Kraj

Dudek: W sprawie sędziego Tulei wrócił „podział postkomunistyczny”

Stosunek do PRL nadal ożywia społeczne konflikty.

Mirosława Grabowska sformułowała kiedyś tezę, że polską polityką i społeczeństwem rządzi „podział postkomunistyczny” – na tych, którzy akceptowali PRL i na tych, którzy PRL odrzucali – jest ważniejszy w Polsce od klasycznych podziałów ideowych na lewicę i prawicę, liberałów i konserwatystów. Tak przynajmniej było w latach 90., a m.in. środowisko „Krytyki Politycznej” miało i wciąż ma nadzieję, że uda się ten „podział postkomunistyczny” przekroczyć, co byłoby pożyteczne także, jeśli weźmiemy pod uwagę jego nadużywanie i instrumentalizację. Czy jednak przebieg sporu o sędziego Tuleyę nie świadczy o tym, że „podział postkomunistyczny” pozostaje żywy, skoro tak łatwo było nim przesłonić sprowokowany przez sędziego ważny spór o jakość sprawowania władzy przez jedno z ugrupowań postsolidarnościowych?

Rzeczywiście, wielu ludziom wydawało się, że po roku 2005 „podział postkomunistyczny” przestał obowiązywać jako podział dominujący. Wtedy w bardzo ostry spór weszły ze sobą dwa ugrupowania o rodowodzie postsolidarnościowym. Sam się do tej tezy przychylałem i nadal uważam, że na przykład w Warszawie czy w „polityce centralnej” spór postkomunistyczny jest już dzisiaj wtórny wobec dwóch innych podziałów, czyli podziału postsolidarnościowego i posmoleńskiego.

Jak rozumiem, „podział postsolidarnościowy” zaistniał najpierw w „wojnie na górze”, a w zradykalizowanej formie powrócił w konflikcie PO-PiS? A dlaczego rozróżniasz dodatkowo „podział posmoleński”?

Te dwa podziały się nie nakładają, bo w sporze o jakość rządzenia PO także Ruch Palikota czy część SLD – wyłączając moim zdaniem Leszka Millera – zaczyna używać wiedzy o problemach rządu z zarządzaniem kryzysem posmoleńskim jako argumentów do osłabiania władzy Donalda Tuska.

W polityce „centralnej”, warszawskiej, ludzie PiS i PO nawet, jak używają argumentów z „podziału postkomunistycznego”, czynią to w sposób zupełnie instrumentalny. Tusk czy Niesiołowski stają się „komunistami”, którzy np. „Kościół prześladują jak za Gomułki”. A Kaczyński dla jego przeciwników po prostu staje się Gomułką.

„Podział postkomunistyczny” okazuje się jednak wciąż silny poza tymi głównymi biegunami polskiej polityki. Całkiem niedawno miałem okazję uczestniczyć w kolokwium habilitacyjnym w jednym z ośrodków akademickich średniej wielkości, gdzie tak naprawdę usiłowano habilitanta zniszczyć tylko dlatego, że wiele lat temu był parlamentarzystą z listy „Solidarności”. Ten człowiek już kompletnie polityką się nie zajmuje, natomiast sam fakt, że on kiedyś był po innej stronie tego sporu, a w latach 80. był opozycjonistą, stało się wystarczającym powodem, żeby próbowano nie dopuścić do tej habilitacji. Tego oczywiście nikt wprost nie artykułował, ale dało się odczuć z podtekstów różnych wypowiedzi, o co tam naprawdę chodzi.

Ja z kolei znam inny ośrodek akademicki średniej wielkości, gdzie akurat udało się przeprowadzić dość masową lustrację. Tam z kolei argumenty właściwe dla „podziału postkomunistycznego” zostały wykorzystane do przyspieszonej wymiany pokoleniowej na korzyść strony „postsolidarnościowej”.

Raz jedna, raz druga strona tego podziału zyskuje przewagę, stosunek sił między nimi może być zupełnie inny w różnych miejscach czy obszarach. Przypadek, o którym ja mówiłem, skończył się zresztą ostatecznie dla tego habilitanta pomyślnie. Natomiast to, co ja bym nazwał „długim cieniem dyktatury”, ciągle jest w Polsce obecne, ożywia społeczne konflikty, oferuje im język. Od końca poprzedniego ustroju minęło dopiero niewiele ponad dwie dekady, więc to jeszcze będzie wracało, chociaż w formie coraz bardziej nieprzekonującej, jak choćby w sporze o sędziego Tuleyę. No bo powiedzmy sobie szczerze, ujawnienie faktu, że jego matka była funkcjonariuszem Służby Bezpieczeństwa, wywarło silne wrażenie na wąskiej grupie, która się tym żywi: na niektórych politykach, na części dziennikarzy. Natomiast dla ludzi rozumujących racjonalnie twierdzenie, że on orzekł tak, jak orzekł, tylko dlatego, że jego matka była w SB, jest co najmniej mocno przesadzone.

