Kraj

Dlaczego NIE powinniśmy likwidować szkół w Krakowie?

Zgodnie z danymi GUS liczba dzieci w wieku 3–18 lat w Krakowie zwiększy się do 2020 roku o blisko 11 tysięcy.

30 stycznia w radzie miasta Krakowa odbędzie się drugie czytanie uchwał o likwidacji kilkunastu szkół podstawowych, gimnazjów i liceów. Polityka samorządowców już drugi rok z rzędu wywołuje sporo kontrowersji, czego efektem był między innymi kolejny protest przed Urzędem Miasta, który 9 stycznia zgromadził około pięciuset rodziców, dzieci, pracowników i pracownic szkół oraz aktywistów związanych z Demokratycznym Zrzeszeniem Studenckim, Federacją Anarchistyczną, Inicjatywą „Prawo do Miasta” i krakowskim klubem Krytyki Politycznej.

Czemu uważamy, że likwidacja szkół jest szkodliwa?

„Za mało uczniów”

W ostatnich kilku latach mogliśmy zaobserwować stopniowy spadek liczby dzieci uczęszczających do szkół w Krakowie (między rokiem szkolnym 2006/2007 a 2011/2012 zmniejszyła się ona o blisko 5 tysięcy). Niż demograficzny nie dotknął jednak wszystkich placówek w jednakowy sposób. Część szkół przyjmowała do klas maksymalną liczbę uczniów (według zarządzenia prezydenta z 13 kwietnia 2012 roku może to być 30 uczniów w przypadku szkoły podstawowej, 34 w gimnazjum i 36 w liceum), a Wydział Edukacji UMK pozwalał niektórym z nich na tworzenie klas jeszcze liczniejszych. Dlatego – mimo niżu demograficznego – mamy w krakowskich szkołach klasy, w których uczy się w tej chwili nawet 40 uczniów! Nie trzeba się rozpisywać, co oznacza nauka i praca w takich warunkach. 

„Pompowanie klas” nie jest jednak jedynym problemem dotyczącym demografii. Równie niepokojące jest to, że władze miasta nie potrafiły do tej pory trafnie sproblematyzować kwestii niżu demograficznego – zwykle przedstawiają go jako zjawisko „naturalne”, niepowiązane w żaden sposób z warunkami społeczno-ekonomicznymi czy polityką miejską. Efektem tego jest brak spójnej wizji polityki, która mogłaby stanowić skuteczną odpowiedź na niżowe tendencje. Wizja taka mogłaby się opierać na aktywnej polityce społecznej i opiekuńczej zachęcającej do posiadania dzieci – na przykład tworzeniu miejsc w publicznych żłobkach i przedszkolach, na wzór skandynawski.

Polityka likwidacji szkół jest też krótkowzroczna, gdyż nie uwzględnia prognoz demograficznych na kolejne lata. Zgodnie z danymi Głównego Urzędu Statystycznego liczba dzieci w wieku 3–18 lat w Krakowie zwiększy się do 2020 roku o blisko 11 tysięcy. Co więcej, wkrótce do szkół pójdą sześciolatki. Zapotrzebowanie na szkoły podstawowe i gimnazja będzie zatem w najbliższych latach dynamicznie rosło.

„Nie stać nas”

Drugim argumentem legitymizującym politykę likwidacji i cięć w krakowskiej oświacie są problemy budżetowe Krakowa. Rzekomo wynika z nich „konieczność racjonalizacji wydatków” w edukacji. Ten argument brzmi jednak dość kuriozalnie w ustach władz miasta, które w ostatnich kilku latach bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, a często wbrew woli mieszkańców i mieszkanek Krakowa, wydały około 1,5 miliarda złotych na budowę dwóch stadionów, Centrum Kongresowego i Centrum Obsługi Inwestora. A wszystko to z „pieniędzy podatników”, o oszczędzaniu których tak chętnie mówią radni PO, gdy prywatyzują stołówki szkolne, tną budżety w przedszkolach i MDK-ach, wprowadzają podwyżki opłat za transport publiczny czy rezygnują z profilaktycznych programów zdrowotnych.

Można zatem uznać, że mieszkańcy Krakowa ponoszą koszty kryzysu wywołanego nieodpowiedzialnymi „inwestycjami” rady miasta i prezydenta. Sytuacja jest jednak jeszcze gorsza: choć władze miasta zaczynają powoli dostrzegać niedorzeczność niektórych wydatków, to w dalszym ciągu realizowana jest polityka „wielkich inwestycji”. Jesteśmy prawdopodobnie jedynym miastem na świecie, które potrafi tak finezyjnie łączyć radykalne cięcia w podstawowych usługach publicznych z niezrozumiałymi wydatkami na marketing i sport – w budżecie miasta na 2013 rok zapisano około 5 milionów złotych na budowę Narodowego Centrum Rugby, organizację Zimowych Igrzysk Olimpijskich i promocję miasta w prywatnych liniach lotniczych (sic!). Podobna kwota ma być „zaoszczędzona” na likwidacji 12 szkół, której ofiarami padnie około 2000 dzieci oraz 100 pracownic i pracowników.

