Kraj

Majmurek: Czy PiS zrobi rewolucję kulturalną?

Obiecywało oberki zamiast bezeceństw, ale pytanie, czy ma pomysły i zasoby, by naprawdę dokonać dużej zmiany.

Przejęcie władzy przez PiS budziło wielki niepokój w sferze kultury. Politycy tej partii, sympatyzujący z nimi publicyści i intelektualiści już długo przed wyborami nawoływali do zmiany modelu zaangażowania państwa w kulturę. Jak głosił program PiS z 2014 roku: „Kultura potrzebuje pomocy ze strony państwa i powinna je otrzymać, ponieważ samo państwo nie może przetrwać i rozwijać się bez kultury. Oczywiście, zakres tej pomocy musi iść w parze ze sferą tych wartości, które są promowane przez państwo”. Innymi słowy, wsparcie dla kultury w zamian za podporządkowanie się uznawanym przez rządzących „wartościom”. Dla reszty brak publicznego wsparcia i (tylko?) ekonomiczna cenzura.

Czy dojście PiS do władzy oznacza więc konserwatywną rewolucję kulturalną? I tak, i nie. Nie, bo jak się wydaje na podstawie historycznych doświadczeń, do rewolucji kulturalnej potrzeba rewolucyjnego momentu, rozprężenia starych instytucji i zdolnych ją przeprowadzić intelektualnych i artystycznych elit. Tych ostatnich PiS nie posiada; trudno byłoby wskazać Majakowskiego, Eisensteina, Tatlina czy nawet Łunaczarskiego kulturowej prawicy. Po zapaści okresu transformacji w Polsce wytworzył się gorzej lub lepiej działający system finansowania kultury, oparty na takich instytucjach jak PISF, Narodowy Instytut Audiowizualny, Instytut Książki. W środowisku nie ma rewolucyjnego nastroju.

Tak, bo choć PiS nie ma dziś na froncie kultury możliwości prowadzenia „wojny manewrowej”, to wyraźnie nastawia się na „wojnę pozycyjną” – budowanie szeregu instytucji, które mają mu pomóc utrwalać bliski partii przekaz ideologiczny, powtarzając wielki sukces Muzeum Powstania Warszawskiego. Rewolucja kulturalna PiS może więc nie być spektakularna i trwać lata – niemniej może być skuteczna.

Mazowsze kontra Pokłosie

Jak ma wyglądać? Wskazówek dostarcza wspomniany program PiS, który w dziedzinie kultury składa się – jak to często bywa w przypadku tej partii – z nic nieznaczących ideologicznych zaklęć, ekscentrycznych spiskowych obsesji i wcale niegłupich diagnoz.

Zacznijmy od tych ostatnich:

PiS słusznie zauważa rolę, jaką kultura powinna odgrywać poza wielkimi metropoliami.

Zwraca uwagę na konieczność działań państwa umożliwiających dostęp do kultury osobom na różne sposoby wykluczonym (ekonomicznie, geograficznie, społecznie). Rozumie znaczenie prowincjonalnych domów kultury, zakupów bibliotecznych czy cyfryzacji klasyki narodowej kultury. Niestety, za tymi sympatycznymi, choć czywistymi rozpoznaniami, idzie typowa dla partii Kaczyńskiego obsesyjna narracja. I tak dowiadujemy się, że kultura po roku 1989 stała się częścią swoistego postkomunistycznego kompleksu, na który składała się także „postkolonialna” postawa elit, wykazujących skłonność „do podporządkowywania się wpływom zewnętrznym również na poziomie tożsamościowym”. Elity te – zarówno postkomunistyczne, jak i część solidarnościowych – usunęły z programu nauczania kanon literatury i historii naszego kraju, a „preferencja dla twórczości godzącej w polskie wartości” miała być „wyraźna”:

Z pieniędzy podatników są finansowane różnego rodzaju pseudoartystyczne ekscesy, często obsceniczne albo też mające charakter profanacji. Przedsięwzięcia te w przeważającej większości przypadków nie mogą być traktowane jako sztuka, natomiast godzą w różnego rodzaju obyczajowe tabu, a także sferę traktowaną przez religię jako święta. Prowadzona jest też polityka zmierzająca do relatywizacji winy Niemców za największe zbrodnie II wojny światowej i obciążanie nimi Polaków. Najbardziej bulwersujące jest wsparcie z państwowej kasy filmu „Pokłosie […]. Przypadek ten jest ewenementem w skali światowej. Za pieniądze polskich podatników propaguje się kłamliwą wizję historii Polski. Brakuje natomiast pieniędzy na instytucje często bardzo mocno osadzone w obszarze kultury, jak […] zespoły „Mazowsze” i „Śląsk”.

Abstrahując już od faktu, że „ewenementem” w liberalnych demokracjach jest polemizowanie przez partię sprawującą władzę z kinowym filmem, sformułowane w tym fragmencie przeciwstawienie „pseudoartystycznych ekscesów” i zespołu Mazowsze musi wywołać uśmiech. „Oberki zamiast bezeceństw pseudosztuki” to program polityki kulturalnej, który nie wymaga karykatury, bo sam nią jest.

W programie PiS jest jednak coś więcej niż karykaturalna retoryka. Zapowiada on powołanie instytucji realizujących bliską mu wizję polityki historycznej: Muzeum Historii Polski, Muzeum Ziem Zachodnich, Muzeum Kresów, „która to placówka ma przedstawiać w nowoczesny sposób wspaniały dorobek kulturowy polskich kresów, a także bolesny proces ich niszczenia, w tym ludobójstwo na Polakach dokonane przez sowieckich komunistów oraz ukraińskich nacjonalistów”. Jeśli dodamy do tego wszystkiego obchody 1050. rocznicy „chrztu Polski”, to otrzymujemy krajobraz polityki kulturalnej nakierowanej na przeszłość, nie teraźniejszość czy przyszłość; na budowanie mitów wokół narodowej wspólnoty, nie jej krytyczną analizę; na politykę historyczną, której podmiotem są przede wszystkim naród i państwo, a celem podkreślanie ciągnącej się od czasów pierwszych Piastów kulturowej jedności i tożsamości. Nie jest to odległe od realizowanej przez Rosję Putina polityki historycznej kształtującej wizję „historii bez sprzeczności”.

Jednocześnie program PiS zapowiada przekazywanie publicznych środków prywatnym organizacjom walczącym z próbami rewizji takiej wizji historii. Z nazwy wymienia dwie – Instytut Obrony Dobrego Imienia Polski i Polaków oraz Redutę Dobrego Imienia – Polską Ligę Przeciwko Zniesławieniom. Obie istnieją naprawdę, wbrew pozorom ich nazw nie wymyślił satyryk. Ta ostatnia wsławiła się między innymi petycją skierowaną do byłej dyrektor PISF Agnieszki Odorowicz w sprawie filmu Ida, w którym „niezależnie od wartości artystycznej” miało dojść do „istotnych niedopowiedzeń, których nie da się uzasadnić względami artystycznymi”. Dlatego autorzy petycji domagali się od PISF, jako publicznego sponsora filmu, by wymusił na twórcach umieszczenie w czołówce filmu informacji o historycznym kontekście, poczynając od tego, że „Polska była pod okupacją niemiecką w latach 1939-1945”, a kończąc na tym, że „Instytut Yad Vashem najwięcej tytułów Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata przyznał Polakom”.

Kadry decydują o wszystkim

Z Ligą związany był Piotr Gliński, który jesienią objął w rządzie Beaty Szydło stanowisko wicepremiera ds. kultury. Profesor socjologii z PAN wydawał się z początku nie najgorszym wyborem na to stanowisko, „łagodnym wyrokiem” dla kultury. Szybko jednak narobił sobie złej prasy próbą cenzury spektaklu Eweliny Marciniak w Teatrze Polskim we Wrocławiu.

Każdy minister kultury z PiS musiałby się zmierzyć z naciskiem zaplecza partii, domagającym się zmiany zasad dostępu do publicznych środków, redystrybucji prestiżu i uznania. Gliński nie zamierzał się temu przeciwstawiać: od początku mówił, że inaczej podzieli tort, dopuszczając do głosu wcześniej marginalizowane środowiska. Szkopuł jednak w tym, że gdy przyszło do konkretów, kto ma do tego nowego podziału przystąpić, wyszło na jaw, jak bardzo prawicy brakuje kadr w kulturze.

Na pewno nie jest najgorzej z pisarzami (są nawet wybitni, jak Jarosław Marek Rymkiewicz) czy publicystami kulturalnymi (Andrzej Horubała), nie brakuje ciekawych historyków (Andrzej Nowak) i socjologów (Michał Łuczewski). W innych dziedzinach szeroko rozumianej kultury i humanistyki panuje jednak posucha. Wśród wielu utalentowanych krytyków filmowych z pokolenia trzydziestolatków jedynym liczącym się i związanym z prawą stroną jest publikujący w „wSieci” Łukasz Adamski – świetnie obeznany w amerykańskiej popkulturze, umiejący wznieść się ponad przesądy swojego środowiska. Ale jeśli doliczymy jeszcze Krzysztofa Kłopotowskiego, to prawicy kończy się ławka. W sztukach wizualnych jedynym istotnym głosem związanym z tamtą stroną jest Andrzej Szczerski, którego niedawno wydane Cztery nowoczesności są autentycznie interesującą próbą narracji odzyskującej nowoczesną sztukę dla konserwatywno-modernizacyjnego projektu.

Ale poza tym trudno szukać w ostatnich latach ważnych prawicowych książek o sztuce, wystaw, kuratorów czy artystów. Podobnie jest w teatrze.

Recenzje w prawicowych tygodnikach opinii publikują takie tuzy teatralnej krytyki jak Marta Kaczyńska i Piotr Zaremba. Ten ostatni, choć wzywa do usunięcia „hochsztaplerów” w rodzaju „Strzępki, Klaty, Kmiecika i Szczawińskiej”, jak sam przyznaje, do teatru specjalnie nie chodzi, a o tym, co się dzieje w Teatrze Starym w Krakowie, donosić ma mu… Jan Maria Rokita. Gdy Jan Klata proponował artystom prawicy, by tworzyli własne sztuki, na ich sposób mierzące się z tradycją w odpowiedzi na jej lewicowe trawestacje, krytyczka Wanda Zwinogrodzka (dziś w Ministerstwie Kultury) odpowiedziała mu, że „lewicowy wrzask paraliżuje zdolność artykulacji” i trzeba go wyciszyć, by kwitnąć mogła prawdziwa sztuka.

Dramatyczny brak kulturowych kadr PiS widać było właśnie w sporze o Teatr Stary w Krakowie. Pod listem do ministra Glińskiego, podpisanym przez wielu bliskich prawicy intelektualistów, trudno znaleźć choć jedną osobę aktywną w dzisiejszym teatrze. Ze środowiska krytykującego Klatę nie wyszła też żadna propozycja innego modelu sceny narodowej, żaden wiarygodny kontrkandydat. Plotki mówiły o Jerzym Zelniku, ale ten aktor – wybitnie zasłużony dla polskiego kina i sceny – dziś jest emerytem bez żadnego znaczenia we współczesnym teatrze, zajmującym się głównie recytowaniem patriotycznej poezji na spotkaniach Radia Maryja. Propozycja objęcia przez niego narodowej sceny nie mogła być traktowana poważnie.

Ten brak kadr widać było także na filmie przedstawiającym spotkanie Glińskiego z bliskimi PiS artystami, który Ministerstwo Kultury wrzuciło na swojego Facebooka. Minister dziękuje w nim artystom, którzy „pozostali wierni swoim wartościom”. Kogo tam widzimy? Poza Krzysztofem Koehlerem Jerzego Zelnika, Janusza Rewińskiego (ostatnio znanego głównie z reklam PZU i chałtur na konwencjach Andrzeja Dudy), Katarzynę Łaniewską (lepiej znaną jako Babcia Józia z Plebanii) oraz Roberta Mazurka – który w przeciwieństwie do większości prawicowych publicystów nie popełnił chyba nawet żadnej powieści.

Bardzo skromny ten salon odrzuconych. Czasem nawet się zastanawiam, czy minister Gliński i jego ekipa wiedzą, na jakich szanowanych w środowisku artystów o bliskich im poglądach – choć niekoniecznie angażujących się w partyjne konwencje – mogliby liczyć. Zdumiewa mnie, że PiS nie sięga po takie postaci jak Grzegorz Królikiewicz, reżyser światopoglądowo im bliski, a przy tym jeden najoryginalniejszych, najbardziej formalnie odważnych polskich filmowców, ceniony przez młode pokolenie reżyserów i krytyków. Albo Zbigniew Warpechowski – nestor polskiej sztuki performance, od lat piewca formuły „awangardy konserwatywnej”. Warpechowski, oddalony od centrów świata sztuki w prowincjonalnym Sandomierzu, ostatnią wystawą w Zachęcie ciągle udowadnia swoje znaczenie.

To tacy twórcy – choć niekoniecznie rozpoznawani przez przeciętnego czytelnika mediów braci Karnowskich czy słuchaczkę Radia Maryja – mogliby wnieść do projektu PiS jakiś kulturowy kapitał.

Na pewno większy niż satyryk i aktor, który ostatnie chwile świetności przeżywał, gdy hitem w kinach było Kilerów dwóch.

Najważniejsza ze sztuk

Gliński najsilniej z dotychczasowych ministrów interweniował w zeszłym roku w skład komisji eksperckich w PISF, dopisując bliskich sobie liderów komisji. Tylko że jego wybory znów pokazały krótką ławkę zaplecza PiS. W jednej z komisji w kategorii „produkcja filmowa” osadzony został Alessandro Leone, reżyser powszechnie wyśmianej przez krytyków Bitwy pod Wiedniem, w której Jan III Sobieski ratuje chrześcijańską Europę przed Turkami przy pomocy mnicha-proroka i wilkołaka. A wszystko to okraszone efektami specjalnymi rodem z telewizji lat 80.

W kategorii film dokumentalny, obok trzech niewątpliwych środowiskowych autorytetów (Wojciecha Staronia, Jacka Bławuta i Marcela Łozińskiego), na życzenie ministra znaleźli się Anna Dłużewska, Anna Ferens i Andrzej Wyrozębski. Ten ostatni do tej pory działał jako operator, jako reżyser podpisał tylko dwa filmy, jeden o wołyńskiej brygadzie AK, drugi zatytułowany Pień katyński. Ferens jako współtwórczyni Trzech kumpli pokazała, że ma warsztat, ale ostatnio zasłynęła głównie filmami o Smoleńsku. Podobnie jak Dłużewska, która w ciągu ostatnich pięciu lat nakręciła ich cztery. Ostatni nosi tytuł Polacy i poświęcony jest… ekspertom komisji Macierewicza.

Co istotne, nawet takie ustawienie liderów komisji wcale nie odblokowało serii wcześniej sekowanych pomysłów „twórców niepokornych”. Szuflady z rzekomo wykluczonymi z mainstreamu twórcami wcale się nagle nie otworzyły. O ile do komisji Bławuta, Łozińskiego i Staronia zgłoszono po kilkanaście projektów, o tyle do Dłużewskiej dziewięć, do Ferens zaledwie pięć, a do Wyrozębskiego cztery.

Blockbuster narodowy

A przecież kino jest dla partii Jarosława Kaczyńskiego szczególnie istotne. Prawica marzy, by w miejsce Idy Polskę za granicą sławiły raczej filmy o „rotmistrzu Pileckim”. Odkąd PiS zdobył władzę, pojawiają się zapowiedzi wspierania przez państwo produkcji „wysokobudżetowych filmów w hollywoodzkim stylu”, które „przedstawią najnowszą historię Polski z naszej perspektywy” i „będą budować pozytywny obraz Polski w świecie”. Ponieważ samorządny charakter PISF utrudnia sterowanie środkami, władze zapowiadają powstanie specjalnego funduszu na ten cel. Co jest w sumie dobrą wiadomością. Raz, że będzie więcej pieniędzy na kino. Dwa, że dzięki temu funduszowi pokusa, by zmienić ustawę o kinematografii i całkowicie podporządkować PISF władzy PiS, będzie mniejsza.

Kilka historycznych filmów rocznie więcej, nawet o żołnierzach wyklętych, nie jest wysoką ceną za niezależność reszty kinematografii.

Pytanie tylko, czy promowanie kultury przez narodowe blockbustery ma sens. Moim zdaniem nie. Dobrze pokazuje to przypadek czeskiego filmu Ciemnoniebieski świat (2001). W wywiadzie z Tadeuszem Sobolewskim odpowiedzialny w Ministerstwie Kultury za kino Jarosław Sellin podaje go jako wzór upragnionego przez nową władzę kina. Obraz ten Jan Svĕrák chciał zrobić w Hollywood; po Oscarze dla Koli (1996) jego kolejnym filmem interesował się Miramax. Studio uznało jednak fabułę o czeskich lotnikach w Anglii za zupełnie nieinteresującą dla globalnej widowni. Svĕrák własnymi siłami zebrał środki na produkcję w Danii, Wielkiej Brytanii, Niemczech. Film nie był jednak wielkim sukcesem, wśród miłośników twórczości Svĕráka ceniony jest znacznie mniej niż kameralna Jazda czy odjechany Akumulator 1. Nie miał też takiego powodzenia w kinach na świecie jak inne projekty reżysera.

Choć znam wielu czechofilów i czechofilek różnych narodowości, to nie spotkałem absolutnie nikogo, kto wkręciłby się w Czechy i czeską kulturę poprzez filmy o czeskich lotnikach. Znam za to wiele osób, które wkręciły się przez psychodeliczny humor Bajek z mchu i paproci, anarchiczny feminizm Vĕry Chytilovej, zwariowane komedie Petra Zelenki czy surrealistyczną animację Jana Švankmajera. Ten ostatni, choć gra na micie rudolfińskiej Pragi, nigdy specjalnie nie zaprzątał sobie głowy „promocją czeskości”. Częściej niż do rzeczy „rdzennie czeskich” sięga w swoich projektach po Lewisa Carrolla, angielską powieść gotycką, markiza de Sade. I to jego filmom rozkładówki poświęcają najbardziej prestiżowe filmowe pisma na świecie, to dzięki jego twórczości wielu Amerykanów, Brytyjczyków, Francuzów zainteresowało się Czechami, Europą Środkowo-Wschodnią i ich historią.

Świat nie szuka bowiem w naszym regionie historycznych blockbusterów. W tej konkurencji skazani jesteśmy na porażkę. Nie mamy produkcyjnych możliwości, gwiazd, przewagi globalnego języka, by produkować tu mogące zainteresować masy takie kino. Owszem, dobre widowiska historyczne, jak znakomite Miasto ’44, mogą powstać i u nas. Ale siłą Miasta była idiosynkratyczna wizja Komasy i odejście od historycznego zamówienia. Łatwiej nam zainteresować świat nie lokalną imitacją Hollywood, ale czymś w dobry sposób innym, dziwnym, osobnym.

Udało się to niedawno w Sundance Córkom dancingu Agnieszki Smoczyńskiej. Politycy rządzącej partii na razie milczą na temat tego sukcesu. I nic dziwnego – nie takie kino ma według nich promować Polskę. Córki, z ich grą popem, kiczem, ogrywaniem nostalgii za PRL i scenami lesbijskimi, średnio się mieszczą w wizji kina PiS. Ale właśnie one zainteresowały widzów jednego z najbardziej prestiżowych festiwali w Stanach.

Prawica punkowa

Ale jest inna twarz polityki kulturalnej PiS, którą ma prezentować TVP Kultura. Jej dyrektorem został Mateusz Matyszkowicz, dotychczas redaktor „Frondy Lux”. Obok „Presji” było to w ostatnich latach najciekawsze pismo społeczno-kulturalne młodej prawicy. Matyszkowicz w swojej publicystyce przyglądał się uważnie współczesnej kulturze, przekraczał plemienne podziały. Zamiast atakować Klatę, pytał, jak to się stało, że prawica go straciła. „Fronda” interesowała się także twórczością Ady Karczmarczyk, artystki wizualnej młodego pokolenia, łączącej estetykę popartu z fascynacjami religijnymi; próbowała na nowo czytać Tyrmanda. Nawiązywała do kontestacyjnych początków pierwszej „Frondy”, pisma wyrosłego z doświadczeń „Brulionu” – popowego, zaczepnego, bezczelnego.

Matyszkowicz w licznych wywiadach zapowiada stworzenie „telewizji punkowej”, stanowiącej „taran na mainstream”, pluralistycznej, otwartej na do tej pory wykluczone środowiska, nietożsamościowej. Jednak przykłady tego pluralizmu, jakie podawał, nie zawsze były fortunne. Jako przeciwwaga dla Rymkiewcza pojawiał się Andrzej Saramonowicz, który gościł w prowadzonym przez Matyszkowicza w Telewizja Republika programie Literatura na trzeźwo. Rymkiewicz jest wybitnym pisarzem i poważnym ideowym przeciwnikiem; Saramonowicz, po serii żałosnych komedii i fejsbukowej publicystyce na poziomie najgorszych tekstów Janusza Majcherka, tkwi dla większości lewicowej inteligencji w sferze obciachu. Nie jest sprawiedliwe dla Rymkiewicza zestawianie ze sobą tych postaci.