Jednak sędzia Tuleya wszedł w jedną z ról „podziału postkomunistycznego” , a w inną z ról tego podziału weszli jego przeciwnicy. Dla mnie samego, o ile sensowne było ujawnienie przez niego możliwości nadużycia władzy przez CBA w latach 2006–2007, to porównanie tego okresu do lat stalinowskich, a nawet stwierdzenie, że w latach 80. przesłuchania były łagodniejsze, zaprzecza historycznej prawdzie. Z drugiej strony, nie podoba mi się genealogiczny szantaż, że jeżeli miało się rodziców po stronie tamtego systemu, to nie można zajmować pewnego stanowiska ideowego czy wygłaszać pewnych tez.

Ja też uważam lustrowanie matki sędziego Tulei za błąd, ale jednocześnie nie zapominałbym o czymś takim jak dziedziczenie ról społecznych czy określonego systemu wartości. Ze zjawiskiem tym mamy do czynienia nie tylko w zawodach prawniczych, ale także np. w środowisku lekarskim. Jest przecież wielu sędziów, prokuratorów, ale także adwokatów w drugim czy trzecim pokoleniu. To są niekiedy prawdziwe dynastie. Można dyskutować, czy to jest dobre, czy złe, ale warto byłoby wiedzieć dokładnie, jaka jest skala tego zjawiska. Bo jeśli okazałoby się, że skala jest duża, to pojawia się tu wspomniany problem „długiego cienia dyktatury”. Bo jednak nie mieliśmy przez pół wieku normalnego wymiaru sprawiedliwości, ale jego namiastkę stworzoną podług wytycznych kierownictwa PZPR. Przy czym ideologiczne były kryteria doboru w środowisku sędziowskim w czasach stalinowskich, później zaś już w mniejszym stopniu chodziło o to, żeby prokurator czy sędzia byli ideowcami, ale żeby byli lojalni i wykonywali dyspozycje płynące z góry. I gdyby się okazało, że dzieci tych sędziów i prokuratorów w dużym zakresie stały się kadrami wymiaru sprawiedliwości nowego państwa, to nieuchronnie pojawi się pytanie, czy morale polskiego wymiaru sprawiedliwości jest przez to w lepszym czy w gorszym stanie. A przecież mieliśmy już w przeszłości przypadki zachowań kompromitujących nasz wymiar sprawiedliwości. Prasa rozpisywała się o sędziach powiązanych ze światem przestępczym, których ich korporacja za wszelką cenę broniła. Natomiast niewiele jest przykładów odwrotnych, gdy korporacja sędziowska potrafiła taką osobę, bez zewnętrznej, zwykle medialnej presji, wykluczyć ze swego grona. W jeszcze większym stopniu dotyczy to prokuratury. Te korporacje uzyskały w III RP ogromną autonomię, w dużym stopniu słusznie, bo trzecia władza powinna nią dysponować, ale nie zwalnia to nas od odpowiedzi na pytanie, czy posiadają one wystarczającą samokontrolę wewnętrzną. Tu mam wątpliwości. To dotyczy zresztą także lekarzy i korporacji akademickiej, o której mam większą wiedzę i z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ona nie wytworzyła w pełni zadowalających mechanizmów samokontroli, eliminowania osób, które tej korporacji nie przynoszą chluby. Świetnie ilustruje to głośna historia byłego już na szczęście rektora-plagiatora z wrocławskiej Akademii Medycznej, bronionego przez kilka lat zaciekle przez kolegów z uczelni.

Mówisz teraz o patologiach korporacji zawodowych, z którymi państwo walczy także w USA, w Wielkiej Brytanii czy Francji, i z którymi także tam czasem przegrywa. Przykrywanie tego „podziałem postkomunistycznym” raczej uniemożliwi, niż ułatwi zdiagnozowanie tych patologii. Podobnie uniemożliwiono w Polsce dyskusję o patologiach kapitalizmu, bo przecież nie było tu żadnego kapitalizmu, a tylko „postkomunizm” czy „nomenklatura”.

Zgadzam się, że w coraz większym stopniu grożą nam patologie uniwersalne, właściwe dla liberalnych demokracji, szczególnie tak słabych jak te postkomunistyczne. Ale słabość naszej demokracji wiąże się też z dziedzictwem komunizmu, choć zgadzam się, że ono oddziaływało najsilniej w początkowym okresie transformacji. Jest też prawdą, że podobne patologie mamy w przypadku korporacji działających w państwach i społeczeństwach, które nie doświadczyły komunizmu, ale te patologie są przez specyficzne patologie postkomunizmu wzmocnione. I tylko o to mi chodzi. A czy dzisiaj można w jakikolwiek sposób nakłonić nasze korporacje, żeby się samodyscyplinowały? Moim zdaniem jedynym narzędziem jest nacisk mediów i opinii publicznej. Także poprzez publiczne oceny jakości orzekania sędziów, działania prokuratury czy nawet pracy polskiej palestry.

Wciskanie tego w gorset „podziału postkomunistycznego” utrudnia ten proces „sanacji”, bo ludzie z różnych stron tego podziału, którzy mogliby się na dyscyplinowanie korporacji zgodzić, zostają sobie przeciwstawieni i jedni będą bronić patologii np. korporacji prokuratorskiej czy adwokackiej, jeśli one są „nasze, prawicowe albo postsolidarnościowe”, a drudzy np. patologii korporacji sędziowskiej, jeśli jest „nasza, postkomunistyczna, wywodząca się z PRL-u”.

Dlatego uważając lustrowanie matki sędziego Tulei za nadużycie, wynikające zresztą z rozpowszechnionego zwyczaju prześwietlania nie tylko osób publicznych, ale i ich rodzin, równocześnie opowiadam się za pełną swobodą dyskutowania o tym, jak on orzekał i co powiedział, uzasadniając swoje orzeczenie. Odrzucam lansowany przez niektóre środowiska prawnicze pogląd, że wyroków sądu nie powinno się komentować.

Nie znajdziesz we mnie żarliwego polemisty w tej sprawie. Ale przejdę do twojego argumentu dotyczącego „dziedziczenia ról społecznych”. Nie w wymiarze dynastii sędziowskich, prokuratorskich czy adwokackich (matka sędziego Tulei nie była akurat w PRL sędziną), ale też w wymiarze „podziału postkomunistycznego”. Zarówno w przypadku środowiska „komandosów”, jak też w naszym pokoleniu, wiele osób rezygnowało z „dziedziczenia ról społecznych”, zrywało z wyborem rodziców. A teraz mamy szantaż, jeśli jesteś po prawej stronie, można ci zapomnieć przynależność partyjną rodziców, ale jeśli wybierzesz lewicę, to powiemy, że jesteś „dzieckiem komuchów”.

Każdy z twoich przykładów chciałbym zanalizować osobno. Środowisko „komandosów” jest jednak wyjątkiem niereprezentatywnym. To było kilkadziesiąt zbuntowanych osób na co najmniej kilka tysięcy młodych ludzi wywodzących się z rodzin PRL-owskiego establishmentu, którzy wcale się nie buntowali, tylko skwapliwie korzystali z pomocy rodziców w karierze.

Co tylko podnosi wartość buntu „komandosów”. A po drugie, wśród wielu tysięcy protestujących studentów z Marca ’68, którzy byli bici i wyrzucani z uczelni, też wielu miało rodziców w partii, wojsku czy milicji, nawet jeśli na niższym szczeblu. W masowych protestach czasów PRL-u nie brały udziału wyłącznie dzieci przedwojennego ziemiaństwa czy nawet wielopokoleniowej inteligencji, po prostu dlatego, że aż tak wiele tych dzieci nie było.

W przypadku masowych protestów to rzeczywiście jest prawda. A szczególnie przy najbardziej masowym proteście z okresu pierwszej „Solidarności”. Tam rzeczywiście wiele osób było dziećmi działaczy PZPR, wojskowych, milicjantów, pracowników administracji państwowej. Właśnie dlatego ten bunt oznaczał praktycznie załamanie się systemu, odebranie mu legitymizacji. Zatem nie jest z pewnością godną pochwały metodą walenie w kogoś przeszłością jego rodziców. Jednak pokusa używania tej metody i tak będzie wracać. Jeśli ktoś się staje się osobą publiczną, a kimś takim na pewno jest sędzia orzekający w ważnych sprawach, media zawsze będą grzebać w jego życiorysie, już niezależnie od „podziału postkomunistycznego”. W USA czy Europie Zachodniej media z pewnością nie przemilczałby informacji, że ktoś z bliskiej rodziny sędziego orzekającego w głośnych procesach gospodarczych był milionerem albo miał kłopoty z prawem. Osoba publiczna musi być na to przygotowana. Wynika to zarówno z poziomu obecnej kultury politycznej, jak i „tabloidyzacji” naszego życia publicznego. To co dawniej opowiadano w formie plotek przy kawie, czy wódce, dziś trafia na pierwsze strony wielu gazet czy czołówki niektórych portali.

Jak długo „podział postkomunistyczny” będzie przykrywał inne podziały w Polsce? Po rewolucji francuskiej przez cały XIX wiek odwoływano się do „podziału rewolucyjnego” – albo autentycznie, albo instrumentalnie.

To będzie używane tak długo, aż całemu narodowi i państwu nie przydarzy coś bardziej dramatycznego, bardziej tragicznego, co definitywnie unieważni w świadomości społecznej podziały z końca PRL.

We Francji była to dopiero sekwencja I i II wojny światowej.

Ja oczywiście takich wydarzeń sobie jako Polak nie życzę, jednak dopóki coś mocniej oddziałującego na emocje społeczne się nie wydarzy, „podział postkomunistyczny” będzie tu ciągle powracał. Nawet jego instrumentalizacja przez polityków odwołuje się przecież do autentycznych emocji społecznych. Gdyby nie II wojna światowa i PRL, być może Polską wciąż rządziłyby trumny Dmowskiego i Piłsudskiego – że odwołam się do słynnej formuły Giedroycia. One zresztą rządziły na emigracji i tam zasilały spory pomiędzy endekami i piłsudczykami, do samego praktycznie końca politycznej emigracji pojałtańskiej.

Antoni Dudek, ur. 1966, politolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Rady Instytutu Pamięci Narodowej.

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.