Kto decyduje o polityce edukacyjnej w mieście?

Polityka edukacyjna, tak jak i każda inna polityka miejska, powinna powstawać w dialogu pomiędzy władzami miasta, stroną społeczną i akademickimi ekspertami w określonych dziedzinach. Z takim przekonaniem postulowaliśmy utworzenie Okrągłego Stołu Edukacyjnego, który miał wypracować rozwiązania podstawowych problemów w krakowskiej oświacie. Pierwszy zgrzyt pojawił się już na samym pocątku, gdy radni PO nie uwzględnili w uchwale o powołaniu OSE, że w jego obradach wezmą udział przedstawicieli związków zawodowych. No bo po co dawać głos najbardziej krytycznym reprezentantom strony społecznej?

Problemem nie było natomiast uczestnictwo w OSE przedstawicieli Społecznego Towarzystwa Oświatowego (STO), którego prezeską jest wiceprezydent Krakowa ds. społecznych i edukacji Anna Okońska-Walkowicz. Szybko się okazało, że OSE ma stanowić tak naprawdę alibi dla władzy, która od początku nie zamierzała zrezygnować z ostrych cięć budżetowych, likwidacji szkół i prywatyzacji stołówek. Dlatego właśnie pod koniec 2012 roku przedstawiciele ZNP, „Solidarności” i Stowarzyszenia Przyjaciół Oświaty Samorządowej oraz radna Barbara Nowak (a wcześniej przedstawiciele kuratorium) postanowili zbojkotować obrady OSE. Być może najlepszym podsumowaniem działalności tego ciała jest fakt, że jedyną przedstawicielką rodziców przy OSE pozostawała wtedy matka, której dziecko chodzi do szkoły STO.

Kto tu rządzi?

Być może kluczowa w całej tej historii jest właśnie Okońska-Walkowicz. Już w momencie jej powołania na stanowisko wiceprezydent Krakowa można było mieć wątpliwości, czy powinna je piastować osoba, która za wzór stawia sobie Margaret Thatcher i publicznie twierdzi, że mniej zamożni rodzice są „mniej troskliwi”. Jeszcze poważniejsze obawy budzą jednak powiązania „krakowskiej Thatcher” z oświatą niepubliczną. Jak możemy przeczytać w strategii rozwoju Społecznego Towarzystwa Oświatowego na lata 2011–2016, jego Zarząd Główny (czyli też prezes Okońska-Walkowicz) ma podejmować działania „na rzecz poprawy sytuacji finansowej, majątkowej i perspektyw rozwoju stowarzyszenia”. Wśród tych działań wymienia się „tworzenie nowych kół i szkół, w tym poprzez monitorowanie możliwości tworzenia szkół STO na bazie likwidowanych szkół publicznych”. Konflikt interesów wydaje się w tym przypadku oczywisty. Można mieć tylko nadzieję, że kolejne interwencje prawników przyniosą wkrótce dymisję tej jednej z najbardziej niekompetentnych i szkodliwych urzędniczek w historii naszego miasta.

Co zamiast likwidacji szkół?

Zamiast zamykania szkół, proponujemy miastu zmniejszenie maksymalnej liczebności klas w szkołach podstawowych, gimnazjalnych i liceach. W okresach niżu demograficznego zapewni to „odpowiednią” liczbę dzieci i ocali niektóre szkoły przed zamknięciem. I w okresach niżu, i wyżu pozwoli natomiast na poprawę jakości nauczania, ponieważ lepsze będą warunki do nauki i pracy. Taka regulacja zadziała też prorównościowo, bo kiedy zmniejszymy limit uczniów, „elitarne szkoły” nie będą już mogły bez końca nabijać sobie klas i uczniowie, którzy poszliby do szkół z pierwszej dziesiątki rankingów, przejdą do innych, niby „gorszych” szkół. Powstaną dzięki temu klasy, w których dzieci są bardziej zróżnicowane pod względem kapitału kulturowego i ekonomicznego – a badania socjologiczne wskazują, że właśnie w takich klasach można zaobserwować u słabszych uczniów efekt „równania w górę”.

Autor jest członkiem krakowskiego klubu Krytyki Politycznej oraz Stowarzyszenia Przyjaciół Oświaty Samorządowej. Prowadzi profil facebookowy „Edukacja dobrem publicznym! Sprzeciwiamy się cięciom w krakowskiej edukacji

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij