Kraj

Dymek: Mam gdzieś wasze „młode pokolenie”

Dajemy się nabrać na pozór „międzypokoleniowej debaty”, która służy właśnie międzypokoleniowemu status quo.

Pełen jubileuszy rok 2014, co nie dziwi, skłania do okolicznościowych podsumowań, rozliczeń, wspominków i ekspiacji. Pośród nich jest całkiem osobna kategoria poświęcona przełomowi roku 1989. Odnosi się ona do najżywszej w pamięci, ale też najostrzej dzielącej dziś Polaków rocznicy. W najgłośniejszym chyba tekście z tego cyklu profesor Marcin Król mówi Grzegorzowi Sroczyńskiemu: „Byliśmy głupi”. A już nie jesteście? – chciałoby się zapytać.

Czy można nie widzieć związku między tym, co mówiło się w końcówce lat 80. i w pierwszych latach kolejnej dekady, a kwaśnymi owocami transformacji, które dziś zbieramy? Czy można nie widzieć związku między jednym: „W latach 80. zaraziliśmy się ideologią neoliberalizmu, rzeczywiście sporo się tutaj zasłużyłem, namawiałem do tego Tuska, Bieleckiego, całe to gdańskie towarzystwo. Pisma Hayeka im pracowicie podtykałem. Mieliśmy podobne poglądy z Balcerowiczem” a drugim: „Jak się zdarzy to »coś«, to możemy wisieć na latarniach. Po prostu. Nic nie robiąc, hodujemy siły, które zmienią świat po swojemu. I nie będą negocjować.”?

Czy można nie widzieć związku między zuniwersalizowaną, uwewnętrznioną i niemalże już przezroczystą ideologią średnioklasowego indywidualizmu i jej instytucjonalną ramą – peryferyjną demokracją liberalną z jej imitacyjną wersją kapitalizmu – a faktem, że tylko szowinistyczną, konserwatywną i samolubną rewolucję ta rzeczywistość prowokuje?

Wydaje mi się, że nie można. Dlatego zdziwione lub zatroskane stanem dzisiejszej Polski głosy niegdysiejszej awangardy najbrutalniejszej z możliwych wersji transformacji traktuję w najlepszym wypadku jako pychę. W najgorszym, jako sparciały kamuflaż elitarnego desinterssment, który może dziś z siebie wydobyć tylko: „Jest źle, idzie cywilizacja śmierci, inwazja hunów, behemot, a myśmy przecież chcieli dobrze”. I nie ma tu faktycznej woli zmiany choćby atomu z tego układu, których ich samych wywindował na szczyt.

Tę narrację przełamują mniejszościowe i trzeźwiące diagnozy Karola Modzelewskiego czy Davida Osta. Obydwaj przypominają, że neoliberalizm w Polsce nie wziął się znikąd, ale po prostu wygrał – także dzięki głosom importowanych i wtórnych polskich liberałów lat 80. – w konfrontacji z różnymi innymi doktrynami i propozycjami przemian, które przecież były wtedy obecne. Na porządku dziennym było wówczas to, że wczorajsi socjaliści i konserwatyści stawali się neofitami rynku lub – dobrowolnie czy z pomocą kolegów – usuwali się w cień. Inni zaś brali sprawy w swoje ręce i pisali książki, robili gazety, lobbowali – za tym, by Polskę zmienić tak, a nie inaczej.

Nie była to „głupota” w sensie, jaki proponuje Król: nie zawierała w sobie nieświadomości i niewiedzy.

Przeciwnie, było to działanie podług wszelkich reguł polityczności i racjonalności, które obowiązywały wtedy i obowiązują dziś. Nie akceptuję więc przedstawionego mi z 25-letnim opóźnieniem rachunku, w którym „głupota” wyklucza „odpowiedzialność”. Zresztą Ost, najbardziej chyba spostrzegawczy obserwator przemian w Polsce, odpowiada Królowi wprost – „nie byliście głupi”. Głupi odpowiedzialności nie ponoszą, samolubni i krótkowzroczni – mam nadzieję – owszem.

Tyle historycznego wstępu. Co z tych wszystkich tekstów wynika jednak dla debaty dziś? I co – niezależnie od tego, jak widzi się (nie)odpowiedzialność autorów transformacji za kształt dzisiejszej Polski – mają one wspólnego? We wszystkich trzech widziałbym istotny wspólny wymiar. Cedują odpowiedzialność na młodych – na „młode pokolenie”.

Wiele mądrych tekstów napisano, zastanawiając się, czy pokolenie jest najfortunniej dobraną kategorią i czy w swojej ogólności nadaje się do opisu politycznych zmian. Przydałby się jeszcze jeden tekst: rozważający bezsens obecności kategorii „młodych” w dzisiejszej debacie publicznej oraz w szczególności, czym miałoby być to zabierające dziś głos pokolenie 1989, roczniki transformacyjne, „dzieci czerwca”. Poza ogólnikami tak wyświechtanymi, że aż zabawnymi – bo to, że roczniki te „nie znają systemu innego niż demokracja” i „wychowały się w internecie”, wiemy doprawdy już wszyscy. I nic to w gruncie rzeczy nie zmienia. Tekst, który tę wyjątkowość i pokoleniową różnicę by wytłumaczył, na pewno uczyniłby perspektywę „międzypokoleniowej debaty” znośniejszą, choć wciąż wątpię, że możliwą.

Bo nie liczę już na to, że ktoś zastanowi się nad tym, jak to jest, że wszyscy zachęcają młodych do głosu, ale potem nikt ich nie słucha. Te same media, które przed chwilą wołały o młody głos, właśnie publikują kolejny wywiad-rzekę z rocznikiem 1941.

A skoro taki tekst nie powstał, a młodzi wciąż są zachęcani do wypowiadania się, „debata międzypokoleniowa” pozostaje medialną – choć dobrze już opisaną – fikcją.

Może, mimo wszystko, warto zapytać, co mówią? Na przykład na okoliczność 25. rocznicy wyborów czerwcowych, obchodzonej pod jakże międzypokoleniowo strawnym hasłem #25yearsoffreedom.

Ja (rocznik 1988) pozwoliłem sobie wtedy napisać dla „Dissent Magazinetekst o „pokoleniu TINY”, urodzonym po „końcu historii” – zapowiadanym przez Fukuyamę, a przez polskie elity przyjętym jako dobra nowina i całkiem sprawny paradygmat polityczny. TINA, czyli „Nie ma innej opcji” [There Is No Alternative], to słynne Thatcherowskie powiedzenie o bezalternatywności reform rynkowych. Miało szansę zrealizować się w Polsce, gdzie wolnorynkowe reformy pokolenia naszych rodziców (prywatyzacja przemysłu) odbijają się po dwudziestu latach czkawką: prywatyzacja edukacji, opieki przedszkolnej, emerytur, służby zdrowia. Elity nadal podchodzą do nich bezkrytycznie – jak gdyby nic się nie zmieniło. W efekcie: może nie jesteśmy skrajnie biedni, a policja nie gania nas po ulicach, jak w stanie wojennym, ale możliwość wpływania na zastaną rzeczywistość polityczno-rynkową mamy podobną jak wówczas nasi rówieśnicy.

Mój młodszy kolega Mikołaj Bendyk (rocznik 1993) napisał z kolei płomienną – jak na skalę emocji, które jest w stanie w nas wywołać cokolwiek poza zmianą layoutu Facebooka – obronę tego pokolenia, znamiennie zatytułowaną Roczniki 90. Z nami wszystko OK. „Pokolenie naszych rodziców po raz kolejny tworzy fantastyczny obraz naszego pokolenia. W ich oczach jesteśmy leniwymi, rozpieszczonymi, beztroskimi bachorami bez zainteresowań, które wszystko chcą dostać na tacy. I tyle”. Bendyk odbija piłeczkę do generacji wyżej i przedstawia zupełnie odmienną pokoleniową opozycję. Pisze, że to właśnie dzisiejsi 20-latkowie angażują się w nowe formy aktywności społecznej i politycznej, biorą udział w wolontariacie, są w stanie przełknąć kiepsko płatną pracę, ale nie po to, żeby ciułać na kredyt czy dziecko, ale żeby realizować marzenie o świecie trochę bardziej otwartym, wrażliwszym i wolnym od tyranii waluty.

„Marnujemy czas, który moglibyśmy poświęcić na prawdziwą pracę albo naukę. Po szkole lub pracy, zamiast dalej uczyć się lub pracować, wolimy podtrzymywać więzi społeczne, spotykając się nad Wisłą czy w Pawilonach, skąd próbujecie nas wypędzić, bo pijemy alkohol, przez co widzicie w nas awanturników. Tymczasem pijąc to nielegalne piwo, spotykamy się i rozmawiamy (…) gdy wy – ze swoim legalnym piwem – zamykacie się w mieszkaniach i oglądacie nas przez absurdalne klisze ślepców z TVN-u” – pisze.

Mikołaja przywołuje do porządku na łamach „Res Publiki Nowej” student Kacper Van Wallendael, zwracając uwagę na ekskluzywność jego perspektywy, jej warszawskość i skażenie klasowym przywilejem: „Nie przyniesie jednak wymiernych rezultatów dialog między warszawską wyższą klasą średnią a ich dziećmi. Jeśli debata ma być realna, powinna być otwarta na głos tych, którzy do klasy średniej próbują się przebić. (…) Czy [młodzi] jakkolwiek odczuli, że są »złotym pokoleniem«, które miało szansę na szybki rozwój kariery?”. Van Wallendael wzywa do „międzypokoleniowej debaty” z uwzględnieniem wszystkich wątków klasy i nierówności, głosów mniejszościowych, tego, czego u Mikołaja zabrakło.

Wiecie co? Jesteśmy głupi. Dajemy się nabrać na pozór „międzypokoleniowej debaty”, podczas gdy dokładnie międzypokoleniowemu status quo ona służy.

Wchodzimy w uszyte nam na miarę buty: lewicowca „planu maksimum”, zaangażowanego przedstawiciela liberalnych elit, współczującego konserwatysty – podczas gdy wszystkie te postawy przefiltrowane przez „pokoleniowy” dyskurs w efekcie stają się własnymi parodiami. W zaangażowanie i jego świadectwa dawane z pozycji „młodych” jest bowiem wpisana – nie przez nas, przez tych, którzy rzekomo chcą nas słuchać i zapraszają do „wzięcia głosu” – jego negacja. Jeśli zabiera się głos „jako młody” lub „młoda” dobrowolnie godzi się przecież na bycie kwiatkiem do kożucha. Podobnie jest z zabieraniem głosu „jako kobieta” w debacie, w której dostępu do uniwersaliów strzegą bramy wieku i płci. Albo jest się uczestnikiem debaty, albo gościem z publiczności – jak w popularnym telewizyjnym formacie, w którym na fotelach usadzeni są poważni ludzie, a prowadząca lub prowadzący przekazuje głos. Na dole ekranu przewijają się kretyńskie sms-y lub raz na jakiś czas poprosi się o zadanie pytania statyście z widowni. Na tym polega cała wyjątkowość pokoleniowej różnicy: jest ona wtórnie stworzona i narzucona rzeczywistości społecznej, dzięki najbardziej sprawdzonym mechanizmom mediów. Nie ma w tym żadnej tajemnicy, żadnej pokoleniowej mistyki, jest tylko goła władza.

Sorry, taki mamy klimat – nieco przesiąknięty zapachem domu starców, nawet jeśli już trochę mniej wonią męskiej szatni. W podejmowaniu pałeczki „międzypokoleniowej debaty” tkwi ten sam wirus, który z lewicowości i prawicowości czyni „chorobę młodości” w oczach łaskawie podających mikrofon decydentów. Bo nie łudziłbym się, że nawet najbardziej autokrytyczne i pełne samobiczowania się głosy reprezentantów elit z roczników lat 40., 50., 60. (i tak dalej) przełożą się na choćby milimetrowe ustąpienie pola.

To nie od tego, co powiemy dziś starym, będzie zależeć kształt przyszłej Polski, ale raczej od tego, jak szybko odczepimy się od narzuconych nam przez ich język ram i sposobów działania. Od niebycia „młodymi od zabierania głosu” począwszy.

Tekst ukazał się we wrześniowym wydaniu magazynu na tablety „Wpunkt. Tytuł pochodzi od redakcji.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Dymek
Jakub Dymek
publicysta, komentator polityczny
Kulturoznawca, dziennikarz, publicysta. Absolwent MISH na Uniwersytecie Wrocławskim, studiował Gender Studies w IBL PAN i nauki polityczne na Uniwersytecie Północnej Karoliny w USA. Publikował m.in w magazynie "Dissent", "Rzeczpospolitej", "Dzienniku Gazecie Prawnej", "Tygodniku Powszechnym", Dwutygodniku, gazecie.pl. Za publikacje o tajnych więzieniach CIA w Polsce nominowany do nagrody dziennikarskiej Grand Press. 27 listopada 2017 r. Krytyka Polityczna zawiesiła z nim współpracę.
Zamknij