Kraj

Po wyroku TSUE obóz władzy znalazł się pod ścianą. Na własne życzenie

Fot. Adam Guz/KPRM CC0. Edycja KP.

Na jakikolwiek kurs rząd się zdecyduje, nie ma już tak naprawdę znaczenia. Jeśli pójdzie na kompromis z Europą, to może to oznaczać rozpad wspierającego go obozu politycznego. Jeśli wybierze konfrontację i straci unijne środki, to może zebrać za to lanie w następnych wyborach.

Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał oczywisty wyrok: mechanizm praworządnościowy, umożliwiający zamrożenie europejskich środków państwom niezdolnym zagwarantować, że zostaną one wykorzystane w sposób praworządny, jest zgodny z traktatami unijnymi.

To dobra wiadomość dla Europy. Orzeczenie TSUE wzmacnia integrację Unii, poszerza kompetencje ciał wspólnotowych. Daje im narzędzia, by chronić obywateli przed bezprawnymi działaniami ich własnych rządów. Rozbraja też narastający polityczny kryzys – obywatele Europy Zachodniej byli coraz bardziej zmęczeni tym, że europejskie środki wzmacniają rządy postkomunistycznych państw „nowej Europy”, nieprzestrzegające podstawowych zasad demokratycznego państwa prawa, nierespektujące praw mniejszości, używające pieniędzy Brukseli do budowy mafijno-oligarchicznych układów.

Pod ścianą

Co to oznacza dla Polski? Wyrok TSUE służy długoterminowym interesom Polski, dla których najważniejszy jest rozwój głębiej i bardziej solidarnie zintegrowanej Europy. Fakt, że PiS był w stanie tak łatwo zdemolować polski porządek konstytucyjny, pokazuje słabość polskiej demokracji wobec prawicowo-populistycznej ofensywy, dodatkowe, europejskie zabezpieczenie przed powtórką takiego scenariusza z pewnością nam nie zaszkodzi.

W krótszej perspektywie wyrok oznacza jednak chaos i niepewność w polskiej polityce. Podstawowe pytanie, jakie dziś wszyscy sobie zadają, brzmi: „czy to znaczy, że UE odbierze nam teraz europejskie środki?”. Odpowiedź na to pytanie jest dość skomplikowana.

Mechanizm praworządnościowy został zaprojektowany przede wszystkim po to, by chronić Unię przed scenariuszem węgierskim, gdzie reżim Orbána latami używał unijnych środków do budowy powiązanej z premierem oligarchii. Zasada „pieniądze za praworządność” ma przede wszystkim chronić interesy finansowe budżetu Unii Europejskiej, zagwarantować, że będzie on wydawany zgodnie z jego przeznaczeniem.

Nietrudno jednak wyobrazić sobie scenariusz, gdy ten sam mechanizm zostaje uruchomiony także wobec Polski – zwłaszcza w sytuacji, gdyby rząd ciągle odmawiał likwidacji Izby Dyscyplinarnej i jakiegokolwiek kompromisu w sporze o praworządność. Komisja Europejska mogłaby w takiej sytuacji zacząć badać możliwość naruszeń praworządności przy wydawaniu różnych środków z Unii Europejskiej w Polsce. Takie badanie mogłoby choćby wykazać, że zasiadanie w polskich sądach neosędziów tworzy stan takiego chaosu i anomii prawnej, że nie ma żadnych gwarancji, że unijne środki zostaną w Polsce wydane prawidłowo. Wtedy KE może skierować odpowiedni wniosek do Rady Europejskiej, która większością głosów będzie władna zablokować środki dla Polski.

Wszystko zależy teraz od tego, jak szeroką interpretację mechanizmu przyjmie Komisja Europejska. Czy wąską, która będzie głównie zagrażała korupcyjnym praktykom Orbána, czy szerszą, która mogłaby zablokować dostęp do unijnych środków Polsce. Jeśli przyjmie tę drugą, obóz rządzący znajdzie się pod ścianą.

Viktor Orbán zrobił z Europy zakładnika

czytaj także

PiS może oczywiście wybrać kurs na ostre zderzenie z nią. Na szali leżą tu jednak europejskie środki. Ich utratę naprawdę trudno będzie wytłumaczyć wyborcom, poza tymi najbardziej wiernymi i już wrogo nastawionymi do Europy. Z kolei próba wycofania się i kompromisu w sprawie praworządności mogłoby się skończyć rozpadem Zjednoczonej Prawicy i wzajemnymi oskarżeniami o „zdradę”, a przynajmniej „kapitulację wobec Brukseli”, między jego różnymi skrzydłami.

Już się gryzą

Przedsmak tego mieliśmy już zresztą we środę. Na wyrok TSUE błyskawicznie zareagował minister sprawiedliwości, Zbigniew Ziobro. Wygłosił ponurą przemowę, uderzającą w takie tony, jakby przez polskie granice przejeżdżały właśnie rozpędzone kolumny wrogich czołgów. Straszył utratą suwerenności i uzurpowaniem sobie kompetencji przez Unię Europejską, zapowiadał walkę do końca, jakby przemawiał ze stawiającego ostatni opór najeźdźcom oblężonego bunkra.

O całą sytuację oskarżył też premiera, który według Ziobry, pod koniec 2020 roku popełnił „historyczny błąd”, zgadzając się na praworządnościowy mechanizm. Ziobryści wzywali wtedy Morawieckiego, by wywrócił europejski stolik i zawetował następny unijny budżet. Jarosław Kaczyński dał się wtedy jednak przekonać swojemu premierowi, Polska zgodziła się na praworządnościowy mechanizm.

Szarża Ziobry ze środy pokazuje, że Solidarna Polska będzie publicznie rozgrywać spór sprzed ponad roku, że będzie używać wyroku TSUE jako narzędzia do ataku na Morawieckiego. Biorąc pod uwagę, że premier jest też grillowany za kolaps Polskiego Ładu – tu bardziej przez Sasina i jego ludzi – to Morawieckiego czeka kolejnych kilka tygodni, gdy całą swoją energię będzie poświęcał na walkę o przetrwanie na stanowisku. Choć w Polsce nie brakuje problemów, znacznie poważniejszych niż Sasin z Ziobrą, którym premier powinien poświęcić sto procent swojej uwagi.

Ziobro twierdzi, że jesteśmy przez Europę Zachodnią eksploatowani. Sprawdzamy

Na razie premier pytany o słowa Ziobry odpowiedział, że minister sprawiedliwości ma prawo czuć się rozczarowany, a jedność Zjednoczonej Prawicy jest wielką wartością. Oczywiście, Morawiecki, gdyby tylko mógł, własnoręcznie utopiłby politycznie Ziobrę w łyżce wody, ale na razie musi udawać, że gra z Ziobrą w jednej drużynie, robić dobrą minę do kolejnych wymierzonych w siebie szarż i zniewag ze strony własnego ministra.

Dlaczego Trybunał Przyłębskiej zamilkł?

Także na środę planowane było orzeczenie polskiego Trybunału Konstytucyjnego w sprawie skargi złożonej przez Ziobrę. Rozpatrując ją, Trybunał miał orzec, czy mechanizm praworządnościowy Unii Europejskiej jest zgodny z polską konstytucją. Trybunał Przyłębskiej jednak odroczył orzeczenie. Dlaczego?

Biorąc pod uwagę, jak ciało to jest podporządkowane obozowi władzy, można zgadywać, że nie chodziło o wątpliwości prawne czy o to, że sędziowie potrzebowali po prostu więcej czasu, by w pełni rozpatrzyć sprawę. Trybunał najpewniej odroczył decyzję, bo obóz władzy sam nie wie, jak właściwie ma na wyrok TSUE zareagować. Czy cofnąć się i iść na kompromis, czy na zwarcie.

Gdyby decyzja o zwarciu już została podjęta, władza dałaby sędziom do zrozumienia, że oczekuje wyroku o niekonstytucyjności mechanizmu pieniądze za praworządność. W wymiarze prawa europejskiego takie orzeczenie nic by nie zmieniło, Komisja Europejska po prostu by je zignorowała. Państwa UE nie mogą przecież unieważniać niepasujących ich rządom fragmentów traktatów UE przy pomocy sądu konstytucyjnego czy w jakikolwiek inny sposób. Niezależnie od wyroku polskiego Trybunału pieniądze z Unii po prostu by do nas nie dotarły. Jednocześnie wyrok stwierdzający niekonstytucyjność mechanizmu praworządnościowego dałby rządowi prawną podkładkę do polityki idącej na totalne starcie z Unią.

Jak widać, na razie rząd nie jest na to zdecydowany. Gdy do laski marszałkowskiej wpłynęły projekty reformujące Izbę Dyscyplinarną w obecnym kształcie – prezydenta Dudy oraz posła PiS Marka Asta – część komentatorów przewidywała, że może to oznaczać, że rząd zmierza do porozumienia z Europą, nawet wbrew sprzeciwom ziobrystów. Wyrok TSUE ze środy to kolejny, bardzo mocny argument za tym, by iść w tym kierunku, nawet kosztem rządu mniejszościowego i ataków ze strony Ziobry i Konfederacji. Ludzie – a politycy to tylko ludzie, niestety – pod presją nie zawsze zachowują się jednak racjonalnie, czasem wręcz przeciwnie. Na wyrok TSUE centrum decyzyjne Zjednoczonej Prawicy może więc zareagować bardzo różnie.

I po co była ta wojna?

Na jakikolwiek kurs rząd się zdecyduje, nie ma już tak naprawdę znaczenia. Jeśli pójdzie na kompromis z Europą, to może to oznaczać rozpad wspierającego go obozu politycznego. Jeśli zdecyduje się na konfrontację i straci unijne środki, to może zebrać za to lanie w następnych wyborach. Rok z hakiem może być zbyt krótkim okresem, by stworzyć antyunijny elektorat, z którym dałoby się wygrać wybory. Rząd może też czekać na rozwój sytuacji z nadzieją, że mechanizm praworządnościowy faktycznie ograniczy się do Węgier. Wypowiedzi ze środy odpowiedzialnego za kontakty z Unią ministra Szymańskiego sugerowały taki scenariusz. Problem w tym, że władza może się bardzo przeliczyć, stawiając na to, że Unia podzieli jej interpretacje nowych zapisów.

Te billboardy to nowa jakość antyunijnej propagandy

Wojna PiS z Europą skończy się więc najpewniej jakąś klęską obozu rządzącego. Od początku nie miała przy tym ona sensu. Rząd poszedł na wojnę z Unią nie po to, by bronić polskich interesów ekonomicznych, większej unijnej solidarności, polskiego bezpieczeństwa, korzystnego dla nas kształtu i tempa unijnej integracji. Nie, poszedł na wojnę, by móc ręcznie sterować sędziami i sądami, przeczołgać sędziów, którzy czymś PiS w przeszłości podpadli, i mieć bat na tych krytycznych wobec władzy. Dziś, gdy rządzący obóz w końcu zaczyna płacić polityczną cenę za tę wojnę, trudno mieć dla niego choć miligram współczucia.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij