Kraj

Latosek: Uczmy się od nieprzyjaciół

„Korwin przynajmniej mówi, co myśli jawnie. A nie tylko na podsłuchach” - powiedzą jego zwolennicy. I będą mieli rację. 

Znajomy korwinista zapytał ostatnio, czy wiem, dlaczego jego ulubiony polityk nigdy nie będzie bohaterem żadnej afery podsłuchowej. Zdziwiło mnie to przekonanie, ale jeszcze bardziej zaskoczyła odpowiedź. Otóż dlatego, że – jak stwierdził – jeśli JKM będzie miał do powiedzenia coś kontrowersyjnego, to sam pójdzie z tym do telewizji. W przeciwieństwie do całej reszty polityków, którzy publicznie mówią jedno, a w knajpianym zaciszu drugie.

Nie sposób odmówić mu racji, nawet jeśli przypadek Korwina to skrajność. Tak – od lat jest konsekwentny w głoszeniu swoich poglądów. Tak – są one niezmienne. Tak – mówi to, co myśli, choć nieustannie swoimi tezami bulwersuje. Jego popularności świadczy o prostej prawdzie – oczekujemy od polityków wiarygodności i szczerości, rozumianych jako zdolność wypowiadania swoich prawdziwych poglądów. Julii Piterze najszczersza deklaracja, jaką od polskiego polityka słyszeliśmy od dawna, wymsknęła się chyba przypadkiem. W jednej z audycji radiowych potrafiła najpierw przez dłuższy czas unikać odpowiedzi na pytanie, czy szef MSW Bartłomiej Sienkiewicz powinien podać się do dymisji, po czym bez pardonu przyznała, że gdyby dotyczyło to ministra w rządzie PiS, to „oczywiście, że tak”. Jak traktować takich polityków i polityczki serio? Nic dziwnego, że znów rośnie grupa wyborców niechętnym politykom w ogóle – chcąca pogonić całe to tałałajstwo; przekonana, że podtrzymywanie wiary w uczciwość klasy politycznej zaczyna być zadaniem karkołomnym.

Powtarzana do znudzenia anegdota o kiełbasie uczy, że kulisy polityki nie powinny być widoczne. To, co usłyszeliśmy w nagraniach opublikowanych przez „Wprost”, to te polityczne flaki – chce się powiedzieć. Nie powinno się ich pokazywać, żeby ludzie nie stracili nań apetytu. Zawsze tak było, jest i będzie, że sprawy skutecznie załatwia się w konfidencjonalnych rozmowach, nieoficjalnych targach, budując ciche sojusze. Ot, polityczne modus operandi.

Tylko że taka postawa nie pomoże ratować upadającego autorytetu klasy politycznej. Od lat wskaźniki zaufania do partii i ich przedstawicieli są w Polsce jednymi z najniższych w Europie. To daje pożywkę ugrupowaniom radykalnym, często jawnie antydemokratycznym. Zwłaszcza że ze swojej powinności nie wywiązują się też media głównego nurtu, które nie wykonują swojego obowiązku kwestionowania, dopytywania, nie próbując dokopać się do pełnego składu tego politycznego pasztetu.

Taki sposób uprawiania polityki daje się bowiem utrzymać w ryzach, tylko gdy media zachowują swoją krytyczną rolę. W ujawnionych nagraniach pojawiły się przecież wątki wymagające zadania trudnych pytań, jak choćby sprawa dotowania „pod stołem” nierentownego lotniska czy wiedzy, jaką mógł mieć premier o – wówczas nadchodzącej – katastrofie największej piramidy finansowej ostatnich lat, choć twierdził, że takowej nie miał wcale. Te kwestie jeszcze nie padły.

Niezadane w głównym nurcie pytania mszczą się zdwojoną, niszczycielską siłą. Prawicowe media i portale internetowe huczą od domysłów i oskarżeń o manipulację i zamiatanie sprawy pod dywan wespół ze skompromitowanymi politykami. Wytykają niewyjaśnione wątki i sugerują celowe zaniechanie ich rozwikłania w imię „odsuwania PiS od władzy”. To wszystko zupełnie wystarczy, żeby media głównego nurtu zyskały łatkę będących na usługach władzy. 

To pogłębia tylko i tak dramatyczny kryzys zaufania do mediów i polityków – prowadzi do katastrofy demokratycznego i pluralistycznego porządku. Ten nie może istnieć bez elementarnej wiary w jego zasadność i uczciwość. Tymczasem coraz większe pole do działania mają jego wrogowie, którzy w przeciwieństwie do politycznego i medialnego głównego nurtu, od lat konsekwentnie i bez fałszu głoszą swoje choćby i najbardziej absurdalne przekonania. Ale robią to otwarcie i wiarygodnie, nie wdając się w bieżące kalkulacje polityczne, nie obliczając zysków w przełożeniu wyłącznie na najbliższe wybory. A to obecnie najbardziej deficytowy towar na politycznym i medialnym rynku. Uczmy się tego od nich zawczasu. Bądźmy uczciwi i rzetelni. Póki jeszcze nie jest za późno.

Ewelina Latosek – dziennikarka, politolożka, współpracowniczka Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a.


__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij