Kraj

Cibor: Głosujący Polacy i ich kobiety

Do obciachowego dorobku Państwowej Komisji Wyborczej możemy oficjalnie doliczyć seksistowskie spoty przedwyborcze.

Państwowa Komisja Wyborcza przygotowała serię spotów na temat terminu i techniki głosowania. W pięciu filmach dowiadujemy się, kiedy są wybory parlamentarne, na czym polega głosowanie, jak mogą głosować osoby z niepełnosprawnościami, jak głosować korespondencyjnie i ile trzeba mieć lat, by wziąć udział w wyborach. Dowiadujemy się również, że wybory to sprawa mężczyzn, a rolą kobiet jest gotowanie, niańczenie dzieci, pchanie wózka i uśmiechanie się przy męskim boku. PKW nie uczyniła bowiem kobiety główną bohaterką żadnego ze spotów, a jeżeli nawet występują na filmie, do urny nie docierają.

PKW nie podaje frekwencji wyborczej w podziale na płeć, ale z badań wiadomo, że kobiety biorą czynny udział w wyborach rzadziej niż mężczyźni. Cztery lata temu przy okazji wyborów parlamentarnych „Gazeta Wyborcza” cytowała Polskie Generalne Studium Wyborcze, z którego wynika, że „płciowa luka frekwencyjna” wynosi 10 punktów procentowych. Dalej „GW” przywoływała sondaż SMG/KRC, w którym 44% kobiet przyznawało, że na wybory nie chodzi, bo „nie zna się na polityce, nie ma wystarczającej wiedzy, żeby dokonać wyboru”.

W sumie trudno się dziwić. Państwowa Komisja Wyborcza pokazuje, na czym znają się kobiety. Żadna z sytuacji, w których znajdują się na filmach, ani na milimetr nie wykracza poza tradycyjne role płciowe.

Kobieta odwozi swego syna na samolot (nie prowadzi samochodu – tym odpowiedzialnie zajmuje się mężczyzna), podaje tort dla osiemnastolatka (prezent – wieczne pióro – na boku z poważną miną znów wręcza mężczyzna), czy wreszcie nalewa zupę „swojemu mężczyźnie” (który zostawia ją na trzy tygodnie z trójką dzieci – w tym jednym nieprawidłowo zwisającym w nosidle, ale to temat na zupełnie inną opowieść).

Postanowiłem dowiedzieć się, dlaczego PKW w roli wyborców obsadza wyłącznie Polaków, Polkom zostawiając pielęgnowanie domowego ogniska. Dlaczego spoty finansowane ze środków publicznych europejskiego kraju w 2015 roku wyglądają jak romantyczny obraz, w którym zapłakane siostry, matki, wdowy żegnają ruszających do boju ułanów. Odpowiedź, podpisana przez przewodniczącego PKW Wojciecha Hermelińskiego, sędziego Trybunału Konstytucyjnego, niestety nie zaspokoiła mojej ciekawości.

Po pierwsze PKW zaznacza, że kobiety i mężczyźni występują w jej spotach w różnych rolach. To już wiemy. Mężczyźni są piłkarzami, kierowcami, studentami i wyborcami, a kobiety kucharkami, mamami i narzeczonymi. Równość i różność wyglądają dość podobnie na papierze, ale jednak nie są tym samym, Szanowna Komisjo.

Po drugie dowiedziałem się, że dla PKW wyborcą jest każda osoba mająca prawo wybierania niezależnie od płci. Przypomniano mi również, że jest tak od 1918 roku. „Po blisko stu latach od uzyskania tych praw przez kobiety dla wszystkich powinno być oczywiste, że brać udział w głosowaniu mogą zarówno kobiety, jak i mężczyźni” – czytam w liście. Najwyraźniej jednak nie jest to oczywiste dla twórców spotów. Nie jest to również jasne dla 44% kobiet, które uważają, że nie znają się na polityce i głosować nie będą. Dla PKW zaś nie jest oczywiste coś, co – jak się wydawało – wiedzą już wszyscy: że obraz ma wyjątkową siłę perswazyjną, a osoba „nie może stać się tym, czego nie widzi” („You can’t be what you can’t see” to motto dokumentalnego filmu Miss Representation Jennifer Siebel Newsom na temat roli mediów w reprodukowaniu gorszej roli kobiety w życiu publicznym). I jeszcze mała korekta: prawa wyborcze nie zostały przez kobiety „uzyskane”, tylko „wywalczone”, jak wszystkie inne prawa obywatelskie.

Wreszcie po trzecie dowiedziałem się, że odkrywanie w spotach mniej lub bardziej ukrytych przekazów jest nadinterpretacją niezgodną z intencjami PKW. Oczywiście nie zarzucam Komisji intencji „ukrywania obywatelskiej roli kobiet”. Wręcz przeciwnie. Myślę, że PKW ukrywa tę rolę zupełnie nieświadomie. Po prostu jej nie zauważa, co można nawet łatwo zrozumieć, gdy popatrzy się na skład płciowy Komisji.

Sprzeciwiam się jednak, gdy protest przeciwko missrepresentation nazywa się nadinterpretacją.

Jeśli bowiem nie będziemy „nadinterpretować”, to nadal nasze siostry, mamy, koleżanki i partnerki będą uważały się za mniej znaczące w życiu publicznym, co na zbyt wielu poziomach jest destrukcyjne dla wszystkich. Jeśli nie będziemy „nadinterpretować”, to wciąż tylko jeden na osiem komitetów wyborczych będzie w stanie stworzyć zrównoważone płciowo listy (i nie mówcie nic o kompetencjach – przypominam, jak się nazywa instytucja publiczna, o której jest ten tekst, ile kobiet jest w jej składzie i co ta instytucja zrobiła rok temu). Jeśli nie będziemy „nadinterpretować”, kluczowy polityk partii rządzącej, komentując liderkę innej siły politycznej, nadal będzie ograniczał się do oceny jej fryzury.

Otóż – drodzy Panowie – będziemy nadinterpretować, dopóki nie zorientujecie się, że to wy niedowidzicie. Dopóki nie zdejmiecie tych ułańskich ciuszków.

Gdyby jakieś osoby chciały wypowiedzieć się na temat spotów – listy (koniecznie podpisane imieniem, nazwiskiem i adresem) należy przesyłać na adres: [email protected]

Odpowiedź PKW:

Dziękuję Katarzynie Rakowskiej z Fundacji Batorego za zwrócenie mojej uwagi na spoty PKW.

***

Nie podobają ci się media bez kobiet? Zajrzyj na Ekspertki.org.

 

**Dziennik Opinii nr 282/2015 (1066)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij