Felieton

Nie ten człowiek roku

Kiedy Bronisław Komorowski doczołga się pod żyrandol, będzie mógł otworzyć szampana. Cóż innego pozostało, niż się napić?

A miało być tak pięknie! Bronek wygrywa wybory w pierwszej turze, a brzydki smok Kaczoduda podwija swoje siedem ogonów i ze skowytem chowa się w cuchnącej jamie. Kiedy „Gazeta Wyborcza” wpadła na pomysł, by uczcić Bronisława Komorowskiego tytułem człowieka roku 2014, zapewne miał on w sondażach ponad 50-procentowe poparcie, a o Andrzeju Dudzie o ile ktoś w ogóle słyszał, to dlatego, że uważał go za szefa „Solidarności”. Miało być jeszcze piękniej – laudację zgodził się wygłosić sam Donald Tusk, a spotkanie poprowadzić Adam Michnik.

I oczywiście cały ten pomysł nie miał nic wspólnego z zaangażowaniem politycznym, po prostu miał być docenieniem wielkich dzieł wielkiego człowieka. Ciekawe, o jakie to godne podziwu zasługi chodziło? Nawet lektura „GW” z tegoż roku dostarczyłaby więcej dowodów na miałkość tej prezydentury niż na jej wybitność. Sukces miał dopiero nastąpić. Z czasem okazało się, że może nie tak wielki, jak się spodziewano na początku, ale przynajmniej pierwsza tura z wyraźnym wskazaniem na właściwego kandydata. W tej sytuacji feta może mniej zasłużona, za to politycznie przydatna – o ile wciąż się wierzy, że „GW” ma jeszcze jakiś formacyjny wpływ na opinie publiczną.

Sprawy jednak potoczyły się inaczej i kandydat nagle przypomniał sobie, że ma na głowie kampanię wyborczą i termin mu nie pasuje.

Zgodnie z polskim obyczajem „GW” pójdzie w zaparte, powtarzając: kochani czytelnicy, nic się nie stało, mleko się nie wylało.

Kiedy już się wszystko przewali i Komorowski doczołga się pod swój żyrandol, to będzie można otworzyć szampana. A jeśli jednak mu się to nie uda, to cóż innego pozostanie, niż się napić?

Mogłabym litościwie spuścić zasłonę milczenia na to frajerstwo „Gazety”, gdyby nie to, że jest ono pochodną zjawiska niszczącego polską politykę od lat, któremu na imię „byle nie Kaczor”. Mogę zrozumieć tych, którzy na ostatniej prostej ulegają temu szantażowi (sama nigdy jeszcze nie wzięłam udziału w drugiej turze wyborów prezydenckich, więc będę trzymała się tej tradycji). Ale zanim się okaże, że znowu mamy taki sam wybór, zawsze można coś zrobić, żeby chociaż spróbować zmienić sytuację, a nie koniunkturalnie ten chory układ wzmacniać.

Czy „Gazeta”, która jest w zasadzie, przynajmniej na poziomie deklaracji, liberalna obyczajowo i coraz częściej lewicuje w sprawach gospodarczych, mogłaby zamiast tego wzmocnić jakieś siły na lewo od PO? Nie wiem. Czy to trzymanie się środka i establishmentu to wybór polityczny czy komercyjny, tego też nie wiem.

Pomysł na laur dla Komorowskiego na pewno okazał się przestrzelony i przeciwskuteczny. Już lepiej było trzymać się Zasłużonych Starców, którzy jako laureaci przynajmniej nie ośmieszają nagrody. Oczywiście starców, bo to nagroda dla ludzi, dla kobiet może być najwyżej jakaś „kobieta roku” „Wysokich Obcasów” i gorszy szampan. Albo wino z Biedronki.

Zastanawiam się, kto mógłby zostać człowiekiem roku „Gazety”, gdyby nie pragnęła Największych Nazwisk albo Najwyższych Stanowisk, żeby się nimi przyozdobić. Gdyby zamiast politycznej gry – byle tylko nie Kaczor, byle tylko nie Kaczor – poszukała kogoś, kto rzeczywiście w tym roku się wyróżnił, o kim dużo i dobrze pisała, kto dla wielu ludzi oznaczał jakiś drobny, ale powiew świeżości…

Takim kimś mógłby być na przykład Robert Biedroń. Tusk by się nie pofatygował, ale przynajmniej byłoby miło i bez wstydu.

Zmieniłoby to oczywiście charakter tej nagrody, ale po patriarchalnych autorytetach i panu JOWialskim byłaby to zmiana dostosowująca „GW” do nowych czasów i nieco młodszych nastrojów. Byle nie za bardzo – bo wtedy trzeba by ją było dać Kukizowi.

Wiem jednak, że nie powinnam nikomu dawać dobrych rad. Radziłam Magdalenie Ogórek, żeby dokonała mordu rytualnego na Millerze (inna sprawa, że nie tak wyobrażałam sobie możliwy dalszy scenariusz). W zasadzie się udało, Miller i SLD mogą tego nie przeżyć. Ale Ogórek też.

Umówmy się więc, że to jest tylko felieton. Felieton (fr. feuilleton – zeszycik, odcinek powieści): „specyficzny rodzaj publicystyki, krótki utwór dziennikarski (prasowy, radiowy, telewizyjny) utrzymany w osobistym tonie, lekki w formie, wyrażający – często skrajnie złośliwie – osobisty punkt widzenia autora” (za Wikipedią). Widząc niektóre komentarze, odnoszę wrażenie, że czasami czytelnicy o tym zapominają.

 

**Dziennik Opinii nr 132/2015 (916)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Kinga Dunin

| Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka
Socjolożka, publicystka, pisarka, krytyczka literacka. Od 1977 roku współpracowniczka KOR oraz Niezależnej Oficyny Wydawniczej. Po roku 1989 współpracowała z ruchem feministycznym. Współzałożycielka partii Zielonych. Autorka licznych publikacji (m.in. „Tao gospodyni domowej”, „Karoca z dyni” – finalistka Nagrody Literackiej Nike w 2001) i opracowań naukowych (m.in. współautorka i współredaktorka pracy socjologicznej "Cudze problemy. O ważności tego, co nieważne”). Autorka książek "Czytając Polskę. Literatura polska po roku 1989 wobec dylematów nowoczesności", "Zadyma", "Kochaj i rób".