Felieton

Palacze giną za ojczyznę

Zamiast pomysłów, jak zapobiegać czy leczyć, zawsze wolimy komuś przywalić. A że kasa jest najważniejsza, najlepiej uderzyć po kieszeni.

Uzależnienia, takie czy inne, różne depresje i nerwice, rozmaite choroby weneryczne, w tym zakażenie HIV, ale także otyłość, nawet jeśli są uznawane za choroby, to w świadomości społecznej są chorobami zawinionymi. Zdrowy rozum podpowiada przecież, że są one przede wszystkim wynikiem złego prowadzenia się albo niechęci do poprawy – no, weź się wreszcie w garść! Odpowiada za nie nasza głupota, brak silnej woli i niemoralne zachowania. 

Tam, gdzie jest wina, musi być i kara. W ogóle jesteśmy dość punitywnym społeczeństwem i zamiast pomysłów, jak zapobiegać czy leczyć, zawsze wolimy komuś przywalić. A że kasa jest najważniejsza, najlepiej uderzyć po kieszeni. Stąd zapewne pomysł niektórych środowisk medycznych podniesienia stawki ubezpieczeniowej dla palaczy. Pomysł oczywiście nierealny, bo trzeba by palaczy jakoś zhierarchizować. Bo jak to tak? Tyle samo ma płacić amator cudzesów, zmora wszystkich imprez towarzyskich, kiedy pod koniec zaczyna brakować szlugów, i ten, który pali 2–3 papierosy dziennie, i ten, kto pali dwie paczki dziennie? A co z tymi, którzy rzucili niedawno? I gdzie mają zgłaszać wpadki? Do urzędu skarbowego? No i kto miałby to ustalać, oddziały specjalne do tropienia palaczy?

Rzecz jasna nikt wprost się nie przyzna, że chodzi o kasę, to wszystko dla naszego dobra – „palisz, płacisz, zdrowie tracisz”. A uzasadnieniem podwyższonej składki mają być koszty leczenia chorób wywołanych paleniem. Dodajmy do tego koszty leczenia chorób związanych z alkoholem. I wszystkie związane z tym koszty społeczne, większe niż te związane z nikotynizmem. I trudniejsze do policzenia. Przed biernym paleniem bronimy się coraz lepiej i nie budzi to moich protestów. Koszty społeczne nadmiernego picia trudniej policzyć, bo alkoholikowi towarzyszy najczęściej współuzależniona rodzina, a nie bierni obserwatorzy. Bo przemoc, bo zawalanie spraw zawodowych, niszczący wpływ na bliskich, którzy też mogą mieć z tego powodu rozmaite problemy zdrowotne.

O tych wszystkich kosztach myślimy, trudno jednak je policzyć. Podobnie jak kosztów stresu czy niewłaściwego odżywiania się, choć to też ważne przyczyny zaburzeń zdrowotnych.

Ale może warto spojrzeć też na drugą stronę tego równania.

Wpływy do budżetu z samej tylko akcyzy i VAT za alkohol i wyroby tytoniowe przekraczają 40 miliardów złotych. To 14 proc. wszystkich wpływów budżetowych, więcej niż dochód budżetu z podatku PIT.

No i jak nam się to wciąż powtarza – my, palacze, oraz ci, którzy wypijają więcej niż okazjonalny kieliszek wina, umrzemy wcześniej. Czyli nie trzeba będzie nam wypłacać emerytur, zasiłków, refundować innych leków. Sam zysk.

Natomiast z budżetu na ochronę zdrowia przewidziane jest w tym roku około ok. 7 miliardów.  Wygląda więc na to, że osoby pijące i palące powinny być w tej całkowicie z ich pieniędzy utrzymywanej służbie zdrowia traktowane z wyjątkową atencją. Przywożone limuzynami i obsługiwane w pokłonach.

Wyobraźmy sobie, że wszyscy rezygnujmy nagle z tych zgubnych nawyków. Powstaje wielka luka w budżecie, upadają wytwórnie papierosów, browary i gorzelnie. Wzrasta bezrobocie. Rolnicy mają kłopoty. Trzeba dłużej płacić emerytury…

Czytałam gdzieś, że do upadku ZSRR przyczyniła się antyalkoholowa krucjata Gorbaczowa, która spowodowała spadek legalnie sprzedawanej wódki, co zaważyło znacząco na budżecie. Może tak, może nie. Może to jednak JPII obalił komunizm.

Zdaję sobie sprawę, że bilans zysków z używek i spowodowanych nimi strat tak naprawdę trudno jest policzyć. Podejrzewam jednak, że zyski są większe. Kapitalizm ma swoje prawa, chyba że chodzi o marihuanę. Tu podpowiadam – akcyza z legalnej sprzedaży konopi mogłaby wystarczyć i na leczenie tych, którym to jakoś zaszkodziło (i tak ich się leczy), i na sensowne podwyżki świadczeń dla niepełnosprawnych.

Spora część Polaków zgłasza gotowość poświęcenia życia lub zdrowia za ojczyznę, ale na razie to tylko deklaracje. Na co dzień robią to palący i pijący, dzięki którym można jakoś dopiąć budżet.

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.