Felieton

Niebo wybrukowane złymi chęciami, czyli jak popieram Kaczyńskiego

Mówi się, że dobrymi chęciami wybrukowane jest piekło. A złymi? Może jakieś niebo. Jednym z problemów, a może już tylko oczywistością polskiej polityki, jest – niestety, chyba słuszne – przekonanie, że motywy wszelkich działań na tym polu są niskie, a jedyne, o co chodzi, to walka Ich z Nimi. Bo nawet pomysł, że którzyś oni to my coraz rzadziej przychodzi komukolwiek do głowy. Dlatego też wszelkie komentarze polityczne najchętniej skrzętnie omijają jakiekolwiek meritum, żeby skupić się na tym, co jest najciekawsze – kto tym razem komu nogę podłożył i co z tego wynika. Gdyby nawet pojawił się sam Jezus Chrystus z dobrą nowiną, jak to wszystko urządzić, żeby ludzie byli zadowoleni, to usłyszałby, że skoro nie wygrał wyborów, to może spadać. Tzn. unieść się.


Tym bardziej nikt, kto może podejmować jakiekolwiek decyzje, nie posłucha Jarosława Kaczyńskiego. A mnie się pisowski pomysł na reformę służby zdrowia podoba, podobał mi się nawet wtedy, kiedy nie był pisowski. I tu kolejna bariera – nawet gdybym znalazła stu ekspertów, namówiła do publicznego  przedyskutowania go i tak żadna telewizja nie chciałaby tego transmitować, pies z kulawą noga by się tym nie zainteresował. Patrz wyżej – a weź, wygraj wybory. Kto wygrał wybory, ten ma rację i innych racji, poza racją siły, nie ma.


No tak, podoba mi się pomysł PiS, chociaż w dobre chęci nie wierzę. Pamiętam zachowanie Kaczyńskiego podczas Białego Miasteczka, a mówienie, że podobną reformę chciał zrobić Zbigniew Religa, tylko nie zdążył, jest żałosne.


I z tych powodów może w ogóle nie warto o tym pisać, bo i tak nikt poważnie się nad tą propozycją nie zastanowi, a Kaczyński, nawet jak wygra wybory, nie stworzy rządu, a jak stworzy, to i tak nic nie zreformuje. Będzie raczej budował pomniki wraku albo zajmie się ciekawostkami dostarczanymi przez ABW.


Jednak felieton to lekka forma, więc mogę przez chwilę zająć się mrzonkami, nawet jeśli wynikają one ze złych chęci.

 

Na początek mrzonka, żeby zlikwidować NFZ. I przejść do budżetowego finansowania służby zdrowia. Istnieją kraje w Europie, które tak mają. Nie oznacza to nacjonalizacji wszystkich placówek i odejścia od kontraktów, tylko powrót do odpowiedzialności państwa. To wcale nie jest duża zmiana. W takim wariancie NFZ stałby się praktycznie częścią Ministerstwa Zdrowia z budżetem takim, jak dotychczas i pochodzącym z tych samych źródeł. Oczywiście za małym. Co to daje? Jasną sytuację – to państwo, w zgodzie z Konstytucją, jest odpowiedzialne za opiekę zdrowotną. Nie ma przerzucania się zadaniami, konfliktu między NFZ a ministrem. 


Może dużo lepiej by nie było, ale przynajmniej byłoby wiadomo do kogo mieć żal.

Do tego należałoby dołożyć koszyk usług gwarantowanych, niechby nawet skromny, w którym także mieściłyby się standardy dostępności, czyli gwarantowany maksymalny czas oczekiwania. I państwo standardów tych musiałoby przestrzegać, choćby nie wiem co. Choćby nie kupiło samolotu, nie zbudowało statku wojennego ani stadionu. Podobno życie jest dla PiS najwyższą wartością, a jest ono, jak wiadomo, skorelowana ze zdrowiem.


Kolejny pomysł padł podczas debaty, od lat jestem przekonana o jego słuszności. Należy objąć ubezpieczeniem wszystkich. Zlikwidowanie machiny sprawdzającej, czy nieubezpieczeni nie próbują wyłudzić świadczeń, byłoby ulgą dla pacjentów i oszczędnością dla systemu. Mówimy naprawdę o paru procentach Polaków, z których większość mogłaby się ubezpieczyć, gdyby trochę koło tego pochodziła. Z całą pewnością więcej na tym zyskalibyśmy niż stracili. Rzecz jasna, przy założeniu, że państwo chce pomagać swoim obywatelom. W tej chwili zysk z domagania się nieustannie dowodu ubezpieczenia jest taki, że stanowi to barierę w dostępie i może zniechęcić do kontaktu z lekarzem. Co zresztą wydaje się głównym celem działania NFZ.


I trzecia prosta sprawa – sieć szpitali. Jeśli do najbliższej poradni specjalistycznej jest kilkadziesiąt kilometrów, to dla biednego czy, jeszcze gorzej, niezmotoryzowanego mieszkańca wioski oznacza to właściwie brak szans na leczenie.


I to jest zrąb systemu – reszta to liczne frędzelki, które należałoby dorobić. Problem leków, refundacji, zasad współpłacenia, referencyjności szpitali itp.


Nie wiem, czy jest to najlepsze rozwiązanie. W Polsce, w sytuacji zapaści służby zdrowia, niewydolności i skorumpowania samorządów, w państwie, które usiłuje zepchnąć z siebie wszelkie zobowiązania – wydaje się najbardziej sensowne.


Gdyby mimo wszystko PiS doszedł do władzy i taką reformę przeprowadził, to przy kolejnych wyborach – jeśli dożyłabym – zastanowiłabym się nad głosowaniem na nich. Obiecuję. Jestem jak Gomułka z anegdoty, który na pytanie, czy dać pieniądze na przedszkole, czy na więzienie, odpowiadał, że na więzienie. Bo do przedszkola już na pewno nie trafi. Ja też już nie potrzebuję ani aborcji, ani przedszkola, ani związków partnerskich, ani in vitro. Których zresztą nikt w przewidywalnej przyszłości nikomu nie da. Natomiast lekarz czasem by się przydał.

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.