Felieton

Ulysses’ gaze

Na wiadomość o śmierci Theo Angelopoulosa Kuba Majmurek rozesłał link z najpiękniejszą sceną z jego filmów. No rzeczywiście, pomyślałam, bardzo to ładne. I natychmiast miałam ochotę zobaczyć cały film. Natychmiastowe ochoty mają to do siebie, że szybko mijają. Są jak dziecinny zachwyt zabawką zobaczoną na wystawie – o, to, to właśnie chcę, muszę…  Wystarczy jednak przez chwilę zająć szczeniaka czymś innym, zapomni. Dziś, jak wiadomo, takim sklepem z zabawkami – mówisz, masz – jest internet. Szybkie nagrody – i infantylna część naszej natury fika nóżkami z radości. Tak więc moje wewnętrzne dziecko domagało się Angelopoulosa, a ja zaczęłam szukać. Niestety wciąż nadziewałam się na komunikaty: strona zamknięta ze względu na uporczywe łamanie regulaminu. Szybko, jak to dziecku, odechciało mi się. Nie to nie, bez łaski. Poza tym należę do pokolenia informatycznie wykluczonych, pewno gdybym była swoją córka, tobym znalazła. Na swoje usprawiedliwienie mam najwyżej to, że pierwszy komputer w życiu zobaczyłam na studiach i była to Odra. Kręciły się w niej jakieś szpule, wkładało się perforowane karty, a wychodziły strumienie papieru. Albo jakoś tak.


Może powinnam poszukać dłużej, zamówić w Amazonie… Chodziło mi jednak o natychmiastowe spełnienie zachcianki, a w końcu jest milion dobrych filmów, których nie widziałam. I oczywiście zirytowała mnie blokada, która mówiła jasno, że chciałam zrobić coś nielegalnego, i gdyby mi się udało, zrobiłabym bez chwili zawahania. 


I może to jest odpowiedź na pytanie, skąd w Polsce taka rewolucja w sprawie ACTA. Naprawdę z powodu wolności słowa? Swobód obywatelskich? I z innych szlachetnych i prospołecznych pobudek? Czy jest to rewolucja zachciankowiczów? Rozumiem ją jak najbardziej. Tak, chcę mieć w sieci wszystko, łatwo dostępne, żebym nie musiała się głowić. Za darmo albo tanio. I żeby płacenie było bardzo proste. Nie lubię się rejestrować, hasła i loginy natychmiast zapominam. Jest chyba wolność chcenia? I nieprzejmowania się prawami autorskimi. Zresztą po co Angelopoulusowi prawa autorskie, przecież nie żyje. Prawa autorskie powinny przynależeć żywym, ewentualnie partnerom/partnerkom, bo ich udział w tym, żeby ktoś coś zrobił jest większy niż się zazwyczaj wydaje. Ale nie jakimś pociotkom po 75 latach. W tym przypadku mogłam więc problem ten spokojnie pominąć.


Wracając zaś do rewolucji. Ludzie zawsze chcieli chleba i igrzysk, co więcej do pewnego stopnia chleb daje się igrzyskami zastąpić. Dotąd Polska słynęła z igrzysk religijnych i narodowych. Tych, którzy wybierali igrzyska w Internecie, nie było widać. I dobrze, że zaistnieli, a Polska pokazała się się z takiej nowoczesnej strony.


Jedno mnie tylko dziwi, czemu chciwe koncerny tego nie rozumieją: internet pełen wolnodostępnych filmów, seriali, no i muzyki, i jeszcze legalna trawka i będzie spokój. Sama o takim spokoju marzę. Może warto wysupłać trochę kasy dla twórców, żeby taki spokój sobie kupić? A legalizacja marihuany – gratis.

 

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.