często tak jest to przedstawiane przez dziennikarzy, którzy niejednokrotnie sami mają frankowy kredyt). Na pewno zaś nie do tego stopnia, aby mogła się ona solidaryzować z tymi, którzy mieszkanie tracą w wyniku przemian własności, spirali zadłużenia czy wystąpienia innych ryzyk. Dlatego byłbym sceptyczny co do możliwości jakiegoś „sojuszu wykwaterowywanych”, tzn. klasy średniej z lokatorami „czyszczonymi” z kamienic.

A z „dekretowiczami”? Czyli tymi, którzy starają się odzyskać majątek rodzinny sprzed wojny?

Sprawa jest o tyle skomplikowana, że nie wiadomo dokładnie, jaki jest status Warszawy i „warszawskich” problemów – takich jak dekret Bieruta i jego konsekwencje – w życiu ogólnopolskiej klasy średniej. Nasuwa się oczywiście myśl, że Warszawa to przecież obiekt aspiracji tej klasy, a skoro tak, to problem reprywatyzacji powinien być częścią jej świata. Ale może wcale nie jest? Moje doświadczenie mówi, że to raczej sprawa lokalna, sprawa tych, którzy tutaj się wychowali bądź mieszkają i których znajomi, tzn. ich rodziny mieli przed wojną jakąś własność i chcą ją odzyskać, względnie grozi im przeprowadzka w wyniku przejęcia kamienicy przez spadkobiercę dawnego właściciela i podwyżki czynszu.

Ale przecież tzw. dekret Bieruta, choć dotyczy Warszawy, jest w mediach obecny jako pars pro toto całej reprywatyzacji – może obok dworków, które przejął kiedyś lokalny PGR, a potem rozkradli je lokalni chłopi na opał. Dekret Bieruta jest w „Wiadomościach”, a rozszabrowany przez chłopów dworek w magazynach lifestyle’owych…

Sądzę jednak, że problem reprywatyzacji i odzyskiwania własności poza Warszawą widziany jest inaczej. I nie bez powodu. Jeśli chodzi o podupadłe dworki, mogę przywołać anegdotę. Rozmawiałem kiedyś z profesorem Jackiem Kochanowiczem o współczesnym Pomorzu Środkowym. Opowiadał mi, jak podróżował po terenie, gdzie jest mnóstwo pięknych niegdyś pałaców, ale są położone zbyt daleko od morza, żeby inwestorzy z branży turystycznej zajęli się ich restauracją. W związku z tym niszczeją. Wyraziłem zatroskanie, na co on pyta: „Ale o co panu chodzi? Przecież to społeczeństwo już nie istnieje! Nie ma już struktury społeczno-gospodarczej, w którą taka własność była wpisana. Nie ma i już nie będzie”. To w pewnym sensie naturalny proces – nawet i bez komuny większość tych majątków by niszczała, bo i z czego ci szlachcice by je utrzymali?

Zostaliby zamożnymi przemysłowcami i utrzymali dworki w roli dekoracji – na chwałę rodu?

Na pewno nie na dotychczasową skalę, poza tym zbyt wiele dworów było w posiadaniu Prusaków, Austriaków czy Czechów. Ale dystans do problemu „niszczejących dworków” to tylko jedna strona medalu. Nie jest bowiem tak, żeby problem zwrotu własności – poza bezpośrednimi zainteresowanymi – w ogóle w świadomości nie istniał. I tu inna historia – moim zdaniem symptomatyczna. Pewien działacz społeczny z Szydłowca, kilkunastotysięcznego miasteczka na południu województwa mazowieckiego, opowiadał mi o spotkaniach dla mieszkańców poświęconych historii miasta, na początku lat 2000. Na jedno z tych spotkań – o szydłowieckich Żydach – przyszło mnóstwo ludzi, dużo więcej niż zwykle.

Czego chcieli się dowiedzieć?

Byli ciekawi, może nawet trochę się bali: czy przyjdą Żydzi, to znaczy spadkobiercy dawnych właścicieli nieruchomości? Czy przyjadą „po swoje”? Takiej własności, której status historyczny jest niepewny, jest dużo więcej. To nie tylko Warszawa i jej kamienice czy skwery, ale też mnóstwo miejscowości w Mazowieckiem czy na ścianie wschodniej, generalnie w dawnej Kongresówce. To poczucie zagrożenia, że może ktoś przyjść i zabrać, nie jest zatem doświadczeniem wyłącznie warszawskim.

Takiej własności, której status historyczny jest niepewny, jest dużo więcej. To nie tylko Warszawa i jej kamienice czy skwery.

Ludzie naprawdę się boją, że jacyś obcy „przyjdą po swoje”?

Podobne opowieści pojawiają się także w relacjach mieszkających na terenach poniemieckich: każdy niemiecki turysta to potencjalnie dawny właściciel szukający swojej własności. Często się tam mówi o „Niemcach wykupujących ziemię”, choć z tego co wiem, ziemię jeśli już kupują, to raczej Holendrzy czy dzierżawią – Duńczycy. Cele są różne, ale wszędzie pojawia się wątek „wykupywania polskiej ziemi”.

A czy współczesne afery związane z dziką reprywatyzacją nie powinny wzmagać obaw, że nie jacyś obcy, ale raczej „swoi”, czyli dawni właściciele albo kancelarie prawne odbiorą ludziom podstawę ich bezpiecznej egzystencji?

O ile w Warszawie ten lęk może być bardzo uzasadniony i realny, to w innych miastach – raczej ani go nie ma, ani nie jest uzasadniony. W Warszawie – owszem, przy czym pamiętajmy, że lękać się należy nie tyle prawowitych właścicieli, ile posiadaczy tytułów do roszczeń. Zbyt często umyka nam z pola widzenia fakt, że chodzi tu o procesy świetnie zinstytucjonalizowane. „Dzika reprywatyzacja” tak naprawdę już dawno nie jest „dzika”, ale w pełni sprofesjonalizowana od strony „roszczeń”. Dzikie są i pozostają raczej eksmisje oraz czyszczenie kamienic. Działacze lokatorscy zdają się coraz lepiej rozumieć, że potrzebny im jest sojusz…

…ale właściwie z kim?

Po pierwsze z tymi, którzy sami własności nie mają i – jak można przypuszczać – raczej jej nie będą mieli, bo nie będzie ich stać na mieszkanie obciążone kredytem, a po drugie z tymi, którym na drodze do upragnionej, prywatnej własności „powinęła się noga”. Lęk przed prawowitym właścicielem ma to samo źródło, co lęk przed utratą mieszkania, gdy się nie spłaca kredytu albo brakuje pieniędzy na pokrycie horrendalnych opłat za wynajem. Tym źródłem jest konkretna polityka mieszkaniowa państwa oraz samorządów.

Mówimy tu o obawie przed utratą czegoś, co mamy czy wynajmujemy. A na ile silna jest nostalgia za realnym bądź wyimaginowanym stanem posiadania z przeszłości? Ewentualnie, na ile klasa średnia sympatyzuje z taką nostalgią u potomków dawnych posiadaczy?

Z dyskursem byłych właścicieli, którzy mówią o dziedzictwie szlacheckim, w moim przekonaniu, polska klasa średnia nie może się utożsamić. Utożsamia się bowiem z doświadczeniem własności wypracowanej własnymi rękami, a jeśli mówi o własności dziedziczonej w rodzinie – to pamięć tego posiadania jest ograniczona, bo obejmuje tylko własne, osobiste doświadczenie (np. dom czy mieszkanie, w którym samemu się wychowało). Dalekie korzenie – dworek prapradziadka, ale też doświadczenie pracy na folwarku w przypadku chłopów – pozostają wyparte. Oczywiście, możemy twierdzić, że to, co wyparte, kiedyś wróci, niemniej – moim zdaniem – o wiele ważniejsze jest co innego, a mianowicie tożsamości i artykulacje interesów oraz wartości wokół konfliktów. To one pozwalają dostrzec związki między posortowanymi i raczej oddzielonymi od siebie w przestrzeni miejskiej grupami, takimi jak lokatorzy, właściciele mieszkań czy najemcy.

Czy to wszystko znaczy, że dla klasy średniej liczy się tylko to, co się pamięta samemu, ewentualnie, co opowiedzieli rodzice? A te kategorie: ziemiaństwo, chłopstwo, dawni właściciele, dawni wyzyskiwani – to tylko wymysły intelektualistów, historyków, filozofów, którzy zapamiętale debatują o reprodukcji historycznych tożsamości?

To jest pytanie, na które nie da się odpowiedzieć bez przeprowadzenia dogłębnych badań biograficznych. Co nieco jednak wiemy, choćby na podstawie analizy estetyki życia codziennego klasy średniej. O ile jeszcze w latach 90. dworek szlachecki czy arystokratyczność faktycznie były punktem odniesienia dla aspirujących mieszczan, o tyle dziś to chyba już przeszłość. Antropolog Mateusz Halawa w artykule In New Warsaw: Mortgage Credit and the Unfolding of Space and time opisywał ludzi wprowadzających się do nowych mieszkań: nowe mieszczaństwo wprowadza się do domów, gdzie dominuje nowość, nowoczesność – nawet zimna, nieprzytulna…

Ikea albo meble designerskie, w zależności od dochodów, ale nie kilim, szable i ludwiki?

Zdecydowanie widać aspiracje do nowoczesności. Mam zagwozdkę, jeśli chodzi o powracających emigrantów – warto byłoby zbadać ludzi wracających z Zachodu i budujących się w Polsce. Czy wracają do korzeni, czy raczej imitują wzorce społeczeństwa, z którego przyjeżdżają? Podejrzewam, że raczej to drugie. Moja intuicja jest taka, że odwoływanie się do szlacheckiej symboliki w dyskursie reprywatyzacyjnym traci na znaczeniu, ważniejsze są argumenty na temat „prawa własności”.

A po której stronie stoi mieszczaństwo w sporach między spadkobiercami własności a dobrem publicznym? Kiedy np. zakon X domaga się od miasta zwrotu budynku Y, w którym akurat mieści się szkoła?

„Dzika reprywatyzacja” tak naprawdę już dawno nie jest „dzika”, ale w pełni sprofesjonalizowana od strony „roszczeń”.

Sądzę, że jeśli potraktować przedstawicieli kościoła katolickiego – episkopatu, zakonów itd., nawet tych „ubogich” – jako klasę wyższą w sensie Bourdieu, a więc klasę, która opiera się nie tyle lub nie tylko na kapitale ekonomicznym, ile przede wszystkim symbolicznym czy kulturowym, to będziemy mieli do czynienia z interesującym paradoksem. Otóż z perspektywy swych interesów materialnych klasa średnia  powinna być przeciw prywatyzacji zasobów publicznych – bo z nich korzysta. A jednocześnie ta klasa jest ewidentnie zdominowana przez klasę wyższą, a to za sprawą hegemonii dyskursu o katolicyzmie Polaków, historycznej roli kościoła katolickiego… Nie wiem zatem, czy mieszkańcy warszawskiej dzielnicy Wilanów – symbolu tzw. lemingów – głośno by obecnie protestowali przeciw oddaniu Pałacu Wilanowskiego w ręce jego spadkobierców. W tym sensie pokusiłbym się o hipotezę, że własność staje się coraz bardziej „święta” właśnie w sensie hegemonii znaczeń jej przypisywanych, a nie w sensie – legitymizacji interesów klasy średniej.

Czy można tu pokusić się o jakieś uogólnienie? Czy powszechność korzeni klasy średniej w PRL – w sensie pamięci rodzinnej, ale także źródeł obecnej własności – czyni większość Polaków sceptykami wobec pomysłów restytucji znacjonalizowanego mienia? A może odwrotnie? A może raczej te „wstydliwe” korzenie w PRL sprzyjać będą zaakceptowaniu jako obowiązującej narracji „dumnej” ze swych szlacheckich przodków?

Nie mam tu jednoznacznej odpowiedzi, chciałbym tylko zwrócić uwagę na jeden fakt. Analizy Henryka Słabka wskazują, że standard zamieszkiwania dla robotników i inteligentów różnił się w PRL na korzyść inteligentów. I choć robotnicy z czasem otrzymywali mieszkania o coraz lepszym standardzie, to i tak to inteligenci mieszkali lepiej. Jeśli zestawimy to z reprodukcją faktycznego prawa do zamieszkiwania w PRL, to okaże się, że Polacy są już przyzwyczajeni do posiadania mieszkania, ale i do różnic klasowych w mieszkalnictwie.

Czyli to dla nich normalne, że ktoś zamieszka w przejętej kamienicy czy odzyskanym dworku?

To nie oznacza bynajmniej, że narracja o szlachetczyźnie zdobędzie popularność. Przecież zamiast manii dworków szlacheckich, mamy obecnie manię budynków modernistycznych, tzn. nowych, nowoczesnych, z „niezapisaną kartą” – do oznaczenia. Zarazem plany i roszczenia do restytucji mienia przez klasę wyższą i jej bardziej lub mniej prawowitych przedstawicieli entuzjazmu klasy średniej nie wywołują, a nawet czasem antagonizmy. Wydaje mi się jednak, że klasa wyższa nie odda łatwo kontroli nad hegemonią „świętego” prawa własności.

Czy zatem w sytuacji, kiedy to własność – zwłaszcza miejsca zamieszkania – jest traktowana jako główna wartość i przedmiot aspiracji w Polsce, nie jesteśmy skazani na budowanie „społeczeństwa prywatnego”? Jakie czynniki mogłyby odmienić tę tendencję?

Niestety, na razie jesteśmy na nie skazani. To nie jest jednak równoznaczne z totalną i nieodwracalną prywatyzacją przestrzeni publicznej. Potwierdzają to badania studentów Instytutu Socjologii UW dotyczące procesów urbanizacyjnych na warszawskiej Białołęce. Chaos, który – skądinąd, jak pokazuje Joanna Kusiak – stał się już formą porządku, generuje punkty zapalne. Powstają one z niedostatków państwa i tego, co publiczne – parkingów, chodników, przychodni, parków, szkół… I właśnie wokół tych punktów zapalnych powstają identyfikacje mieszkańców. Można więc spodziewać się, że niedługo wystąpią też konflikty – nie tyle wokół reprywatyzacji, ile wokół niefunkcjonalności urbanizowanych przestrzeni, które odwrócą dotychczasowy trend. Pojawią się wówczas pytania o przestrzeń publiczną. Wówczas także uprawomocnią się pytania o te wartości, wedle których własność prywatna miałaby być święta.

Dr Mikołaj Lewicki – adiunkt w Zakładzie Psychologii Społecznej Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się teoriami modernizacji, teoriami dyskursu, socjologią ekonomiczną, ekonomią polityczną, antropologią gospodarki, teorią mediów i komunikacji. Kierownik projektu badawczego „Kultura i rozwój” prowadzonego przez ISZ w 2016 roku.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze archiwalne

  1. Nie ma co ukrywać, że mamy to zakorzenione: lęk przed tym, że nas ktoś skądś “wykurzy”. Jeszcze za dużo nieufności, żeby rynek wynajmu rozkwitł. Chociaż zobaczymy co wyjdzie z tego pisowego pomysłu. Moim zdaniem lepiej korzystać z ostatnich chwil niskich stóp procentowych i wybierać (np. tu https://hipoteki.net/) z szerokiej oferty, póki nie ma sytuacji, że i marże są wysokie i stopa WIBOR.

  2. W rzeczywistości jesteśmy upupieni totalnie, co można nazwać mieszkaniową pupokalipsą. Sytuacja wygląda następująco. We wszystkich biednych krajach postkomunistycznych po 1989 przestano budować mieszkania socjalne, komunalne (1000-2000 rocznie) i na wynajem. To z biedy jest tu inna struktura własnościowa niż na bogatym zachodzie. Tam na 70% wynajmu przypada 30% własności (Niemcy), u nas na 20% wynajmu 80% własności, a i te 20% jest obdłużone maksymalnie, co dotyczy 2 mln kredytów hipotecznych we wszlkich walutach, a więc 6-8 mln Polaków. Nie chodzi o to, że Polacy są kretynami lubiącymi własność na którą ich nie stać, ale że wynajem jest za drogi, biorą więc kredyty nad stan. Na biedowanie w Polsce trzeba bogacza. Wynajęcie biednej kawalerki w Wwie to 2500, w Poznaniu 1500, mało kogo stać na luksus takiego biedowania. Nędza to u nas luksus. To co logiczne u nas jest absurdalne. Każdy wie przecież, ze wynajmowanie się nie kalkuluje i ludzie rzucają się mając grosze w kredyty. Tak więc na koniec ludzie uciekają z kraju, albo gniotą się z rodzicami, albo wynajmują w 3-4 osoby mieszkania za 2500, gdzie każdy płaci po 600, taka komuna z konieczności. TBS to jest propagandowa pokazówa, gdzie buduje się 1-2 tys. i w dodatku są to mieszkania dla bogatych. Dla bogatych są też dopłaty do kredytu, bo trzeba mieć zdolność kredytową ok. 5 tys, pensji i wkład własny. Ergo. W krajach nędzy jak Bułgaria, Rumunia i Polska, spadła po 89 liczba budowanych mieszkań do tego stopnia, że np. u nas w 1997 r. osiągnęła poziom z 1953, kiedy wszystkie środki ze zniszczonego wojną kraju szły na industrializację. Kiedy komuna się rozkręciła, od Gomułki i w czasach Gierka budowano 200-300 tys. i tak było do samego upadku ustroju w 1989, nawet w kryzysie. Liczba ludnośc wzrosłą z 26 mln w 1945 do 38 mln w 1989 (obecnie spada). Podobnie z budową mieszkań było w kapitalizmie socjalnym na Zachodzie, gdzie dominował czynsz. Obecnie od lat buduje się 100-150 tys., bo tylko dla bogatych. Stąd emigracja młodych 25% segmentu wiekowego i stąd polska demografia w pigułce, to demografia w proszku. 1 dziecko na rodzinę, gdy za komuny dwójka. Nie ma kto płacić na NFZ, ZUS, w 1986 r. był ostatni wyż demograficzny, wkrótce, jak słusznie, chociaż przez przypadek orzekł kandydat na prezydenta Kononowicz – “nie będzie już niczego”. Definicja eksperta w Polsce: człowiek który mówi to, czego oczekują sponsorzy i reklamodawcy.