Rymkiewicz zasługuje na to, by o Polsce rozmawiać z kimś elementarnie poważnym z drugiej strony – np. Olgą Tokarczuk.

Z osobistych doświadczeń z Matyszkowiczem, w tym dyskusji prowadzonych przez niego w warszawskiej Kawiarni Niespodzianka, wiem, że potrafi stworzyć klimat do sensownej, konstruktywnej rozmowy, gdzie można się interesująco spierać. Zobaczymy, jak jego pluralistyczna dyspozycja przełoży się na konkretne decyzje programowe nowej anteny. Czy w TVP Kultura pojawi się głos ateistyczny, feministyczny, reprezentujący środowiska LGBT? Czy będzie można zobaczyć na antenie Ostatnie kuszenie Chrystusa (za pokazywanie tego filmu w Wielkanoc krytykowała poprzednią dyrektorkę anteny posłanka PiS Barbara Babula). Jak reagować na to wszystko będzie zaplecze PiS, któremu nowy dyrektor zawdzięcza nominację?

Nie uważam, że im gorzej, tym lepiej, więc na razie jestem w stanie udzielić Matyszkowiczowi ostrożnego kredytu zaufania. Obawiam się jednak, że na „punkową prawicę” nie będzie miejsca i konserwatywna rewolucja PiS albo szybko wyrzuci za burtę, albo nie zagospodaruje tego, co po prawej stronie najciekawsze, faktycznie niepokorne, mające kontakt ze współczesną kulturą.

Nie trzeba Majakowskich, wystarczą instytucje?

Nawet jeśli tak się stanie i jeśli rewolucja kulturalna PiS nie wzmocni żadnego wyrazistego środowiska, to prawica ma szansę postawić zespół instytucji ealizujących bliską jej wizję. Każdą z korpusem zatrudnionych na pewnie niezłych pensjach pracowników, powiązanych przez to z partią materialnym interesem. I każdą z odpowiednim budżetem: na komiksy o chrzcie Polski, murale pokazujące „naszą odwieczną obecność na Ziemiach Piastowskich”, planszówki o polskich Kresach. A jak pokazują przykłady IPN i Muzeum Powstania Warszawskiego, instytucje takie tworzą hegemonię ideologiczną. Choć większość produkcji artystycznej finansowanej przez MPW (poza projektami Komasy czy Garbaczewskiego) była artystycznie mierna, to skutecznie budowała mit powstania w bliskiej obozowi władzy wersji.

Jeśli PiS będzie wygrywał kolejne wybory, może się okazać, że do skutecznej rewolucji kulturalnej nie trzeba Majakowskich i Eisensteinów, wystarczą muzealnicy i ciągłe powtarzanie tego samego komunikatu w niezliczonych gadżetach. Wtedy będzie można zostawić niszę dla ambitnego kina z PISF, bo szkoły będą chodziły na finansowane przez państwo historyczne blockbustery. W TVP Kultura zostaną dopuszczone krytyczne głosy, ale budżet na takie programy będzie mniejszy niż na murale upamiętniające chrzest Polski czy gry wideo o bitwie nad Wizną. Taka polityka byłaby zresztą najbardziej racjonalna dla PiS, bo obeszłoby się bez wojny ze środowiskiem. Można by budować, nawet jeśli nie najlepszą, to skuteczną prawicową kulturę popularną.

Możliwość prowadzenia takiej polityki utrudniają jednak naciski zaplecza partii, domagającego się „redystrybucji” uznania, ukarania Klaty czy twórców Idy i pogrążenia „lewackich periodyków”. Jeśli PiS im ulegnie, przyklei sobie cenzorską łatkę, przez którą odwróci się od niego duża część młodszych wyborców. Ale jeśli nie, to mamy (my, kulturowa lewica) problem. Ale też szansę i zadanie, by w warunkach cichej rewolucji kulturalnej budować własne instytucje, wzmacniać już istniejące i wykorzystywać te, w których nie mamy większości, do przekazywania naszego komunikatu. Łatwo nie będzie, ale najgorsze co można zrobić, to kierując się paniką moralną, walkowerem oddać wszystko drugiej stronie.

Czytaj także:
Kinga Dunin: Kogo chwali Horubała? (a kogo nie)

 

**Dziennik Opinii nr 41/2016 (1191)

Bio

Jakub Majmurek

| Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.